Był także legendą moich przyjaciół i moją - ludzi opozycji demokratycznej. To on udowadniał rosyjskiej inteligencji i nam, Polakom, że możliwe jest to, co wydawało się niemożliwe - że można przełamać barierę oportunizmu i strach; że można wypluć knebel cenzury i autocenzury; że można przemówić głosem człowieka wolnego.
"Jeden dzień Iwana Denisowicza" (w przekładzie Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego) był opowiadaniem, które wstrząsnęło Rosją. Tygodnik "Polityka" drukował to opowiadanie w odcinkach, poruszając bolesną pamięć o stalinowskich zbrodniach. Późniejsze opowiadania (np. "Zdarzenie na stacji Kreczetowska") przemykały się już tylko w pismach i w wydawnictwach niszowych. Potem był "Oddział chorych na raka" i "Krąg pierwszy" opublikowane już w rosyjskich wydawnictwach emigracyjnych, a po polsku - nakładem paryskiej "Kultury". To Jerzy Pomianowski - jeszcze pod pseudonimem - spolszczał książki Sołżenicyna, także "Archipelag GUŁag". Dzięki temu pisarz rosyjski stał się uczestnikiem polskich debat o komunizmie. Uczestnikiem był niełatwym. Sołżenicyn szanował Polskę, czemu dał wyraz w pamiętnym fragmencie "Archipelagu GUŁag". Bezcenna była również jego deklaracja w sprawie zbrodni katyńskiej, którą złożył już na emigracji. Jednak spoglądał on na Polskę okiem Wielkorusa, który uważał Ukrainę za fragment Rosji. Dlatego krzywdy ukraińskie w trudnych relacjach między naszymi narodami przypisywał Rosji, budując w ten sposób nierzetelną symetrię w relacja polsko-rosyjskich.
Wspominam o tym dla porządku, choć przecież było to marginalne w twórczości tego wielkiego pisarza i niezwykłego człowieka. Jego życie naznaczone było cierpieniem. Był żołnierzem Armii Czerwonej w wojnie z hitlerowską III Rzeszą. Uwięziono go w1945 za krytyczne opinie o władzy sowieckiej, które pomieścił w prywatnym liście. Dzień zwycięstwa nad Hitlerem spędził już w więzieniu, co gorzko wspominał w "Archipelagu GUŁag". Potem wiele lat spędził w więzieniach i łagrach. Po uwolnieniu - już w epoce Chruszczowa - zaczął pisać opowiadania i powieści, które całkowicie przeobraziły krajobraz duchowy Rosji i zmieniły obraz Rosji w świecie. To kaprysowi Nikity Chruszczowa zawdzięczał Sołżenicyn publikacje swoich pierwszych opowiadań w "Nowym Mirze", miesięczniku literackim odwilżowej inteligencji rosyjskiej. Upadek Chruszczowa oznaczał knebel dla Sołżenicyna. Wtedy skończył się czas kompromisu pisarza z władzą. Sołżenicyn napisał do zjazdu pisarzy sowieckich list potępiający cenzurę, w którym przypomniał ofiary stalinowskich represji. Napisał o bolszewikach zdanie, które przeszło do historii: "Oni umieją kochać tylko martwych".
Sołżenicyn zdumiewał bezkompromisowością i odwagą. Codziennie rzucał wyzwanie przywódcom Związku Sowieckiego Reżim sowiecki znienawidził go. Zastawiano na niego pułapki, organizowano zbiorowe seanse nienawiści, szkalowano z brutalnością niezapomnianą sowieckich czynowników. Do anegdoty przeszła odprawa w KGB, gdzie tłumaczono, że "Sołżenicyn to Sołżeniter", czyli - po prostu - Żyd, syjonista, kosmopolita bezojczyźniany, a nie prawdziwy syn ziemi rosyjskiej. KGB zwerbowało jego pierwszą żonę, której podyktowano paszkwil na temat życia osobistego pisarza. Oskarżano go o szkalowanie i zdradę ojczyzny.
Jednak KGB, zwykle tak pomysłowe i skuteczne w swych poczynaniach, tym razem okazało się bezsilne. Sołżenicyn był nieugięty; na KGB-owskie poczynania reagował ironią i pogardą.
Wtedy - wraz z drugim gigantem Innej Rosji, skądinąd jakże odmiennym, Andriejem Sacharowem - stał się symbolem Rosji swobodnej; Rosji, która zrzuca bolszewicką maskę i odkrywa własne oblicze; Rosji, która przemówiła głosem własnym. Sołżenicyn obwieszczał światu na swój sposób: to ja jestem Rosją, a nie Breżniew. W tym geście było coś ze świadomości proroka obdarzonego wielką misją.
Dobrze pamiętam tamte lata. Obserwowaliśmy poczynania Sołżenicyna - my, ludzie Polski zbuntowanej - pełni oszołomienia i podziwu. Pochłanialiśmy jego książki, słuchaliśmy przez Wolną Europę jego deklaracji. Dzień, w którym otrzymał Nagrodę Nobla, był naszym świętem.
Aleksander Sołżenicyn był naszym bohaterem.
Nigdy nie zapomnę
lektury "Archipelagu GUŁag". Przedzierałem się przez tę książkę po rosyjsku i czułem, że ten język przestaje być dla mnie mową drewnianą bolszewickiego kłamstwa, a staje się także moim językiem. Sołżenicyn pisał po rosyjsku językiem więźnia, który w więzieniu odnalazł drogę do wolności i do sumienia. Zrozumiałem wtedy, na resztę życia, że lepiej być wolnym w więzieniu niż zniewolonym po drugiej stronie muru.
Nigdy nie zapomniałem tej lekcji Sołżenicynowskiej, także wtedy, gdy został wygnany z Rosji i zaczął publikować książki, których treści nie umiałem zaaprobować. Raziła mnie jego apologia epoki carskiej, wielkorosyjskiego nacjonalizmu i prawosławnego ekskluzywizmu; nie rozumiałem jego pogardy dla demokracji zachodniej. Także później, po powrocie pisarza do Rosji w epoce Jelcyna, raziły mnie jego wypowiedzi na temat wojny czeczeńskiej czy kary śmierci. To już nie był ten Sołżenicyn, idol mojej młodości.
Dziś - myślę - nie to jest najważniejsze.
Oto odszedł jeden z gigantów XX wieku, pisarz wielkiej miary, demaskator zbrodni Stalina i totalitaryzmu bolszewickiego, który wstrząsnął sumieniem Rosji i całego świata.
Aleksander Sołżenicyn przywracał godność nam wszystkim. Mówiąc językiem Antoniego Czechowa, Sołżenicyn uczył nas jak dzień po dniu wyciskać z siebie niewolnika. Dlatego dzisiaj wszyscy pochylamy się z wdzięcznością i smutkiem nad jego trumną.