W środku nocy, by zaskoczyć talibów, amerykańskie śmigłowce wysadziły desant kilkuset żołnierzy piechoty morskiej w południowej części doliny rzeki Helmand. Od niej nazwę bierze cała południowa prowincja - twierdza talibów i największe na świecie zagłębie opium.
W ślad za desantem przez rozpaloną słońcem Pustynię Śmierci Daszt-e Margo ruszyło prawie 5 tys. żołnierzy piechoty morskiej, by błyskawicznym marszem zająć powiaty Garmsir i Nawa, w których królowali dotąd talibowie. W zeszłym tygodniu wspólny desant ze śmigłowców Brytyjczyków i Amerykanów wylądował w północnej, górzystej części Helmandu.
Operacja "Chandżar" ("Miecz") w południowym Helmandzie jest największą ofensywą wojsk
USA od czasu walk w irackiej Falludży w listopadzie 2004 r. Operacja "Pazur pantery" Brytyjczyków jest z kolei ich największą operacją w Afganistanie odkąd wylądowali tam pod koniec 2001 r.
Dowódcy wojsk USA i Wielkiej Brytanii, które obok kanadyjskich ponoszą główny ciężar walk z talibami w Afganistanie, zapowiadają, że celem letnich ofensyw jest wyparcie partyzantów z kontrolowanych przez nich powiatów na południu kraju i umożliwienie przeprowadzenia tam wyborów prezydenckich w sierpniu br. Nawet gubernator Helmandu Gulab Mangal przyznał, że z 13 powiatów prowincji rząd kontroluje najwyżej 6-7. Zachodni dowódcy mają nadzieję, że tym razem uda się utrzymać odbite z rąk talibów południowe powiaty i przekazać je afgańskiemu wojsku, a także przekonać miejscową ludność, by popierała prozachodni rząd w Kabulu.
- Na tym polega główny kłopot zachodnich wojsk. Nie mając szans stawić im czoła w otwartej walce, talibowie uciekają przed nimi, poddając kontrolowane dotąd miasta i wsie. A gdy żołnierze wycofują się do garnizonów w stolicach prowincji, partyzanci wracają i bez strzału odbierają to, co stracili - mówi Harun Mir z Ośrodka Badań Politycznych w Kabulu.
Aby to zmienić, Amerykanie wysłali w tym roku prawie 30 tys. dodatkowych żołnierzy, głównie z piechoty morskiej, by rozbić talibów i wziąć pod kontrolę burzliwe prowincje na wschodzie i południu kraju. W sumie w Afganistanie stacjonuje już blisko 100 tys. zachodnich żołnierzy - mniej więcej tyle, ile utrzymywał tam w latach 80. Związek Radziecki.
Zwiększenie zachodnich sił i podejmowane przez nie natarcia przeciwko talibom sprawiły, że czerwiec okazał się w Afganistanie najkrwawszym miesiącem od inwazji w listopadzie 2001 r. W tym roku zginęło już prawie 200 zachodnich żołnierzy (od 2001 r. - ok. 1200), a liczba potyczek zbrojnych z talibami i zamachów wzrosła prawie dwukrotnie w porównaniu z ubiegłym rokiem.
Do najkrwawszych walk, w których codziennie ginie średnio 30-50 osób, dochodzi przede wszystkim w południowych prowincjach Helmand, Kandahar i Uruzgan, zachodnich Heracie i Farah, ale też w kontrolowanej przez Polaków wschodniej Ghazni (choć tu ginie stosunkowo niewielu ludzi), a nawet w spokojnych do niedawna północnych prowincjach Badghis, Farjab, Majmana czy Kunduz.
- Nie ma żadnych wątpliwości, że od dwóch laty sprawy w Afganistanie mają się źle i zanim zaczną się poprawiać, jeszcze się pogorszą - wyznał w czerwcu gen. David Petraeus, dowodzący wojskami USA na Bliskim i Środkowym Wschodzie. Nowy dowódca amerykańskich sił w Afganistanie gen. Stanley McChrystal stwierdził niedawno, że talibowie przeniknęli do afgańskich władz i wojska. Dodał, że "Nie mając wystarczająco sił, by robić wszystko sami, musimy skupić się tylko na tym co możliwe".
Letnia ofensywa zachodnich wojsk ma szanse na sukces tylko jeśli partyzanci nie będą mogli - jak dotąd - chronić się na terytorium Pakistanu. Granica z Afganistanem ciągnie się aż przez ponad 2,5 tys. km, w dodatku Kabul jej nie uznaje. Islamabad zapewnia jednak, że zrobi co może, by uszczelnić granicę z prowincją Helmand.
Nie będzie to łatwe. Połowa pakistańskiego wojska prowadzi właśnie rozpoczętą pod naciskiem USA wojnę z rodzimymi talibami w pasztuńskich krainach na północy i wschodzie, pozostali zaś strzegą granicy z odwiecznym wrogiem - Indiami. Afgański Helmand graniczy zaś z pakistańskim Beludżystanem, dokąd Islamabad może obawiać się posłać żołnierzy, by nie rozjuszyć tamtejszych separatystów i nie wywołać nowej wojny.