Od kampanii wyborczej w obozie nowego prezydenta USA Baracka Obamy ścierały się w tej sprawie różne opcje.
Byli tacy, którzy uważali, że tarczę w Polsce i radar w Czechach trzeba budować bez względu na wszystko, gdyż zagrożenie dla Europy i Ameryki ze strony Iranu jest poważne i rośnie z każdym rokiem. Inni mówili, że tarczę należy budować, ale tylko wtedy, jeśli zgodzi się na to Rosja, udobruchana koncesjami Ameryki na innych polach. Byli w końcu tacy, którzy uważali, że projekt jest niesprawdzony, kosztowny, skłócający USA z Rosją, a więc bezsensowny.
Te dyskusje się jeszcze nie skończyły, ale po poniedziałkowej przemowie kongreswoman Ellen Tauscher, która niedługo będzie odpowiadać za zbrojenia w dyplomacji USA, widać już, czym one się skończą - prawie na pewno.
Ekipa Obamy chce zmienić priorytety. Bush pragnął przede wszystkim zbudować tarczę w Polsce i Czechach, i uzupełnić ją okrętami wyposażonymi w antyrakietowy system Aegis na Morzu Śródziemnym. Miałyby one chronić południowe skrawki Europy, których baza w Redzikowie bronić by nie mogła. Demokraci chcą zrobić odwrotnie - najpierw w ramach NATO zabezpieczyć południe Europy przed zagrożeniem ze strony rakiet średniego zasięgu, które już Iran ma. Dopiero potem chcą zajmować się obroną Europy Zachodniej i USA przed rakietami dalekiego zasięgu, które Iran może mieć dopiero za kilka lat.
Według tej koncepcji nadal potrzebny jest radar w Czechach. O bazie w Polsce Tauscher wypowiadała się bardzo krytycznie, jak zresztą w ogóle o naziemnych systemach antyrakiet (na Alasce i w Kalifornii chronią już USA przed atakiem Korei Płn.). Tauscher twierdziła, że są one drogie i niesprawdzone.
Czy to oznacza, że USA po prostu wycofają się z umowy zawartej w sierpniu z Polską? Może tak, ale niekoniecznie. Z dwóch bliskich nowej administracji źródeł "Gazeta" dowiedziała się, że najbardziej prawdopodobne jest zamrożenie projektu w Polsce na dwa-trzy lata.
Daje to Obamie dużo plusów. Przede wszystkim ryzyko polityczne w wypadku całkowitej rezygnacji z tarczy jest wielkie. Gdyby to zrobił, a Iran np. w 2012 r. dokonał udanej próby z rakietą dalekiego zasięgu, Republikanie ugotowaliby prezydenta żywcem.
Po drugie, Obama może mówić Rosjanom: "Idziemy wam na rękę". Ale jednocześnie jeśli Rosja przestanie z USA współpracować, Ameryka może do projektu wrócić.
Po trzecie, daje to ekipie Obamy rzeczywiście czas na kolejne testy systemów naziemnych.
Po czwarte, daje mu oszczędności budżetowe, choć raczej propagandowe niż rzeczywiste. 10 mld dol. potrzebnych na tarczę to grosze przy bilionach wydawanych na walkę z kryzysem.
Jeśli ten scenariusz się potwierdzi, Polska przede wszystkim nie powinna histeryzować. Już po liście Obamy do prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa, w którym sugerował rezygnację z tarczy w zamian za pomoc w naciskach na Iran, odezwały się u nas głosy, iż Waszyngton i Moskwa dogadają się ponad naszymi głowami. Biadano, że tarcza wiążąca nas z USA była "całą naszą koncepcją bezpieczeństwa", a teraz zostajemy bez niej.
To absurdy. Po pierwsze, porozumienia Waszyngton - Moskwa nie ma i długo nie będzie. Po drugie, polski rząd nie chciał "gołej" tarczy. Rząd Donalda Tuska dostał w sierpniu 2008 r. "przejściową bazę USA", czyli wypożyczenie baterii rakiet Patriot z amerykańską obsługą. Oraz - co ważniejsze - umowę o wzajemnych gwarancjach bezpieczeństwa z USA. Z tego Obama się nie wycofa (choć, jak mówią nasze źródła, w USA byli i tacy, którzy mówili: nie będzie tarczy, to nie dawajmy patriotów).
Powinniśmy ekipie Obamy dać jasno do zrozumienia, że Polska zawarła umowę z rządem USA, a nie z Partią Republikańską. Demokraci nie mogą bez konsekwencji jej rewidować albo odwlekać jej realizacji na święty nigdy. Zwłaszcza jeśli chcą trzymać "otwartą opcję" bazy antyrakiet w naszym kraju, by mieć oręż w negocjacjach z Rosją i Iranem.
I nie chodzi o to, by teraz Obama czy szefowa dyplomacji USA Hillary Clinton parę razy o nas coś miłego powiedzieli, co zresztą już zrobili.
Czego więc Polska naprawdę mogłaby się od USA domagać? Po pierwsze, korzystniejszych warunków najpierw wypożyczenia, a potem kupna patriotów, które naprawdę są nam potrzebne. Po drugie, jeśli nie powstanie (przynajmniej przez parę lat) baza antyrakiet, budowy lub przesunięcia do Polski większej liczby poważnych instalacji, baz lub dowództw NATO. Po trzecie, uwzględniania naszych postulatów zarówno w rozmowach NATO z Rosjanami, jak i w tworzącej się polityce Zachodu wobec Ukrainy. Po czwarte, poparcia w rozgrywce o stanowiska w ważnych instytucjach Zachodu (sprawa szefa NATO jest przesądzona, ale pozostało jeszcze wiele innych).
Polska jest krajem ważnym, choć nie z pierwszej ligi. Mamy prawo wymagać od partnerów realizacji podpisanych umów. A gdy oni chcą je zmieniać - niech za to płacą.