Z dawnej wielkości, bogactwa i chwały chińskiej kultury która rozkwitała i świeciła pełnym blaskiem właśnie na tych terenach pozostały już tylko wspomnienia. Henan bowiem to prowincja z którą najpierw komunizm, a później globalizacja obeszły się niezwykle surowo. W chińskiej strategii podboju świata kluczową rolę odgrywają prowincję nadmorskie, gdzie zbudowano Globalną Fabrykę i Henan jest dla Chin, tym czym Polska dla Europy - dostarczycielem taniej siły roboczej. To właśnie miliony Henańczyków a także Syczuańczyków, emigrują do pracy w zakładach produkcyjnych na Wybrzeżu, skąd rozsyła się tanie towary na cały świat.
Dawne centrum chińskiej cywilizacji, a obecnie zepchnięta na margines głównego nurtu wydarzeń czarna dziura, miejsce gdzie diabeł mówi dobranoc, z którego każdy kto może zwiewa byle bliżej morza.
Przylatując z Szanghaju, 17 milionowej metropolii, przy której nawet Polska wygląda jak ubogi kraj, czuję się jakbym odbywał podróż w czasie. Zupełnie jak w dowcipie o czasoprzestrzeni przeniosłem się nie o tysiąc kilometrów, ale 25 lat.
Już samo mikroskopijne lotnisko znacznie odbiega od chińskich standardów, wybudowane według prawie identycznego planu jak warszawskie Okęcie.
Na ulicach Zhengzhou (stolicy prowincji) daję się zauważyć bezładnie i chaotycznie poruszające się we wszystkie strony chmary rowerzystów, którzy w ostatnich latach prawie zniknęli z ulic innych chińskich miast. Do tego tłumy robotników wspólnie oglądających telewizję, a także traktory i wiele innych przedziwnych pojazdów przypominających ciągniki. Na południu gdzie uprawiany jest ryż, a nie jak w Henanie zboże, widok raczej niespotykany.
Już recepcjonistka w hotelu przekonuje mnie swym akcentem że trafiłem do Północnych Chin, gdzie ludzie swobodnie rozmawiają po mandaryńsku, oficjalnym języku Chin, który południowcom nastręcza jednak wielu problemów. W hotelowej recepcji większość ludzi ubrana w niebieskie schludne bluzy, unowocześnione wersje tych sprzed 30-40 lat. W kolorowym Kantonie i Szanghaju podobne stroje należą niemalże do stylu retro, zakłada je młodzież, która chce podążać w zgodzie z najnowszymi trendami.
Standardowa w Chinach pełna uprzejmości i serdeczności
kolacja z partnerami, standardowo ubranymi jak na Henan przystało w brązowe bluzy. Na stole lądują miejscowe specjały, obok tradycyjnych chińskich potraw sporo lokalnych przysmaków dużo potraw mącznych, placki i kluski. W tle naszej biesiady rozbrzmiewa subtelna, delikatna
muzyka antycznych Chin. Przy miejscowej, sławnej na cały kraj wódce Baofeng, piekielnie mocnej nawet jak dla przybyszów znad Wisły (55 procent), snujemy opowieści o dawnych czasach, władcach antycznej epoki Walczących Królestw, a także Rzece Żółtej i jej znaczeniu dla Chin. Jeden z uczestników startuję nawet z własną autorską teorią na temat biegu rzeki, która jak twierdzi zakręca na Północ by dosięgnąć lodów, które roztapiając się w rzece, sprawiają że ta zakręca z kolei na południe i "płynie na dół" wprost do Henanu. Nie wnikając w naukowość jego stwierdzenia wznosimy toast i wychylamy kolejny kieliszek miejscowego trunku.
Na Wybrzeżu na podobnych kolacyjkach rozmawia się raczej o kondycji firmy, sytuacji na rynku, czy też o wyższych cenach materiałów. Tam rozmowy o antycznych dynastiach i legendach dawnych czasów byłyby tolerowanym aczkolwiek budzącym zdumienie hobby.
- Henan obecnie stoi słabo - zgodnie i fatalistycznie powtarzają rozmówcy. - Nic się tu nie dzieje, nie ma wielkich inwestycji. Mamy tylko stare zakłady przemysłowe i górnictwo. Jesteśmy 400 kilometrów od morza, a dziś w Chinach morze jest jak życie...
Następnego dnia rano, dokuczliwy ból głowy i wyjazd za miasto. Przy wyjeździe na autostradę wspaniały monumentalny stadion, wielkości jeszcze niewybudowanego, ale już zaprojektowanego Polskiego Stadionu Narodowego. Omijając tłumy rowerzystów i pojazdów ciągnikopodobnych wjeżdżamy na zupełnie pustą autostradę, najwyraźniej wybudowaną jak wiele rzeczy w Chinach (na przykład obiekty olimpijskie) o kilka lat za wcześnie. Pokonujemy 180 km w 2 godziny i zjeżdżamy z autostrady do Krainy Wiecznego Kołchozu, gdzie wszystko wygląda jak jeden wielki opuszczony PGR, tak jakby Wielki Skok który w latach 1958-1960 spowodował śmierć kilkudziesięciu milionów Chińczyków (a w samym Henanie kilkunastu) dopiero co się zakończył.
We wspaniałe malownicze krajobrazy z wiejskimi chatkami z ozdobnymi dachami w tradycyjnym chińskim stylu, brutalnie wdziera się komunistyczny świat kominów zakładów przemysłowych i spalarni śmieci przywożonych z bogatszych prowincji w ramach redukcji kosztów. Bieda miesza się z brudem, klęską ekologiczną i bałaganem, po którym nikt nie sprząta. Aż dziw bierze że Szanghaj z kilkudziesięcioma wieżowcami, tenisowym turniejem Masters i najszybszą koleją świata, to miasto w tym samym kraju odległe o 90 minut lotu samolotem.
Przepaść w dochodach między prowincjami w Chinach jest ogromna i co gorsza te bogatsze nadal rozwijają się dużo szybciej od biednych, a zatem różnice stają się coraz większe. Zaczynają się one przekładać na mentalność, styl życia, wyznawane wartości. Chińczyk z Szanghaju czy Kantonu i Chińczyk z Henanu to jak przedstawiciele dwóch światów. Czy napewno myślą tak samo ?
Naprzeciw tym problemom społecznym stara się wyjść rządowy program rozwoju biedniejszych regionów, jednak ostateczna decyzja i tak należy do przedsiębiorców, a ci nie są entuzjastami cywilizowania "Dzikiego Zachodu" Chin.
Przypominam sobie słowa przedsiębiorcy z Wybrzeża:
- Wielu poszło w głąb kraju z inwestycjami, ale wszyscy ponieśli porażkę. Dlaczego tak się stało ? Po pierwsze koszty transportu, po drugie brak wykwalifikowanych ludzi i wreszcie po trzecie ich mentalność. Tam po prostu ludzie są inni, nie rozumieją czasami prostych rzeczy, na przykład władze wiele rzeczy utrudniają i wciąż chcą być najważniejsze. Na Wybrzeżu skończyliśmy z tym już dawno temu. Poza tym ludzie, woleliby grać w majianga, popijać herbatkę. Lepiej jednak kiedy przyjeżdżają do nas na Wybrzeże, gdzie wszystko jest już doskonale ustawionym "samograjem".
Mieszkańcy prowincji Południowej Rzeki to "inni" ludzie: pozbawieni przedsiębiorczości, niezaradni, zacofani, nie znający świata zewnętrznego, przedstawiciele poprzedniej epoki, myślący archaicznie i zagubieni w epoce Nowych Chin, w której tak dobrze radzą sobie Szanghajczycy, Kantończycy i inni Chińczycy z prowincji nadmorskich.
Jednak w Henanie wolnego od wszechogarniającej w Chinach gorączki "robienia kasy", globalnego "szybciej, więcej, efektowniej" można wciąż jeszcze odnaleźć romantyczny duch i melancholię dawnych Chin, który na Wschodzie został zmieciony przez kult efektywności.
Łysiejący taksówkarz z rozwichrzonymi włosami, o wyglądzie filozofa, zaciągając się papierosem fatalistycznie stwierdza:
- Nie jesteśmy Kantończykami, nie mamy talentu do biznesu... Tu hasło "bogaćcie się i nieważne jak" nie zyskało poparcia i nie znalazło twórczego zastosowania.
Po ciekawej rozmowie daję mi w prezencie breloczek przedstawiający wazy z dynastii Song.
Tacy są Henańczycy, ciężko doświadczeni przez komunizm, zagubieni w wolnym rynku i bezradni wobec globalizacji, ale szczerzy, serdeczni, wrażliwi na sztukę i wciąż pozostający w kontakcie z własną tradycją i wspaniałą przeszłością.
Może już w tym stuleciu Prowincja Południowej Rzeki jednak powróci do dawnej świetności?
Październik 2006 Oficjalna strona autora:
www.chinywrokuolimpiady.pl