Ranny w piątek komandos z krakowskiej brygady wciąż walczy o życie w szpitalu na terenie amerykańskiej bazy wojskowej w niemieckim Ramstein. Był kierowcą zniszczonego przez minę-pułapkę cougara, wysokiej klasy wozu opancerzonego amerykańskiej konstrukcji.
To fatalna wiadomość. Oznacza, że talibowie znaleźli sposób na pojazd, który dotąd gwarantował żołnierzom względne bezpieczeństwo. Talibowie od dawna atakowali używane przez Polaków cougary oraz produkowane w Polsce rosomaki, ale najczęściej nieskuteczne.
Tamte ataki kończyły się na urwanym kole czy zniszczeniu pancerza, ale żołnierze co najwyżej nabijali sobie parę siniaków.
- Walą do nas z ręcznych granatników przeciwpancernych, podkładają, gdzie mogą, potężnej mocy miny-pułapkI, do wozów strzelają nawet z moździerzy - mówi nam jeden z krakowskich komandosów służących w Afganistanie. - Ewidentnie szukają sposobu na nasze wozy i chyba taki sposób właśnie znaleźli.
Poznaliśmy szczegóły piątkowego ataku, w którym został ranny krakowski komandos. Mina-pułapka nie była zakopana przy drodze ani na niej. Talibowie wiedzą już, że tak nie da się zniszczyć pojazdu, nawet używając stukilogramowego ładunku.
Tym razem umocowali minę na murku i zdetonowali w momencie, gdy przejeżdżał obok niego polski cougar. Eksplozja nastąpiła dokładnie na wysokości kabiny kierowcy - to właśnie w niej siedział raniony Polak.
Dzień wcześniej, w czwartek, talibowie próbowali zniszczyć rosomaka. Na szczęście tym razem ładunek jedynie urwał koło. Ale sprzęt się zużywa - pociski i miny uszkadzają pancerze, podwozia, zawieszenie. Chociaż większość napraw żołnierze wykonują na miejscu, to kilka rosomaków zostało uszkodzonych tak mocno, że trzeba je odesłać do kraju.
- Do końca czerwca żołnierze dostaną 13 nowych rosomaków - usłyszeliśmy od wysokiego rangą urzędnika
MON. - Więcej nie mamy i nie stać nas.
Bo jednostki w kraju są już mocno przetrzebione ze sprzętu. W 12. Brygadzie Zmechanizowanej w Szczecinie zostało tylko kilka rosomaków - żaden nie ma pancerza i do Afganistanu się nie nadają.
Polacy w Afganistanie alarmują również, że talibowie coraz celniej ostrzeliwują ich bazy. - Jesteśmy tarczami na strzelnicy. Chyba tylko cudem nikomu się jeszcze nic nie stało - mówi chorąży z jednej z naszych baz.
Armia szuka ratunku u sojusznika. Jak się dowiedzieliśmy, minister obrony
Bogdan Klich poprosił Amerykanów o wypożyczenie aż 80 nowoczesnych wozów opancerzonych. To gigantyczna liczba, bo dziś Polacy mają 30 MRAP-ów takich jak cougary oraz 60 rosomaków.
Rozmowy z Pentagonem prowadzi szef Sztabu Generalnego gen. Franciszek Gągor. Na długiej liście próśb są też specjalne pojazdy dla saperów, m.in. sławny buffalo - wóz opancerzony ze specjalnym sterowanym ramieniem do usuwania min.
Dowódca polskich sił w Afganistanie płk Rajmund Andrzejczak był jeszcze niedawno przekonany, że dostanie nowe pojazdy w najbliższych dniach. Okazało się to niemożliwe. - Amerykanie rozumieją nasze potrzeby, ale mają własne priorytety - przyznaje w rozmowie z "Gazetą" gen. Gągor.
Do Afganistanu pojedzie za to w najbliższym czasie kolejnych dwustu żołnierzy i polski kontyngent będzie liczył 2,2 tys. ludzi (poprzednia zmiana - 1,6 tys.). - Przed sierpniowymi wyborami prezydenckimi dodatkowi żołnierze będą bardzo potrzebni - mówi nam jeden z polskich dowódców. - Tylko że potrzebujemy też sprzętu, bo inaczej nasi będą chodzili na piechotę.