Już we wtorek Ameryka po raz kolejny wybierze gospodarza Białego Domu - z tej okazji w warszawskim Kino.Labie odbył się na początku października przegląd "Wszystkie filmy prezydenta". Nawet jeśli dobór filmów okazał się dość przypadkowy, pomysł był ciekawy - prezydentura w Stanach to przecież nie tylko polityka. To niezbywalna część amerykańskiej kultury
Aż dziw, że na pokazach w Kino.Labie pojawiało się (zazwyczaj) tak mało ludzi - być może zawiniła słaba promocja. Nie dało się jednak uniknąć wrażenia, że amerykańska ambasada - jeden ze współorganizatorów przeglądu - zaproponowała wszystko, co miała w swoich zasobach, a co choćby trochę zahaczało o temat, a Kino.Lab przyjęło to z dobrodziejstwem inwentarza niczym polski rząd bazę w Redzikowie. Program przeglądu (w którym roiło się od błędów) obiecywał widzom "różne aspekty dochodzenia do władzy, walki o fotel i umiejętności rządzenia krajem". Tak nie było - nie tylko z prozaicznego powodu, że trudno pokazać to wszystko w ciągu pięciu dni, ale przede wszystkim dlatego, że znaczna większość zaprezentowanych filmów wcale nie dotyczyła prezydentury jako takiej.
Niekoniecznie jednak musiało to wyjść przeglądowi na złe. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wybór filmów ułożył się w pewną interesującą, choć inną całość. Zamiast oglądać prezydenta w Gabinecie Owalnym, jak - marszcząc czoło - frasuje się przyszłością swojego wielkiego narodu (choć tego też nie zabrakło), widzowie mieli okazję zobaczyć przede wszystkim procesy "okołoprezydenckie" - bądź to poprzedzające sprawowanie tego stanowiska (tzn. prawybory), bądź politykę prowadzoną poza Białym Domem - w Kongresie.
JFK: mity i legendy ludów Ameryki
Dominującą postacią był bez wątpienia John Fitzgerald Kennedy - w całości poświęcono mu jeden dzień przeglądu. Słusznie, choć raczej nie dlatego, że (jak znów piszą organizatorzy) JFK był "najważniejszym chyba prezydentem XX wieku": w kategoriach politycznych na takie wyróżnienie zasługuje bardziej co najmniej kilka innych osób.
Kennedy znakomicie uosabiał jednak zbiorowe wyobrażenie Amerykanów o tym, jaki prezydent powinien być. Stał się nieodłącznym elementem kultury masowej i - niczym zamordowany niemal sto lat wcześniej Abraham Lincoln - ikoną, bohaterem, niewinną ofiarą swoich ideałów (co nie udało się innym zamordowanym prezydentom, McKinleyowi i Garfieldowi). Charyzma JFK w połączeniu z gwałtowną śmiercią sprawiły, że do dziś to najbardziej rozpoznawany, najlepiej oceniany i najcieplej wspominany prezydent USA - i to mimo braku spektakularnych osiągnięć w polityce tak zagranicznej, jak wewnętrznej. Nawet kolejne niepochlebne dla niego fakty wychodzące na światło dzienne od 40 lat nie były w stanie osłabić siły mitu nieskalanego władcy Camelotu, prezydenta tysiąca dni, a niemal każdego obiecującego polityka Partii Demokratycznej (cztery lata temu Johna Kerry'ego, teraz Baracka Obamę) wciąż porównuje się do Kennedy'ego. Dlaczego?
Nie od dziś wiadomo, że tematyka polityczna nie jest dla popularnej kultury amerykańskiej tym samym, czym dla polskiej, francuskiej czy włoskiej. Wszechobecna w Stanach Zjednoczonych, w naszym kraju właściwie nie jest poruszana - jedna, nawet niezła, "Ekipa" to trochę mało. Tak zróżnicowane społeczeństwo jak amerykańskie musi bowiem jednoczyć się wokół innych wartości, niż homogeniczne zazwyczaj społeczeństwa Europy. Choćby wokół polityki, którą najlepiej uosabia figura prezydenta: jedna z podstawowych legend amerykańskiej kultury.
Mając historię nieporównanie krótszą od społeczeństw europejskich, Amerykanie zmuszeni są poszukiwać mitów "u siebie". A wybór nie jest zbyt duży: wojna o niepodległość, Ojcowie Założyciele, podbój Dzikiego Zachodu oraz prezydenci właśnie. Być może lekceważący z pozoru stosunek Amerykanów do historii maskować ma kompleks "dziejowego nuworysza". Za wszelką cenę chcą pokazać światu, że ich historia nie jest gorsza. Chcą mieć własne mity i legendy, własną arystokrację (Rockefellerowie, Vanderbildtowie, ale i Kennedy czy Bushowie), własne zamki (nie szkodzi, jeśli przewiezione ze Szkocji w skrzynkach), własne skarby i tajemnice. Wreszcie własnych monarchów, na których prezydenci idealnie się nadają.
Swoją Mona Lizę mamy!
Ową fascynację Starym Światem (ale i lęk przed nim) znakomicie widać choćby w książkach Dana Browna, skądinąd nieźle wykształconego, ale celującego w masowego odbiorcę z USA. Filmowym odpowiednikiem "Kodu Da Vinci", tyle że osadzonym w scenerii Stanów Zjednoczonych, są dwie części dającego widzowi (zwłaszcza europejskiemu) wiele radości "Skarbu Narodów" (niezbyt zręcznie przetłumaczone na polski "National Treasure").
Punkt wyjściowy - skarb Templariuszy - jest, co prawda, europejski, ale później w jeden fantastyczny zbitek miesza się Deklarację Niepodległości, Konstytucję, Azteków, masonów oraz - szczególnie w drugiej części - Biały Dom oraz byłych prezydentów na czele z Abrahamem Lincolnem, który od początku istnienia kina jest ulubionym prezydentem amerykańskich reżyserów. Końcowy efekt - zabawny także przez swoją nadgorliwość i kuriozalne łączenie niepasujących elementów - ma przekonać amerykańskiego widza: oni (Europejczycy) może i mają Florencję i Mona Lizę, ale Nowy Jork i Benjamin Franklin to też nie byle co.
Nie dziwi więc intensywność, z jaką pielęgnowany jest w USA kult byłych prezydentów (na czele z Waszyngtonem, Jeffersonem, Lincolnem, oboma Rooseveltami czy Kennedym właśnie). Legenda O-szlachetnym-księciu-Kennedym idealnie wpisuje się we wcześniejsze prezydenckie mity - O-Lincolnie-urodzonym-w-szałasie-który-ułaskawiał-żołnierzy-zasypiających-na-warcie (co ciekawe, był to ulubiony temat pierwszych, krótkometrażowych filmów niemych, które powstawały w USA), O-Waszyngtonie-który-nigdy-nie-skłamał, O-klątwie-ciążącej-nad-rodziną-Kennedych etc. Wystarczy spojrzeć, jaką siecią legend i teorii obrosło zabójstwo z 1963 roku. Dziś prawie nikt - nawet Oliver Stone - nie wierzy w rozwiązanie najprostsze, ale i - nie ukrywajmy - najmniej atrakcyjne.
Czy Kennedy tryskał zdrowiem?
Mity mają jednak to do siebie, że zaciemniają obraz, rozmywają ostrość spojrzenia. Trudno spotkać dziś kogoś, kto - nie będąc naukowcem - byłby w stanie spojrzeć na Lincolna krytycznie. W przypadku Kennedy'ego doza krytyki jest większa, ale po 40 latach nadal nie powstał żaden film, w którym jego mit zostałby zdekonstruowany i stworzony na nowo.
Z pewnością nie jest takim filmem "JFK" (1991) Olivera Stone'a - interesująca, choć nieco karkołomna próbą zmierzenia się nie tyle z mitem samego Kennedy'ego (w filmie Stone'a prezydent w ogóle się nie pojawia), ile z legendą o jego zabójstwie. Wszystkie popularne przekonania o Kennedym potwierdzał także drugi z wyświetlonych dokumentów - "A President to Remember: In the Company of John F. Kennedy" (2008) Roberta Drew (na co wskazuje już sam tytuł). Ta kompilacja czterech innych filmów bliższa byłaby raczej reklamówce reelekcyjnej, w której dzielny, mający odważną wizję prezydent rozwiązuje napotykane trudności. Film pomija wszystkie fakty z życia i kariery JFK, które mogłyby zakłócać obraz idealnego prezydenta z bajki - niezwykle wyrównane wybory w których podejrzewano Demokratów o zafałszowanie wyników; życie erotyczne na granicy seksoholizmu; okłamywanie opinii publicznej. Gdy narrator (Alec Baldwin) mówi chorobie prezydenta (choroba Addisona), nawet nie wspomina o ciągłym ukrywaniu stanu zdrowia Kennedy'ego i kreowaniu wizerunku prezydenta młodego i tryskającego zdrowiem (prawdopodobnie najbardziej zafałszowanego wizerunku prezydenta w historii).
Ciekawa mogłaby być próba skupienia się na stereotypowej antytezie "idealnego" Kennedy'ego, czyli "prezydencie-łajdaku" Richardzie Nixonie, o którego spory trwają do dziś (ocena jego postaci przestaje być zresztą ostatnio jednoznacznie negatywna). Z pewnością nie są jednak takim filmem "Wszyscy ludzie prezydenta" (1976) - obraz Alana Pakuli opowiada przecież o wpływie, jaki wolne media mają na politykę, a nie Nixona, choć to właśnie o jego zaufanych ludziach mowa. O samym Nixonie powstało jednak filmów niemało (dokumentów i fabuł). Na ekrany amerykańskich kin wejdzie też niedługo (5 grudnia) "Frost/Nixon" (2008) Rona Howarda o nagrywaniu słynnego wywiadu byłego już wówczas prezydenta ze znanym angielskim dziennikarzem. Jest więc z czego wybierać. Ale na warszawskim przeglądzie zabrakło nawet późniejszego filmu Olivera Stone'a, czyli "Nixona" (1995) - w przeciwieństwie do jednowymiarowego Kennedy'ego z "JFK", prezydent pokazany w nim został jako człowiek pełen wad, niekiedy odrażający, ale przynajmniej niezmiennie interesujący.
Nieznośnie profesjonalny PR
Pierwszy z wyświetlonych w KinoLabie dokumentów - „Primary” Roberta Drew - można oglądać jako zapis kolejnych zachwytów wyborców nad charyzmą Kennedy'ego, jednak naprawdę ciekawe wydaje się w nim przyjrzenie samemu procesowi wyborczemu. W 1960 roku, gdy powstawał ten pionierski pod wieloma względami dokument, primaries były organizowane zaledwie w kilkunastu stanach i nie miały takiego znaczenia jak obecnie. Wygrana w nich niekoniecznie zapewniała zdobycie nominacji, a „demokratyzacja” wyborów (skądinąd ciekawe pojęcie) kandydata ugruntowała się dopiero w latach 70. Współczesnym odpowiednikiem „Primary” miały być „Barwy Kampanii” („Primary Colors”) Mike'a Nicholsa z roku 1998 o kampanii prezydenckiej fikcyjnego gubernatora Jacka Stantona, mocno wzorowanego na Billu Clintonie. Choć filmowi nic nie można zarzucić, to jednak należy pamiętać, że powstał na podstawie powieści napisanej anonimowo przez byłego członka sztabu Clintona rozczarowanego swoim eksszefem - z oczywistych względów obiektywizm nie jest zatem najmocniejszą stroną "Barw...".
Lepszym pomysłem byłoby sięgnięcie do źródeł i skonfrontowanie dwóch filmów dokumentalnych: "Primary" z "The War Room" z roku 1993, w którym kamera podążała za prawdziwym gubernatorem Billem Clintonem w trakcie prawyborów w New Hamphsire - tak jak 30 lat wcześniej śledziła senatora Kennedy'ego w Wisconsin. Porównując oba znakomite dokumenty ("The War Room" był nominowany do Oskara), wyraźnie widać, jak w ciągu trzech dekad PR uległ nieznośnej profesjonalizacji, jak rozrósł się sztab kandydata i wreszcie widać decydująca stała się rola prawyborów: podczas gdy w "Primary" najważniejszy jest sam Kennedy, w "The War Room" zbiorowym bohaterem staje się cały sztab wyborczy.
Gdzie jest prezydent?
Pozostałe trzy filmy o fikcyjnych politykach - "Pan Smith Jedzie do Waszyngtonu" ("Mr. Smith Goes to Washington", 1939, reż. Frank Capra), "Burza nad Waszyntonem" ("Advise and Consent", 1962, reż. Otto Preminger) i "Ukryta Prawda" ("The Contender", 2000, reż. Rod Lurie) - dotyczyły głównie pracy amerykańskiego senatu: prezydent - jeśli już się w nich pojawiał - to jako postać poboczna. We wszystkich sondażach Amerykanie regularnie uznają Izbę Reprezentantów i Senat za instytucje najmniej godne zaufania. Swój udział ma w tym także Hollywood, które przyłożyło się do stworzenia wizji Kongresu podzielonego i skłóconego - jakby nie było to istotą parlamentaryzmu!
Zestawienie wspomnianych trzech filmów pokazuje ciągłość tego wyobrażenia w kulturze masowej od lat 30., przez 60 - aż do czasów współczesnych. Może się zmieniać sceneria, postacie senatorów, reprezentantów i poruszane problemy, ale wizerunek Kongresu jest ciągle mniej lub bardziej negatywny. Jeśli jednak zdecydowano się już pokazywać filmy o Kongresie, a nie o prezydencie, to nie powinno było zabraknąć co najmniej jednego z dwóch "nieobecnych" - „Boba Robertsa” Tima Robbinsa z 1992 roku czy „Senatora Bulwortha” („Bulworth”) Warrena Beatty z roku 1998. Oba mówią o kampaniach wyborczych fikcyjnych senatorów, odpowiednio Republikanina i Demokraty, ale oba też bezlitośnie demaskują miałkość amerykańskiej polityki. Pierwszy, w konwencji fikcyjnego dokumentu (mockumentary), wygrał niedawno plebiscyt telewizji AMC (odpowiednik TCM) na najlepszy film o amerykańskiej polityce. Drugi ciekawy jest przez sposób, w jaki nawiązuje do idealizmu „Pana Smitha...”, wiary w to, że jeden człowiek może zdziałać coś dobrego w polityce, ale zarazem w dużej mierze pozbawiony jest (nie całkiem niestety) tej bezbrzeżnej naiwności, z powodu której oglądany dziś film Capry może być dla niektórych (w tym dla piszącego te słowa) nieznośnie irytujący.
Mimo wszystkich zarzutów chwała KinoLabowi, że zdecydował się na swój przegląd. Można sobie bez trudu wyobrazić bardziej przemyślany dobór filmów - lepiej pokazujących prezydenturę jako część amerykańskiej kultury. Ale nawet jeśli "Wszystkie filmy prezydenta" udały się przez przypadek (i w inny sposób, niż zapowiadali organizatorzy), i tak jest się z czego cieszyć.