Osiemdziesiąt lat to wiek, w którym właściwie należy się już ustatkować. Nie dotyczy to jednak - śmiem twierdzić - Kazimierza Kutza. Ten szaławiła, reżyser i pisarz, polityk i rozpustnik, dobrotliwy złośliwiec i enfant terrible polskiego życia publicznego jest przypadkiem nierokującym nadziei na stateczność. Jednych przeraża (na przykład Jarosława Kaczyńskiego), innych zachwyca (na przykład Leszka Balcerowicza i mnie), ale nikogo nie pozostawia obojętnym.
Ten Ślązak, Polak i Europejczyk w harmonijny sposób łączy w sobie żywioły nader rozmaite: honor i humor, ironię i powagę, żart i tragiczność. Taki kształt ma jego śląskość, polskość i europejskość. Filmy i spektakle Kazimierza Kutza są i pozostaną przedmiotem fascynacji widzów, a także uczonych studiów filmologów oraz teatrologów.
Ten diabelski Kutz potrafi zaczarować swoim niepowtarzalnym, plebejskim nonkonformizmem wszystkie salony, które skądinąd uwielbia doprowadzać do pasji. Dla mnie Kutz na zawsze będzie tym szaleńcem, który zdecydował się odkryć Śląsk dla Polski.
Czasem myślę, że Kazik wmówił Ślązakom ich własną wielkość, a całej Polsce uświadomił piękno i bogactwo śląskiej duchowości. A na dodatek ten cholerny Kazik jest jeszcze świetnym pisarzem. Jego portrety Stanisława Dygata czy Jerzego Ziętka zaliczam do najświetniejszych dokonań polskiej eseistyki. Jakże czysto brzmi to pisarstwo, brutalne i subtelne, wyrafinowane i prostolinijne, które daje świadectwo mistrzostwu pióra w epoce triumfujących tabloidów i dziennikarstwa schamiałego od pogoni za sensacją. No i jeszcze felietony Kazia - tak dosadne, a przecież tak finezyjnie skrojone.
Dodać jeszcze należy, że Kazik jest przyjacielem niezawodnym, lojalnym i czułym, co wie każdy, kto tej przyjaźni doświadczył. Tworzy świadectwa swojego czasu; jego filmy o stanie wojennym - "Śmierć jak kromka chleba" i "Zawrócony" - są nieporównaną syntezą tamtego doświadczenia opowiedzianego uczciwie - bez fałszu tak typowego dla dzisiejszych policjantów myśli.
Trudno uwierzyć, że śląska sól ziemi czarnej zrodziła i obdarowała nas ptakiem tak pięknym i wielobarwnym.
Nie wiem, Kaziu, skąd Ty się taki wziąłeś, ale patrząc na Ciebie, jedno wiem na pewno: Ciebie trudno rozgryźć. Pamiętam, jak sam nie umiałem zrozumieć tego, co dziś chyba rozumiem - Twojego sekretu. My w Księstwie Warszawskim kombinowaliśmy w kółko, jak coś popsuć komunistom; Ty cały czas myślałeś, jak zrobić coś dobrego dla Śląska. To były dwa różne patriotyzmy - dziś jestem szczęśliwy, że mogły się one spotkać.
Dziękuję Ci, Kaziu, że zechciałeś być moim korepetytorem w trudnym procesie uczenia się Śląska. To dzięki Tobie zrozumiałem, że w zdaniu o "dziadku z Wehrmachtu" podłość równa się tylko głupocie.
Trochę się tego Śląska od Ciebie nauczyłem. Pozwól przeto, że powtórzę za Twoim ulubieńcem: "Tak naprawdę to wiem tylko jedno - że na kaca najlepsze jest piwo".
Kaziu drogi, Antoni Słonimski powtarzał legendarną wypowiedź Wieniawy, którego kelner zapytał w Adrii, czy pić będzie
wino, czy wódkę. Wieniawa odparł po namyśle: "I piwo!".
Tak więc Twoje zdrowie, Kazimierzu o lwim sercu, o jadowitej złośliwości skorpiona, o przenikliwym umyśle i gołębim usposobieniu. Jesteś "Perłą w koronie" współczesnej Polski.
Dziękuję Ci za wszystko i pozdrawiam najczulej, jak mawiał dobrze wychowany gangster do pięknych kobiet. Długo, długo zostań z nami.
Adam Michnik i miłośnicy z "Gazety Wyborczej"