http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Irak i my po pięciu latach

Adam Michnik, János Kis
2008-06-24, ostatnia aktualizacja 2008-06-24 13:31

Wojna w Iraku głęboko podzieliła demokratyczną opinię publiczną świata. Podzieliła też społeczność byłych wschodnioeuropejskich dysydentów, w tym autorów tego tekstu. Adam Michnik poparł inwazję, János Kis był jej przeciwny


Fot. Wojciech Surdziel / AG
Razem walczyliśmy z totalitarnym komunizmem. W 1989 r. obaj poparliśmy pokojową, negocjacyjną transformację w naszych krajach - w Polsce i na Węgrzech - w kierunku liberalnej demokracji i gospodarki rynkowej. W latach 90. sprzeciwialiśmy się obaj - każdy na swój sposób - rozmaitym siłom politycznym chcącym wszcząć antykomunistyczne polowanie na czarownice. Obaj opowiedzieliśmy się za wejściem naszych krajów do NATO i Unii Europejskiej. Obaj uważaliśmy, że interwencja w Bośni dla powstrzymania konfliktu zbrojnego i ludobójstwa była obowiązkiem społeczności międzynarodowej i że powinna ona nastąpić znacznie wcześniej, niż nastąpiła. Obaj uznaliśmy za uzasadnione działania militarne w Kosowie mające przeciwdziałać czystkom etnicznym. Jednak w kwestii Iraku różniliśmy się zasadniczo. Jak do tego doszło?

Saddam Husajn był zbrodniczym dyktatorem. Jego rządy opierały się na nagiej sile - nie miał moralnego prawa nie dać się usunąć przemocą. Interwencja miała położyć kres krwawej tyranii, co uzasadniało aż nadto jej poparcie. Usprawiedliwiając inwazję na suwerenny kraj, trzeba - co dobrze wiedzieliśmy - rozważyć i inne okoliczności. Jednak doszliśmy do odmiennych poglądów w kwestii tego, czy Irak po Saddamie stanie się wzorcowym państwem demokratycznym na Bliskim Wschodzie, czy raczej padnie ofiarą religijnych waśni i międzynarodowego terroryzmu. Doniesienia o broni masowego rażenia Saddama nie brzmiały dla nas równie przekonująco, różniliśmy się też stopniem pesymizmu co do zagrożenia, jakie stwarza dla międzynarodowego porządku amerykański unilateralizm.

Jeden z nas - Adam Michnik - sądził, że położenie kresu powszechnemu rażącemu łamaniu praw człowieka jest tak ważne, że warto podjąć nawet duże ryzyko, jakie niesie z sobą akcja militarna. Drugi - János Kis - był zdania, że ryzyko pogrążenia się Iraku w wojnie domowej, rozłamu, do jakiego dojdzie na tym tle w łonie międzynarodowej społeczności demokratycznej, i wezbrania nowej fali antyzachodnich resentymentów na Bliskim Wschodzie zaowocuje ostateczną kompromitacją całego przedsięwzięcia. Po długiej przyjacielskiej dyskusji pozostaliśmy każdy przy swoim, nieprzekonani argumentami drugiej strony.

Pięć lat po inwazji na Irak nadal nie zgadzamy się co do tego, czy należało poprzeć tę wojnę, zważywszy informacje (czy dezinformacje), jakimi dysponowaliśmy w poprzedzających ją miesiącach. Nie ma wątpliwości, że poczynania administracji Busha w Iraku cechowała skrajna nieodpowiedzialność, arogancja i nieudolność. Jednak fatalne wykonanie nie było wpisane w samą ideę obalenia Saddama. Dowództwo sił okupacyjnych mogło nie rozmontowywać instytucji państwa, nie rozpuszczać armii i zrezygnować z kampanii debaasyfikacyjnej. Mogło przygotować plan na wypadek konfliktów religijnych i etnicznych. Mogło przewidzieć wzrost wpływów Iranu wśród szyickiej większości, która doszła do władzy w Iraku. Mogło i powinno powstrzymać się od aresztowania na chybił trafił, upokarzania i torturowania ludzi - niestety, wytyczne Departamentu Sprawiedliwości i Pentagonu w kwestii postępowania z podejrzanymi o terroryzm zachęcały do praktyki arbitralnych zatrzymań i "surowych przesłuchań".

Jak na ironię błędy i grzechy administracji Busha przyczyniły się do utrwalenia, a nie rozstrzygnięcia sporu między zwolennikami i przeciwnikami wojny. W oczach części tych, którzy sprzeciwili się wojnie, arogancja i lekkomyślność ekipy Busha w okupowanym Iraku dowodzi tego, jakim nieporozumieniem była sama idea obalenia rządów Saddama przy pomocy wojska. W oczach części tych, którzy poparli wojnę, te same fakty pokazują, że wiele spraw mogło rozegrać się inaczej. Patrząc wstecz, nadal się nie zgadzamy. Jednak ma to niewielki wpływ na nasz pogląd w kwestii tego, co robić teraz, pięć lat po inwazji. Jak nieraz bywa w przypadku poważnych sporów, i nasz nie rozwiązał się dzięki osiągnięciu konsensusu tylko dlatego, że stracił na znaczeniu. Różniąc się co do celowości wszczęcia tej wojny, zgadzamy się co do konieczności jej zakończenia.

Obaj wiemy, że wojen nie wygrywa się środkami militarnymi. Więcej czy mniej amerykańskich żołnierzy nie opanuje ani nie pokona wszystkich milicji i oddziałów powstańczych rzucających wyzwanie irackiemu rządowi, który chce kontrolować instrumenty przemocy.

Trzy wnioski praktyczne narzucają się same. Po pierwsze, celu, jakim jest stworzenie państwa zdolnego zaprowadzić rządy prawa, nie osiągnie się, dążąc uporczywie do militarnego sukcesu. Droga doń wiedzie poprzez złożony proces polityczny. Po drugie, może okazać się, że bezterminowa okupacja kraju nie ułatwia, tylko utrudnia ten proces. I po trzecie, formułując warunki wycofania wojsk, lepiej nie myśleć o ostatecznym zwycięstwie, wytyczając sobie skromniejsze cele.

Istnieje wniosek, który winniśmy z pewnością odrzucić. Katastrofalny wynik irackiej awantury nie oznacza, że musimy zrezygnować z samej idei humanitarnej interwencji. Ochrona praw człowieka jest obowiązkiem społeczności międzynarodowej i są sytuacje, kiedy trzeba użyć siły, żeby się z niego dobrze wywiązać. Polityka administracji Busha w Iraku wymaga zmiany dlatego, że wojna z Saddamem sprzeniewierzyła się zasadzie, której musimy bronić, czyniąc ją integralną częścią prawa międzynarodowego. Zasada ta nie zostanie zrehabilitowana, dopóki amerykańscy żołnierze nie opuszczą Iraku.

Przełożył Sergiusz Kowalski

Tekst ukazał się w poniedziałek w "New York Review of Books"

*Adam Michnik - ur. w 1946 r., redaktor naczelny "Gazety Wyborczej", publicysta, działacz opozycji demokratycznej, członek Komitetu Obrony Robotników, poseł 1989-91

*János Kis - ur. w 1943 r., węgierski filozof i publicysta, w latach 70. i 80. działacz opozycji demokratycznej, 1988-91 lider liberalnego Związku Wolnych Demokratów. Wykłada na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie



  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':