Pora na pierwsze wnioski z dotychczasowego udziału w zwiększonej misji afgańskiej. Pokazują one wyraźnie, że potrzebna jest korekta strategii polskiego uczestnictwa w tej misji.
Sygnalizowałem taką potrzebę już pół roku temu. Dobrze, że MON decyduje się na praktyczne kroki w tym kierunku. Dramatyczne zdarzenie w Nangar Khel stało się dodatkowo istotnym katalizatorem takiej decyzji.
Przede wszystkim należy uznać za w pełni zasadne dążenie do doprowadzenia do operacyjnej konsolidacji polskiego zgrupowania. Dzisiejszy kontyngent w Afganistanie jest zbyt rozproszony terytorialnie i organizacyjnie.
Włączanie małych pododdziałów bojowych do struktur amerykańskich nie jest korzystne. Zminimalizowało to do najniższego, wyłącznie taktycznego poziomu nasz narodowy wpływ na operacyjne użycie polskich pododdziałów, na ich zadania i taktykę.
Zintegrowanie ze strukturami amerykańskimi na najniższych szczeblach w sposób naturalny wymusza stosowanie przez naszych żołnierzy amerykańskiej doktryny taktycznej. Inaczej, niż jest to w Iraku, gdzie mamy większe możliwości postępowania wedle własnych koncepcji.
Warto też pamiętać, że nasze uzbrojenie, wyposażenie, a zwłaszcza możliwości wsparcia i zabezpieczenia odróżniają nas negatywnie od sojuszników. Stajemy się przez to łatwiejszym obiektem ataków.
Konsolidacja polskiego kontyngentu w Afganistanie po stosownym wzmocnieniu bojowym (śmigłowce!) powinna doprowadzić do ustanowienia odpowiednio większego zgrupowania sojuszniczego pod naszym dowództwem operacyjnym (tak, jak to jest w Iraku). Minister obrony Bogdan Klich ma rację, że w ten sposób podnieślibyśmy wyżej naszą flagę w Afganistanie.
Konsolidacja operacyjna wojska wcale nie musi i nie powinna oznaczać przejęcia odpowiedzialności za bezpieczeństwo i odbudowę jakiejś części Afganistanu. Należy dążyć wyłącznie do zintegrowania naszych wojsk w jednej grupie bojowej, ale w składzie amerykańskiego zgrupowania.
Nie powinniśmy brać na siebie odpowiedzialności za wydzieloną strefę, a zwłaszcza odpowiedzialności ekonomicznej. Branie na siebie dwóch tak ważnych, trudnych, obciążających i w dodatku długoterminowych zadań, tj. zwalczania al Kaidy i zbrojnych grup talibów na pograniczu z Pakistanem oraz zadań odbudowy i rekonstrukcji, to za dużo jak na obecne możliwości i interesy naszego państwa. Nie jesteśmy mocarstwem.
Organizowanie polskiego Regionalnego Zespołu Odbudowy mogłoby mieć sens tylko w razie rezygnacji z zadania bojowego. Z uwagi jednak na długoterminowe koszty takiego przedsięwzięcia nie wydaje się, aby taka reorientacja naszego zaangażowania (z bojowego na ekonomiczne) była zasadna.
Jednocześnie z konsolidacją operacyjną można by na nowo przemyśleć generalne reguły użycia naszego wojska, z ewentualnym ustanowieniem pewnych ograniczeń wynikających z właściwości uzbrojenia, wyposażenia i możliwości wsparcia oraz poziomu przygotowania naszego wojska. Wciąż jeszcze - co najmniej do czasu pełnej profesjonalizacji armii - nie jesteśmy na tyle uniwersalnie przygotowanym wojskiem, aby wykonywać wszelkie zadania bez ograniczeń.
Jednak konsolidacja operacyjna polskiego zgrupowania to niejedyny wniosek z dotychczasowego przebiegu naszej misji w Afganistanie. Konieczne jest również zainicjowanie w ramach NATO merytorycznej debaty nad zmianą szerszej strategii wobec kryzysu afgańskiego.
Przede wszystkim to nie NATO powinno ponosić główną odpowiedzialność za rozwiązanie kryzysu afgańskiego. Militarnie w Afganistanie zwyciężyć się nie da, co pokazuje historia. Potrzebna jest zamiana priorytetów - ze strategii wojskowej wspieranej działaniami cywilnymi na strategię cywilną wspieraną działaniami wojskowymi.
Mamy dzisiaj coraz więcej znaczących sygnałów, że w NATO zaczynają zdawać sobie z tego sprawę. Już na ubiegłorocznym szczycie w Rydze Sojusz apelował o szersze zaangażowanie się społeczności międzynarodowej w Afganistanie. W ubiegłym tygodniu zastępca sekretarza generalnego NATO Claudio Bisogniero mówił wprost o potrzebie nowego podejścia, w którym nie NATO powinno być organizatorem i głównym realizatorem. To raczej zadanie dla ONZ.
Do czasu takiej zmiany strategii warto byłoby także podjąć starania w Sojuszu o ustalenie planu rotacji wojsk w Afganistanie, w tym rotacji naszego kontyngentu przez innych sojuszników. To nie powinno być nasze zadanie na zawsze, a dzisiaj, niestety, na to się zanosi. Nie widać w NATO takich chętnych do wyjazdu do Afganistanu, jakimi my z własnej inicjatywy okazaliśmy się dwa lata temu.
Jeśliby się okazało, że nie wszyscy sojusznicy chcą angażować się w Afganistanie, to jako minimum powinien powstać sojuszniczy fundusz operacyjny na ten cel. Nie może być tak, że część sojuszników ponosi ludzkie, materialne i finansowe ciężary udziału NATO w kampanii afgańskiej, a inni ograniczają się do kibicowania lub do realizacji tylko dla siebie wygodnych zadań.
*gen. prof. Stanisław Koziej jest byłym wiceministrem obrony narodowej
Źródło: Gazeta Wyborcza