Wiedzieliśmy, że to będzie ciężkie lato - mówi prezydent
USA Barack Obama. - To bardzo ciężkie lato i jeszcze się nie skończyło - przytakuje brytyjski premier Gordon Brown. W pierwszych dniach lipca w40-stopniowym upale ponad 5 tys. amerykańskich i brytyjskich żołnierzy ruszyło do natarcia na Helmand, największą z afgańskich prowincji, opiumowe zagłębie i twierdzę talibów. Ofensywa ma przeważyć szalę zwycięstwa na stronę Zachodu i wspieranego przez niego rządu z Kabulu.
Choć talibowie jak zwykle nie przyjmują bitew, koalicja i tak ponosi straty. W tym roku zginęło już w Afganistanie ponad 200 zagranicznych żołnierzy (w samym lipcu 46), podczas gdy w całym poprzednim roku - 294. Talibowie twierdzą też, że zestrzelili w lipcu dwa zachodnie śmigłowce wojskowe i uszkodzili dwa medyczne. Najcięższe straty ponoszą Brytyjczycy, którzy dotąd odpowiadali za Helmand i utrzymywali tam 9 tys. żołnierzy. Ginęli głównie na podkładanych przez partyzantów minach i bombach - w lipcu prawie codziennie.
Piątek 10 lipca, gdy zginęło aż ośmiu, a ponad 30 zostało rannych, został w Londynie ogłoszony najkrwawszym dniem brytyjskiego wojska od wojny z Argentyną o Falklandy w 1982 r. Liczba brytyjskich żołnierzy zabitych w Afganistanie sięgnęła 184 i przekroczyła liczbę 179 ofiar poniesionych przez nich w Iraku.
Gwałtownie rosnąca liczba zabitych wywołała w Wielkiej Brytanii burzę. Opozycja, a także wojskowi oskarżyli premiera Browna, że skąpi pieniędzy, przez co wystawia na niebezpieczeństwo żołnierzy w Afganistanie i kompromituje kraj choćby w oczach Ameryki dbającej, by jej wojskom nie brakowało na wojnie niczego.
Wyruszając do operacji "Chandżar" ("Miecz") w Helmandzie, 4 tys. żołnierzy amerykańskiej piechoty morskiej wspieranych jest przez 150 śmigłowców i samolotów. 9 tysięcy stacjonujących tam Brytyjczyków ma ledwie 20 helikopterów i jest skazanych na transport lądowy, przez co stają się łatwym celem dla talibów. Brytyjscy saperzy przyznają, że talibowie podkładają miny coraz potężniejsze i są w tym ekspertami lepszymi niż uchodzący w swoim czasie za mistrzów członkowie Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Przestarzałe brytyjskie landrovery, a nawet nowsze od nich i lepsze szakale i vikingi rozrywają się na afgańskich minach. Nowoczesne i dobrze opancerzone mastiffy, podobnie jak amerykańskie MRAP-y chronią żołnierzy, ale są tak ciężkie, że nie nadają się na afgańskie bezdroża. W Iraku poruszały się po równych i płaskich asfaltowych drogach, w Afganistanie grzęzną na pustyniach i górskich zboczach, a wydobywający je z potrzasku żołnierze stają się łatwym celem dla zaczajonych talibów.
Brytyjscy wojskowi twierdzą, że z powodu skąpstwa Browna, wcześniej ministra finansów, żołnierzy w Afganistanie jest za mało, a posłanych tam 9 tys. narażonych jest na większe niebezpieczeństwo. Byli szefowie sztabu generalnego gen. Lord Guthrie of Craigiebank i gen. sir Richard Dannatt zarzucili Brownowi, że zawsze próbował oszczędzać na wojsku. Kiedy brytyjskie wojska wycofywały się z Iraku, wojskowi proponowali, by przynajmniej 2-2,5 tys. żołnierzy przerzucić do Helmandu. Premier nie zgodził się, twierdząc, że nie ma pieniędzy. Wiosną generałowie znów zażądali od Browna dodatkowych 2 tys. żołnierzy. Dostali 700. Po "krwawym piątku" sam Brown obiecał, że żołnierze w Afganistanie dostaną wszystko, co będzie im potrzebne, a nawet stwierdził, że wyśle do Helmandu dodatkowe wojska. Generałowie znów przypomnieli o2 tys.
We wtorek rząd ogłosił, że z Cypru przerzuci do Afganistanu 140 żołnierzy. Opozycyjni posłowie krzyczeli na Browna, że jeśli nie sięgnie głębiej do kieszeni, nie wyśle do Afganistanu tylu żołnierzy co trzeba i odpowiednio ich nie wyposaży, to lepiej już, by
Wielka Brytania w ogóle wycofała swoje wojska z Helmandu.
Tymczasem Amerykanie nie oszczędzają - do końca roku zwiększą liczbę swoich wojsk w Afganistanie do prawie 70 tys. (pozostałe państwa zachodniej koalicji utrzymują tam ponad 32 tys. żołnierzy). Ale i tak amerykańscy generałowie domagają się co najmniej kolejnych 30 tys. w przyszłym roku.
Zachodnim wojskom coraz bardziej dokucza brak wsparcia ze strony afgańskiej armii. W wielkim natarciu w Helmandzie uczestniczy ponad 5 tys. zachodnich żołnierzy i ledwie 650 afgańskich. - Brak afgańskich żołnierzy to nasza pięta achillesowa - skarżył się już w pierwszym tygodniu operacji jeden z dowódców marines. - Bez nich nigdy nie przekonamy do siebie miejscowej ludności, a bez tego wygrana jest niemożliwa - jak mantrę powtarza od tygodni nowy dowódca zachodnich wojsk w Afganistanie gen. Stanley McChrystal.
To z jego rozkazu celem operacji "Miecz" wHelmandzie ma być nie tylko pobicie talibów, ale też zdobycie poparcia miejscowej ludności. Jak w irackiej prowincji Anbar, gdzie Amerykanie przechylili na swoją korzyść losy niekorzystnie dla nich przebiegającej wojny. Aby zdobyć poparcie afgańskich cywilów, McChrystal zabronił piechocie morskiej wzywać przy byle okazji na odsiecz śmigłowce i samoloty, by bombardowały kryjówki talibów.
- Wiemy, że zginie więcej żołnierzy, ale nie potrzebuję zwycięstw w bitwach, lecz w wojnie - ogłosił McChrystal. - Talibowie nas nie pokonają, ale sami łatwo możemy sobie odebrać zwycięstwo.
Afgańscy żołnierze są potrzebni Amerykanom, by przeszukiwać domostwa i cywilów. Rewizje przeprowadzane przez zachodnie wojska wywołują wśród Afgańczyków oburzenie. Przede wszystkim jednak afgańscy żołnierze powinni przejmować kontrolę nad zdobywanymi powiatami i nawiązywać kontakty z ludnością, co ma pozwolić zachodnim wojskom uniknąć oskarżeń o okupację kraju. Na razie plemienna starszyzna nieufnie odnosi się do obcych. Wieśniacy boją się, że - jak to bywało wcześniej - obcy żołnierze wycofają się z wiosek, a wtedy wrócą talibowie i surowo ukarzą wszystkich za kolaborację. Aby talibowie nie wrócili, w wioskach należałoby utrzymać rządowe garnizony, tworzyć pod ich osłoną administrację i sądy. Zachodnia koalicja nie ma jednak na to wystarczającej liczby żołnierzy, a afgańskie wojsko jest zbyt słabe i nieliczne.
Amerykanie chcą wyszkolić 135 tys. afgańskich żołnierzy do 2011 r. Ale już dziś amerykańscy wojskowi twierdzą, że potrzebować będą co najmniej dwa razy tyle afgańskiego wojska. W przeciwieństwie do bogatego w ropę naftową Iraku, biednego Afganistanu nie stać na wyszkolenie, utrzymanie i uzbrojenie tak wielkiego wojska. Zachód będzie musiał za to zapłacić, a wcześniej przysłać tysiące nowych żołnierzy, by Afgańczyków wyszkolić.