Jako student historii na UW w marcu 1968 r. trafił na cztery miesiące do więzienia za udział w studenckim proteście. W 1969 r. zakładał "Gromadę Włóczęgów" grupującą wychowanków "Czarnej Jedynki" - klub dyskusyjny, który okazał się oazą dla wielu pomarcowych rozbitków i kuźnią poważnej opozycji.
- Czuliśmy się osamotnieni jako bardzo inni - zarówno dlatego, że niesocjalistyczni, jak i dlatego, że przez Marzec jakoś pokopani. Nasze osamotnienie było podwójne: z jednej strony nie mieliśmy kontaktu ze sferami intelektualnymi, z drugiej zaś - napotykaliśmy wrogość oficjalnych struktur państwowych - opowiadał jeszcze w czasach PRL-u.
Gdy w czerwcu 1976 r. zaczęły się represje wobec robotników Ursusa, Radomia, Płocka, Macierewicz pierwszy zaczął mówić o potrzebie powołania komitetu, który stanąłby w ich obronie. Podobno nawet sam wymyślił nazwę KOR. Jacek Kuroń pisał o nim po latach z dużym podziwem, choć jednocześnie ubolewał nad jego charakterem. "Nie szło się z Antkiem dogadać, bo podejrzenia przesłaniały mu jasność widzenia. Wszędzie dostrzegał frakcje i spiskujące koterie. Oczywiście przeciw niemu. A przecież był to facet, który odegrał niewątpliwie wielką rolę przy tworzeniu KOR-u".
Gdy KOR postanowił utworzyć swoje czasopismo, „Głos”, już przy pierwszym numerze doszło do konfliktu - Macierewicz odrzucił artykuł Adama Michnika. Ten wraz z Kuroniem odszedł z redakcji. Jan Józef Lipski wspominał: „ »Głos « pozostał poważnym pismem środowiska KOR-u. Wiadomo jednak było, że nie pojawią się w nim pewne nazwiska, jak Blumsztajna, Lityńskiego, Michnika, Kuronia - i odwrotnie - »Biuletyn Informacyjny «, »Robotnik «, później »Krytyka « nie mogły liczyć na współpracę Dorna, Doroszewskiej, Macierewicza i Naimskiego. Ale na szczęście nie powstała też taka atmosfera, by publikowanie tam lub tu było traktowane jako »zdrada «, wypowiedzenie wojny, ostateczne samookreślenie i tym podobne”.
Dziś Macierewicz chętnie mawia, że Michnik i Kuroń, czyli "lewica laicka", od początku dążyli "do oszukania Polaków" i układali się z tzw. liberałami w PZPR. Ale w czasach KOR-u daleko mu było do dzisiejszych skrajnie narodowo-katolickich poglądów. Był wcześniej entuzjastą MIR, skrajnie lewackiej organizacji chilijskiej, która atakowała Salvadora Allende z lewa. Był też wielbicielem Che Guevary. Dawni koledzy pamiętają też jego akcję zbierania podpisów przeciw przyjazdowi prezydenta Nixona do Polski, "gdy USA prowadzą wojnę w Wietnamie". Teraz Macierewicz kategorycznie temu zaprzecza.
Jego przemiana w radykalnego endeka nastąpiła gdzieś na początku lat 80., za pierwszej "Solidarności". Jak pisał Jacek Kuroń, Macierewicz dołączył wtedy do "prawdziwych Polaków", tzw. prawdziwków, którzy tropili w "S" Żydów i lewicowców.
W stanie wojennym Macierewicz trafił do ośrodka internowania, z którego uciekł w karawanie. Ukrywał się do amnestii w lecie 1984 r. W tym czasie w "Głosie" sformułował ideę trójprzymierza "Solidarności", Kościoła i wojska, czym wprawił w totalne osłupienie całą opozycję. Nie po raz ostatni.
W wolnej Polsce zasłynął jako minister spraw wewnętrznych w rządzie Jana Olszewskiego i wykonawca - co zakończyło się skandalem - uchwały lustracyjnej z 1992 r. Na tzw. liście agentów Macierewicza znalazło się 66 polityków, w tym prezydent Lech Wałęsa i marszałek Sejmu Wiesław Chrzanowski. Choć część osób z tej listy oczyścił później sąd lustracyjny, Macierewicz nie ma sobie nic do zarzucenia. Jednym z haniebnych epizodów "nocy teczek" był szantaż wobec lidera KPN Leszka Moczulskiego. Tuż przed ujawnieniem listy premier Olszewski negocjował z nim wejście do koalicji. Gdy Moczulski odmówił, Macierewicz wstawił go na swoją listę.
Po upadku rządu były szef MSW był działaczem kilku prawicowych ugrupowań. Niemal za każdym razem odchodził z hukiem albo był przyczyną rozłamu w partii. Teraz jest wiceministrem obrony narodowej zajmującym się likwidacją WSI i autorem skandalu: pomówił "większość" (jak oświadczył) spośród ośmiu byłych szefów dyplomacji RP o współpracę z sowiecką agenturą. Wyjaśnił potem, że był to "skrót myślowy".
Źródło: Duży Format