We wtorek późnym wieczorem wojsko ujawniło najważniejsze szczegóły poniedziałkowej bitwy. Ponad 60-osobowy polsko-afgański patrol miał sprawdzić rejon prawdopodobnego składowania broni i materiałów wybuchowych w Adżiristanie, górzystym powiecie prowincji Ghazni, uchodzącym za bastion talibów.
12 wchodzących w jego skład Polaków należało do Operacyjnego Zespołu Doradczo-Łącznikowego (OMLT) zajmującego się szkoleniem afgańskiej armii. Tak naprawdę to szkolenie w boju, a OMLT od początku naszej afgańskiej misji był najbardziej zaangażowaną w walki częścią polskiego kontyngentu.
Zadaniem kpt. Ambrozińskiego, który miał doświadczenie jeszcze z wojny w Iraku, było doradzanie afgańskiemu dowódcy oddziału. To ten ostatni wydawał kluczowe rozkazy.
Patrol wyruszył bez wsparcia z powietrza. Teren miał być czysty.
Oprócz 25 afgańskich żołnierzy brało w nim udział także 25 miejscowych policjantów. Nasi wojskowi nie wykluczają, że to oni "wystawili" oddział talibom. - Nieraz okazywało się, że pracują na dwie strony. Bardzo możliwe, że tak stało się i tym razem - mówi nam jeden z polskich dowódców.
Ok. 7.30 patrol wszedł do wąwozu wmiejscowości Usman Khel. To trzy kilometry od wioski Sangar, gdzie niedawno utworzono niewielki polsko-afgański posterunek. Tam czekali już talibowie. Z kilku stron otworzyli ogień. Żołnierze zostali nim przygwożdżeni.
Ilu było talibów? Nie wiadomo. Prawdopodobnie kilkudziesięciu, może nawet setka. Z tak silnym przeciwnikiem polscy żołnierze jeszcze się w Afganistanie nie zetknęli.
Zaatakowany oddział odpowiedział ogniem. Polscy żołnierze, podzieleni na dwie grupy, zostali ostrzelani z tyłu i wycofali się do pobliskich zabudowań. Tam skupili się wokół dwóch domów oddalonych od siebie ok. 30 m. Wezwali też śmigłowce i samoloty bojowe, które pojawiły się o godz. 8.20. Jeden z nich zrzucił bombę na pozycje talibów.
Kpt. Ambroziński próbował trafić snajpera znajdującego się na dachu budynku. -Oddał w jego kierunku strzały, a następnie wychylił się, by sprawdzić rezultaty. Wtedy otrzymał postrzał w klatkę piersiową - mówi ppłk Dariusz Kacperczyk z Dowództwa Operacyjnego polskiej armii.
Żołnierze odciągnęli oficera o kilkadziesiąt metrów, wezwali ratownika medycznego, a sami próbowali reanimować kapitana. Po kolejnej reanimacji ratownik stwierdził, że kpt. Ambroziński nie żyje.
Gdy ranni zostali trzej inni żołnierze, dowódca polskiego patrolu podjął decyzję o przebiciu się przez pozycje talibów i wycofaniu. Rannych o godz. 9.45 amerykański śmigłowiec zabrał do bazy w mieście Ghazni.
Helikoptery systematycznie wywoziły żołnierzy z pola bitwy. Zginęło ośmiu Afgańczyków, dużo więcej zostało rannych.
Później pięciu Polaków śmigłowcem wróciło po ciało kapitana. - Żołnierze dostrzegli leżące na brzuchu zwłoki bez butów, z założoną na gołe ciało kamizelką. Wokoło leżały zawleczki od granatów - relacjonuje Kacperczyk. Stwierdzili, że to nie kpt. Ambroziński, a pod ciałem zapewne są granaty. Przed odlotem jeszcze raz się upewnili, że nie są to zwłoki Polaka. -W takiej sytuacji kpt. Ambroziński został uznany za zaginionego. Tylko ciało jest dowodem na to, że żołnierz faktycznie nie żyje - wyjaśnia ppłk Kacperczyk.
Talibowie ostrzelali też z granatnika polskie śmigłowce transportowe Mi-17 z 20 żołnierzami i dwa amerykańskie, które miały wesprzeć polski patrol.
Wojsko nie ujawniło, jak odnaleziono ciało kpt. Ambrozińskiego. My ustaliliśmy, że zwłoki Polaka dopiero we wtorek nad ranem zlokalizował kamerą termowizyjną amerykański samolot bezzałogowy. Wtedy na miejsce znów ruszył polsko-afgański patrol. Ok. godz. 4 lokalnego czasu żołnierze znaleźli zwłoki kapitana między skałami, kilkanaście metrów od miejsca bitwy. Talibowie musieli odciągnąć go z miejsca, gdzie zginął.
Kpt. Daniel Ambroziński to dziesiąty i najwyższy rangą polski żołnierz zabity w Afganistanie. Jako jedyny zginął w regularnej bitwie - do tej pory Polaków zabijały eksplozje min-pułapek pod pojazdami. Służył w 1. Batalionie 25. Brygady Kawalerii Powietrznej. Miał 32 lata, zostawił żonę i córkę.