http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Stan świata, czyli dlaczego to, co się świetnie dotąd rozwijało, raptem padło

Witold Orłowski*
2008-10-05, ostatnia aktualizacja 2008-10-05 20:11

W gospodarce rynkowej okresy ogólnego optymizmu i szybkiego wzrostu występują na przemian z okresami pesymizmu i spadku produkcji. W gruncie rzeczy bez recesji świat byłby gorszy, bo to właśnie w ''trudnych czasach'' wywołanych recesją z życia gospodarczego eliminowane są najsłabsze, najgorzej zarządzane firmy, dzięki czemu na dłuższą metę możliwy jest szybszy rozwój.

Na kryzys Orłowski
Na kryzys Orłowski
Jak to się stało, że mamy kryzys
Rys. Jacek Gawłowski
Jak to się stało, że mamy kryzys
Jeszcze dwa lata temu gospodarka światowa była w dobrej formie. Światowa produkcja rosła w tempie 5 proc. rocznie - w bogatych krajach rozwiniętych było to niemal 3 proc. rocznie, w krajach rozwijających się - dwa razy więcej. Kwitła rewolucja technologiczna, wzrastał poziom życia. W większości państw inflacja była umiarkowana, kontynuował się proces globalizacji, rosły międzynarodowe przepływy kapitału. Wśród krajów, które szczególnie optymistycznie mogły oceniać swoją sytuację gospodarczą, znajdowała się i Polska. Dzisiaj nastroje na świecie gwałtownie się zmieniły. Skąd tak radykalna zmiana?

W gospodarce rynkowej normalne jest to, że rozwojowi towarzyszą wahania cykliczne. Skąd się biorą? Ekonomiści są, jak zwykle, podzieleni w swych opiniach na ten temat. Nie ulega jednak wątpliwości, że wahania występują, a okresy ogólnego optymizmu i szybkiego wzrostu występują na przemian z okresami pesymizmu i spadku produkcji. W gruncie rzeczy bez recesji świat byłby gorszy, bo to właśnie w "trudnych czasach" wywołanych recesją z życia gospodarczego eliminowane są najsłabsze, najgorzej zarządzane firmy, dzięki czemu na dłuższą metę możliwy jest szybszy rozwój. Z czasem nauczyliśmy się, że choć wahań koniunkturalnych nie da się uniknąć, poprzez odpowiednią politykę gospodarczą można je łagodzić i powodować, że okresy recesji są mniej bolesne. Wystarczy wiedzieć, kiedy rządy i banki centralne powinny umiejętnie pobudzać gospodarkę - obniżając stopy procentowe lub obniżając podatki - po to by uniknąć nadmiernego spadku aktywności firm, ale także kiedy ją schładzać - działając odwrotnie - wówczas, gdy popyt i produkcja rosną zbyt szybko. Jeśli bowiem szybki wzrost trwa zbyt długo, w gospodarce zaczyna narastać nierównowaga. Rośnie inflacja, ludzie robią przesadnie optymistyczne założenia o swych przyszłych dochodach i nadmiernie się zadłużają, firmy dokonują zbyt dużych inwestycji. Im wyżej się wzleci w czasie gospodarczego boomu, tym bardziej bolesny jest upadek w czasie recesji.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat na świecie, a zwłaszcza w USA, trwał bezprecedensowy boom gospodarczy. Bezprecedensowe było nie tylko to, że trwał tak długo. Towarzyszyły mu również nieznane wcześniej zjawiska. Przede wszystkim bezrobocie w USA spadło do minimalnego poziomu, a mimo to nie wzrastała wcale inflacja. W normalnych warunkach, jeśli spada bezrobocie, pracodawcy, którzy chcą zatrudnić pracowników, muszą im oferować coraz wyższe płace, a w ślad za tym rosną koszty produkcji i ceny. Tym razem jednak tak nie było. Ekonomiczny guru lat 90., wieloletni szef FED Alan Greenspan twierdził wówczas, że jest to całkowicie nowe zjawisko związane z niezwykłym wzrostem wydajności pracy, który pojawił się wraz z rozwojem "nowej gospodarki" - internetu, telekomunikacji, wyrafinowanych usług finansowych. Kolejnym czynnikiem, który miał przełamać odwieczny kłopot wpływu szybkiego wzrostu na wzrost inflacji, była globalizacja. Produkcję aut, telewizorów, zabawek i odzieży udawało się przenieść z krajów rozwiniętych do ubogich, dzięki czemu koszty produkcji spadały. Słowem, mogło się wydawać, że zdarzył się cud: długotrwały wzrost bez narastającej nierównowagi!

Innym zjawiskiem związanym z boomem lat 90. był niezwykły rozwój rynków finansowych. Symbolem tego sukcesu mogła być giełda. Pomiędzy rokiem 1993 a połową roku 2007 amerykański PKB zwiększył się nominalnie dwukrotnie. Wartość indeksu Dow Jones, przedstawiającego średnią cenę akcji na nowojorskiej giełdzie, wzrosła jednak w tym czasie ponadczterokrotnie. Cena akcji to w największym uproszczeniu wycena wartości przedsiębiorstwa. Jeśli przez długie lata rośnie ona dwukrotnie szybciej od produkcji, którą to przedsiębiorstwo wytwarza, oznaczać to musi niezwykły wzrost optymizmu ludzi co do wartości firmy. I oczywiście co do przyszłych zysków. W gruncie rzeczy, po co intensywnie pracować albo rozwijać własną firmę, skoro zainwestowanie pieniędzy na giełdzie przynosi zyski większe niż realna działalność? Podobnie szybko - znacznie szybciej od cen towarów i usług - rosły ceny amerykańskich nieruchomości. I znów mieliśmy do czynienia z jakimś cudem: skoro inflacja w USA wyniosła w latach 1993-2007 niecałe 50proc. - jakim cudem ceny domów mogły w tym czasie niemal się podwoić? Tak może się dziać krótkookresowo. Ale na dłuższą metę prowadzi do absurdalnego rozejścia się ceny i realnej wartości domów, akcji, instrumentów finansowych.

Jak nazwać taki absurd? Ekonomia zna straszliwe słowo, które tutaj idealnie pasuje. Bąbel spekulacyjny. Jeśli uczestnicy rynku niezachwianie uwierzą w to, że cena danych aktywów finansowych czy nieruchomości może być znacznie wyższa od realnej, zdroworozsądkowej wartości, zaakceptują ją w transakcjach. A następnie podliczą wartość swojego majątku - i uznają się za bogaczy. A bogacz szasta pieniędzmi na lewo i prawo, angażuje się w coraz droższe inwestycje, nie waha się zaciągnąć kredytu po to, by stać się jeszcze bogatszym. Zwłaszcza wówczas, gdy ceny towarów, które kupuje, są niezmiennie śmiesznie niskie. Bo produkują je za psie pieniądze pracowici Chińczycy.

Problem w tym, że jest to życie w świecie ułudy. I w taką ułudę Amerykanie uwierzyli: w to, że są niezwykle bogaci, ich dochody gwałtownie rosną dzięki finansowym inwestycjom, że wszystko można kupić na tani kredyt, a ceny towarów zawsze pozostaną niskie. A w ślad za Amerykanami uwierzyli - choć nie tak mocno i szybko - mieszkańcy całego świata.

Z ułudą jest jednak tak, że nie może trwać wiecznie. Latem 2007 roku nastąpiło koszmarne przebudzenie, a od tego czasu z miesiąca na miesiąc oczy ludzi otwierają się coraz szerzej w miarę tego, jak opadają kolejne iluzje. Od lipca 2007 indeks Dow Jones stracił już 22 proc. wartości. Ceny nieruchomości w USA spadły w tym samym czasie o blisko 20 proc. Tani kredyt wyparował, pojawiło się widmo licytującego dom komornika. Wzrosła inflacja. Kolejne banki - do niedawna symbol stale rosnących zysków i bezpiecznie inwestowanych oszczędności - stają na skraju bankructwa. A w ślad za tym do drzwi amerykańskich domów zastukało widmo najczarniejsze z czarnych: widmo potężnej recesji. A skoro zastukało do domów Amerykanów, musiało też zastukać do domów ludzi na całym świecie.

I oto mamy najprostsze wyjaśnienie, dlaczego to, co się świetnie dotąd rozwijało, raptem padło. Bo od wielu lat ten rozwój był już w znacznej mierze ułudą. Bo ludzie wierzyli, że są niewiarygodnie bogaci, choć to bogactwo było tylko na papierze. Bo rządy i banki centralne - a przede wszystkim rząd USA i FED - bezczynnie patrzyły na to, jak gospodarka się przegrzewa, narasta koszmarna nierównowaga i kumuluje się w formie spekulacyjnego bąbla. A jak bąbel pękł, rozwiała się ułuda.

*Witold Orłowski był szefem zespołu doradców ekonomicznym prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Obecnie jest głównym doradcą ekonomicznym PricewaterhouseCoopers Polska, dyrektorem Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej.

Kolejny odcinek „Na kryzys Orłowski' w czwartek w „Pieniądzach"



















Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':