http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kościół, Michnik, dialog

Adam Michnik
2009-05-17, ostatnia aktualizacja 2009-05-15 15:39

Najbardziej spodobała mi się okładka. Taka szara, charakterystyczna okładka "Kultury". Wychodził pod nią Gombrowicz, Miłosz, Kołakowski - rozumiesz, jak poczułem się dowartościowany. O swojej książce "Kościół, lewica, dialog" opowiadał w "Gazecie"


Fot. Bartosz Bobkowski / AG
ZOBACZ TAKŻE
Roman Kurkiewicz: Cofnijmy się o 30 lat. Młody Adam Michnik kończy pierwszą książkę "Kościół, lewica, dialog". Gdybyś wówczas mógł mieć wieczór autorski, jak by on wyglądał?

Adam Michnik: Już dawno byłaby tutaj policja. Wtedy, w Krakowie, na spotkaniu u Bogusia Sonika oni naprawdę wtargnęli. Geneza książki jest prosta. Rok 1968 był końcem złudzeń o możliwości reformy komunistycznego państwa. To było przecięcie pępowiny, która łączyła oświeceniowe, lewicowe i demokratyczne środowiska inteligencji z władzą. Wyróżnikiem tych środowisk była głęboko antyklerykalna tradycja Polaka radykała. Ciągnęła się od Oświecenia, od Stanisława Kostki Potockiego i jego „Podróży do Ciemnogrodu”, od „Polsko, twa zguba w Rzymie” Słowackiego, poprzez pozytywistów, socjalistów, Waryńskiego, Brzozowskiego, po dwudziestolecie z PPS i Boyem-Żeleńskim, aż po pisarstwo marksistowskie, zwłaszcza październikowe. Głównym autorem był Leszek Kołakowski.

Pamiętam zaskoczenie, gdy przeczytałem esej Kołakowskiego "Rewanż sacrum". Zacząłem się zastanawiać, czy coś w moim myśleniu było nie tak. Wtedy wyszła też książka Bohdana Cywińskiego "Rodowody niepokornych", sięgnęliśmy do okupacyjnej i powojennej eseistyki Jana Strzeleckiego, jego refleksji na temat personalizmu chrześcijańskiego. W "Kulturze" paryskiej ukazał się wybór pism Simone Weil z ważnym wstępem Czesława Miłosza.

Zaczął nas interesować Kościół, w którym ujrzeliśmy siłę antytotalitarną. Pamiętam świetny esej Tadeusza Mazowieckiego o Bonhoefferze, w którym wybór chrześcijaństwa był pokazany jako wybór antynazistowski. Także sam fenomen religii wydał nam się wart nowego przemyślenia.

To wszystko było na początku lat 70. Długo przed falą, która przyszła do Polski z wyborem papieża, z "Solidarnością", ze stanem wojennym. Mieliśmy poczucie, że kroczymy po nieznanym lądzie. I któregoś razu od naszych przyjaciół z emigracji - jednym z inspiratorów tego przedsięwzięcia był Alik Smolar - otrzymaliśmy taśmę magnetofonową z nagranymi pytaniami. Niepokoiło ich, czy nie zaplątaliśmy się w pułapki Kościoła katolickiego i religii.

Z Jackiem Kuroniem wpadliśmy na pomysł, żeby im odpowiedzieć. Każdy miał coś napisać. To złożyło się na specjalny numer „Aneksu”, wzbogacony znakomicie o wstęp Leszka Kołakowskiego. Były tam teksty Kuronia, Teresy Boguckiej i innych. Ale ja mam kompleks grafomana. Jak zaczynam pisać, nie jestem w stanie zejść poniżej objętości „Wojny i pokoju”. Poszedłem więc przerażony do Jacka i mówię: „Już mam 60 stron, a jeszcze się nie rozpędziłem”. Jacuś na to: „Trudno, nie będzie cię w tym numerze »Aneksu «, od razu pisz książkę”.

I siostry z Lasek powiedziały: przyjedź do nas. Siedziałem tam z pięć miesięcy, w pokoju Jerzego Zawieyskiego w Domu nad Łąką. Tam tę książkę skończyłem. Był rok 1976. Przyjechał odwiedzić mnie Stefan Kisielewski, na rowerze. „Słuchaj Stefan, napisałem książkę, którą bym wydał pod nazwiskiem w »Kulturze «, ale jak to wydam w »Kulturze «, to mnie zapudłują - mówię mu. - Więc napisz mi do tego pod nazwiskiem wstęp. Głupio im będzie mnie zapudłować, jeżeli ty napiszesz, że to znakomita książka, nadzwyczajnie inteligentna i odkrywcza”.

Kisiel spojrzał na mnie: "Na pewno jakieś bzdury powypisywałeś, przecież ty pojęcia o tym wszystkim nie masz".

Po trzech dniach dzwoni: "Wiesz, jak na ciebie to nawet zaskakująco niegłupie. Napiszę ci wstęp".

Pracując nad tą książką, zmieniałem swój stosunek i do Kościoła, i do religii. Jakby pisanie zmieniało mnie samego. Ta książka była pisana z poczucia winy. Miałem poczucie, że formacja, z której się wywodzę, miała fałszywy stosunek i do religii, i do Kościoła. I że powinna z tego fałszu się rozliczyć.

Jakieś dziesięć lat temu napisałem w "Gazecie" esej "Kościół, prawica, monolog", który był pewnym zwieńczeniem moich ówczesnych wysiłków. Nie wypieram się tej książki, ona do pewnego stopnia okazała się trafną prognozą. Na krótszą metę. Na długą mam poczucie porażki. Moje nadzieje, że polski Kościół będzie Kościołem Ewangelii bardziej niż Kościołem instytucji, się nie sprawdziły. Dziś więcej jest we mnie pokusy antyklerykalnej niż wysiłku rozumienia. I mimo że tę pokusę staram się powściągać - z przyczyn politycznego oportunizmu i ogólnożyciowego tchórzostwa - to jednak ona jest we mnie. Gdy czytam większość pism, które się identyfikują z katolicyzmem, mam poczucie obcości i niepokoju. Tego poczucia nie miałem, przez lata czytając "Tygodnik Powszechny", "Więź" i "Znak" czy encykliki i homilie Jana Pawła II. Coś się zmieniło. Adam Szostkiewicz napisał w "Polityce" artykuł, w którym użył sformułowania "de-Wojtylizacja polskiego katolicyzmu". Myślę, że coś w tym jest.

Mówiłeś o powstawaniu książki, jakby była dziełem zbiorowym. Na ile "Kościół, lewica, dialog" był twoją samodzielną refleksją, a na ile efektem atmosfery tamtych czasów?

- Napisałem ją ja i tylko ja mogę brać za nią odpowiedzialność. Ale niewątpliwie była rezultatem rozmów w pomarcowym środowisku, i to zarówno z ludźmi mojej generacji, jak i starszymi. Pamiętam rozmowy z Bohdanem Cywińskim, Krzysztofem Śliwińskim, Tadeuszem Mazowieckim, a z drugiej strony z Witkiem Woroszylskim, Jackiem Kuroniem, Kazimierzem Brandysem, Jurkiem Markuszewskim.

To, że ten temat wtedy na nowo ożył, było związane z postawą środowiska "Znaku", które w 1968 r. zachowało się wspaniale. I też z listem pasterskim biskupów, który tak samo bronił studentów. Nie wszystko w ówczesnym Kościele było takie, jakbym sobie marzył. I o tym w tej książce też jest mowa. Jest propozycją rozmowy, a nie aktem konwersji. To nie jest wyznanie marnotrawnego syna. Marnotrawny syn przychodzi, ale rozmawiać, nie tylko wysłuchiwać kazań.

A moment kiedy pierwszy raz miałeś w ręku własną książkę?

- W 1976 r. dostałem paszport do Paryża. To był absolutny cud, miałem zaproszenie od Sartre'a. Być może władza liczyła na to, że tam zostanę, być może uważała, że lepiej, żebym się w kraju nie awanturował na tej fali niepokojów. Krótko mówiąc, paszport mi dali. A książkę do "Kultury" przekazał swoimi kanałami Kisiel. Jak przyjechałem, to już tam była.

Powiedziałem Giedroyciowi, że wracam do Polski i chciałbym, żeby książka wyszła, jak już będę w Polsce. Agnieszka Słonimska zaczęła ją tłumaczyć na francuski. W kwietniu, jeszcze w Paryżu, zrobiłem korektę, w maju wróciłem do Warszawy i zaraz mnie zhaltowali.

Książkę zobaczyłem dopiero po wyjściu z więzienia. Najbardziej spodobała mi się okładka. Taka szara, charakterystyczna okładka "Kultury". Wychodził pod nią Gombrowicz, Miłosz, Kołakowski - rozumiesz, jak poczułem się dowartościowany. Jakby mi w "Twórczości" esej wydrukował Iwaszkiewicz. Choć nie mogłem wtedy na to liczyć.

Wróćmy do trafności zawartej w książce diagnozy. Nazwałeś ją krótkoterminową. Ile to było? 13 lat?

- Nie jestem aż tak szalony, żeby uważać, że proces, który zaistniał w polskiej kulturze w tym okresie, był rezultatem mojej książki. To raczej książka wpisała się w ten proces.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':