http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zależności niezależnego kina w USA

Michał Chaciński
2008-09-26, ostatnia aktualizacja 2008-10-09 13:49
''Slacker'', reż Richard Linklater (1991)
''Slacker'', reż Richard Linklater (1991)

Filmy z etykietką "independent" dziś są symbolem jakości, choć kiedyś traktowane były jako "gorsze". O tym, jak zmieniało się amerykańskie kino niezależne, jakich miało ojców chrzestnych i dlaczego pieniądze bywają końcem wolności - pisze Michał Chaciński.

John Cassavetes
John Cassavetes
''Twarze'', reż. John Cassavetes (1968)
''Twarze'', reż. John Cassavetes (1968)
John Sayles
John Sayles
''Schizopolis'', reż. Steven Soderbergh (1996)
''Schizopolis'', reż. Steven Soderbergh (1996)
''Seks, kłamstwa i kasety wideo'', reż. Steven Soderbergh (1989)
''Seks, kłamstwa i kasety wideo'', reż. Steven Soderbergh (1989)
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Zawsze, kiedy mowa jest o kinie niezależnym, powinno pojawić się pytanie: niezależnym od czego?. W przypadku kina amerykańskiego odpowiedź wydaje się prosta: niezależnym od wielkich studiów tworzących system hollywoodzki. Prosta, ale nieprecyzyjna.

Historia tak pojętego kina niezależnego w Ameryce to w gruncie rzeczy po prostu historia kina amerykańskiego. Wystarczy przypomnieć, że pierwsi niezależni filmowcy nazwali się tak dla odróżnienia od trustu Edisona próbującego zmonopolizować rynek patentami. W tym sensie pierwszym wielkim sukcesem kina niezależnego był werdykt z 1912 roku, który dał niezależnym filmowcom dostęp do opatentowanych przez Edisona rozwiązań.

Już wówczas - jak widać - jasny był konflikt między tymi, którzy mieli monopol i tymi, którzy wyłączeni byli poza nawias. Od samego początku hasło "niezależność" miało więc wydźwięk dwuznaczny - z jednej strony brzmiało dumnie i tchnęło wolnością, z drugiej - oznaczało coś gorszego, tańszego, co musi radzić sobie samodzielnie. Aż do lat 60. na pierwszym planie było to drugie znaczenie - kino niezależne oznaczało: niskobudżetowe, gorsze, paździerzowe.

Takich twórców, jak legendarny reżyser horrorów William Castle, mistrz kina erotycznego Russ Meyer (nazwany przez Williama Goldmana "jedynym prawdziwie niezależnym amerykańskim reżyserem"), pionier kina murzyńskiego Melvyn van Peebles czy zmieniający gatunki zależnie od zapotrzebowania Roger Corman, łączyło jedno: tanimi (z konieczności) środkami realizowali i samodzielnie dystrybuowali filmy trafiające do widowni, którą z różnych powodów ignorowało Hollywood. Ignorowało do czasu.

Przełomem był koniec lat 60., kiedy doszło do pokoleniowej zmiany w Hollywood. Nowi filmowcy wychowani na innym kinie w naturalny sposób sięgali po tematy przełamujące hollywoodzkie konwencje, czyli te, którymi karmiło się często kino niezależne: horror, kontrkulturowe prowokacje, fantastyka. Rozpoczęli proces, który trwał aż do lat 90.: ciągłą aneksję przez Hollywood tradycyjnych obszarów zainteresowań kina niezależnego. Dziś trudno byłoby wskazać stylistykę czy tematykę, która radykalnie dzieli kino wielkich studiów i kino od nich niezależne.

Impuls od Redforda

Ostatnie ćwierć wieku w amerykańskim kinie niezależnym to okres praktycznie permanentnych zmian - sytuacja zmieniała się co kilka lat. Wielkim wydarzeniem była próba jego centralizacji wokół powołanego przez Roberta Redforda Sundance Institute. Realizowane przez instytut festiwal w Sundance warsztaty dla filmowców i uruchomiona stacja telewizyjna stały się w latach 80. i 90. najjaśniejszymi punktami na mapie kina niezależnego. Festiwal jednocześnie wyznaczał trendy, wychowywał filmowców i był najlepszym barometrem tego, co dzieje się w kinie niezależnym. To od niego rozpoczęły się na dobre kariery najważniejszych twórców niezależnych ćwierćwiecza: braci Coen, Richarda Linklatera, Quentina Tarantino czy Stevena Soderbergha.

Wydawało się, że to prawdziwe niezależne kino dogorywa i skazane jest na ultra-niszowość, jednak rewolucja cyfrowa tchnęła w rynek nowe życie



Impuls uruchomiony przez Redforda szybko zmienił się w większą falę. Powstał szereg firm produkcyjnych i dystrybucyjnych specjalizujących się w kinie poza-hollywoodzkim. Złotym wiekiem ich działania był koniec lat 80. i pierwsza połowa lat 90. Wówczas to wielkie sukcesy kasowe takich filmowców, jak Soderbergh czy Tarantino, dawały producentom krociowe zyski i nadawały ton całej kinematografii. Wydawało się, że na moment to właśnie kino niezależne, a nie hollywoodzkie stało się najważniejszą wizytówką amerykańskiej produkcji na świecie - pojawiły się pieniądze, producenci, szersza dystrybucja.

Hollywood daje kasę - ryzykowne ciastko

Hollywood zareagowało szybko. Zamiast podkupić temat czy pojedyncze nazwiska - kupiło po prostu całe zjawisko. Do końca lat 90. prawie każde studio uruchomiło własne podmioty specjalizujące się w kinie "niezależnym" (trudno w tej sytuacji nie używać cudzysłowu). Ich dyrektorami zostali byli szefowie najważniejszych niezależnych firm produkcyjnych zwabieni przez studia obietnicą większych budżetów przy gwarancji wolności. Reżyserami z kolei - filmowcy, którzy zaufali producentom. Kółko się zamknęło. Rynkowy tort znowu niemal w całości trafił w hollywoodzkie ręce.

Nie musiało z tego oczywiście wynikać nic złego, ale doświadczenie uczy, że Hollywood raczej unifikuje twórców, niż nagradza oryginalność. W tym sensie modelowym przykładem "przejęcia niezależnych" było wykupienie przez Disneya firmy Miramax braci Weinsteinów - najważniejszego amerykańskiego dystrybutora niezależnego. Z poziomu podmiotu obracającego w najlepszym razie dziesiątkami milionów dolarów Miramax stał się - dzięki Disneyowi - potentatem z rocznym budżetem przekraczającym 500 milionów dolarów.

Początkowo wydawało się, że oznacza to większe możliwości bez szkody dla artystycznego poziomu filmów. Z czasem okazało się, że Disney ingeruje jednak w działanie firmy, a i sami Weinsteinowie mają raczej ambicje bliższe wielkim studiom, niż ryzykowniejszemu kinu niezależnemu. Ich produkcje i podejście do reżyserów, w których filmy ingerowali wbrew woli twórców, pokazały, że nie da się zjeść ciastka i dalej go mieć. Coś za coś. Większe pieniądze to po prostu większa zależność. A przecież i tak Miramax, w porównaniu do produkcji zwykłego hollywoodzkiego studia, wydawał się mekką wolności.

Rewolucja cyfrowa i hollywoodzkie kartele

Oczywiście z wcielenia niezależnych pod skrzydła dużych studiów nie wynika samo zło. Dzięki wyższym budżetom i większym możliwościom produkcyjnym nowe pokolenie twórców wywodzących się z kina niezależnego, takich jak David Russell czy Spike Jonze, nakręciło w tej dekadzie bodaj najlepszą falę amerykańskich filmów od lat 70. Wystarczy spojrzeć choćby na listę tytułów nominowanych do Oscara, by zorientować się, że w stosunku do np. lat 80. doszło do radykalnej zmiany. Kupując najważniejszych niezależnych producentów i reżyserów, studia zafundowały sobie zmianę DNA. Obok standardowych wysokobudżetowych widowisk regularnie finansują teraz kino ryzykowniejsze i intymniejsze, dzięki czemu tacy mistrzowie, jak Ang Lee czy bracia Coen mogą pracować przy wyższych budżetach i relatywnie wysokim poziomie wolności twórczej.

Tyle że jednocześnie twórcy prawdziwie niezależni - ci, którzy faktycznie chcą działać poza kręgiem hollywoodzkich studiów - wytykają nowym firmom (a jakże!) działania kartelowe. Mistrz kina niezależnego John Sayles mówi na przykład, że znacznie trudniej jest dziś zorganizować dystrybucję dla pozahollywoodzkiego projektu, bo także rynek kinowy przeszedł konglomeratyzację, a główne sieci kinowe mają umowy z dużymi studiami uniemożliwiające relację z producentem niezależnym.

Jest jednak nadzieja. Choć na początku dekady wydawało się, że to prawdziwe niezależne kino dogorywa i skazane jest na ultra-niszowość, doszło do kolejnej niespodzianki. Rewolucja cyfrowa tchnęła w rynek nowe życie. Tani sprzęt HD, możliwość wydania filmów na DVD, a ostatnio także dystrybucja w Internecie skasowały zasadnicze problemy niezależnych, czyli barierę zaporowych kosztów produkcji i dystrybucji. Amerykańskie serwisy i pisma poświęcone kinu niezależnemu, jeszcze kilka lat temu narzekające, że prawdziwi "independents" mają bez porównania trudniej niż 10 lat temu, zmieniły ton. Dziś mówi się z nadzieją, że choć złoty wiek i epoka wielomilionowych zysków z kina niezależnego jest może za nami, to jednak cyfrowa produkcja i dystrybucja pozwalają przy niskich kosztach dotrzeć do widza na całym świecie. Barierą pozostaje to, w czym nie pomoże żadna technologia: talent. Ale czy w tym sensie twórcy kina niezależnego nie mają dziś łatwiej niż kiedykolwiek?

Nowi filmowcy wychowani na innym kinie w naturalny sposób sięgali po tematy przełamujące hollywoodzkie konwencje, czyli te, którymi karmiło się często kino niezależne: horror, kontrkulturowe prowokacje, fantastyka



Na historię kina niezależnego można spojrzeć jeszcze inaczej - przez pryzmat twórców najbardziej charakterystycznych dla typowych postaw. Jeśli założyć, że interesuje nas w tym przypadku jedynie kino "poważne", dramatyczne, realizowane dla dorosłego widza i pozbawione priorytetu szybkiego zysku, trzy nazwiska okażą się najważniejsze.

Cassavetes, Sayles, Soderbergh: trzech ojców chrzestnych

Pierwszym jest John Cassavettes - prawdziwy ojciec chrzestny niezależnych. To on jako pierwszy pokazał, że można realizować filmy poza Hollywood, pozwolić sobie na awangardowy język, a w przypadku udanej produkcji przebić ze swoim filmem na cały świat z najważniejszymi festiwalami filmowymi włącznie. Rzecz jasna miał ułatwione zadanie jako znany i rozpoznawany hollywoodzki aktor ("Dziecko Rosemary", "Parszywa dwumastka"), ale nie traktujmy jego gwiazdorstwa jak zarzutu. Cassavetes zarabiał w amerykańskiej telewizji i w Hollywood, by prywatnie, poza Hollywood, realizować surowe dramaty oparte na dialogu i naturalistycznym aktorstwie, sprawiające wrażenie filmów improwizowanych ("Twarze", "Mężowie") . Jako pierwszy pokazał, że działać może model podwójnego stylu życia - zarabiania w Hollywood i realizowania ambicji artystycznych poza nim. Z oczywistych jednak względów niewielu jest w stanie z tego modelu skorzystać. Dzisiaj najbliższym przykładem twórcy idącego śladem Cassavetesa jest chyba George Clooney.

Zwiatun filmu ''Twarze''


Drugim symbolem jest John Sayles - w moim odczuciu najwybitniejszy (stawiam go ponad Jarmuschem) przedstawiciel nowojorskiej "drugiej fali" filmowców niezależnych, czyli tych, którzy debiutowali na przełomie lat 70. i 80. Sayles od początku kariery wypracował model działania, który stosuje do dziś - zarabia na robocie na zlecenie, pisząc i poprawiając scenariusze dla innych twórców (m.in. dla Stevena Spielberga). A pieniądze inwestuje we własne filmy, samodzielnie poszukując dla nich dodatkowego finansowania. Odmawia współpracy z producentami, którzy nie dają mu pełnej gwarancji kontroli nad filmami (jest w nich scenarzystą, montażystą i reżyserem) - omija więc producentów z Hollywood. Jego kino jest intymne, "dorosłe", oparte na świetnym dialogu, prawie zawsze krążące wokół poważnego problemu społecznego, rewelacyjne aktorsko (to on odkrył m.in. Davida Strathairna czy Chrisa Coopera). Mimo że ma na koncie worek wyróżnień, dwie nominacje do Oscara (za scenariusze do "Passion Fish" i "Lone Star"), a w branży pozycję mistrza kina niezależnego, z racji wąskiej dystrybucji pozostaje znany głównie wtajemniczonym kinomanom. Jeśli przy tej skali talentu wejście na międzynarodowe rynki jest tak trudne, być może najlepiej świadczy to o barierach, z jakimi radzić sobie muszą niezależni filmowcy.

Wywiad z Johnem Saylesem podczas 10. Festiwalu Filmowego w Savannah (2007)


Trzeci symbol to Steven Soderbergh. W wieku 26 lat - w 1989 roku - rozpoczął wielką falę kina niezależnego, kiedy jego film "Seks, kłamstwa i kasety wideo" zarobił na świecie dziesiątki milionów dolarów i zdobył Złotą Palmę. Soderbergh pokazał, że zmieniła się skala potencjalnego sukcesu dla niezależnych filmowców - że z intymnym dramatem można podbić świat. Przyczyny jego sukcesu upatrywano m.in. w zmęczeniu światowej widowni trwającą od dekady erą wysokobudżetowych blockbusterów.

Zwiastun filmu "Seks, kłamstwa i kasety wideo"


Soderbergh w kolejnych filmach odważnie eksperymentował i przy każdym miał coraz mniejszą widownię. W połowie lat 90. - sfrustrowany i wyobcowany - nakręcił za własne pieniądze film o... frustracji i wyobcowaniu - "Schizopolis". Później opublikował część pamiętnika: o tym samym. Po czym zmienił strategię. Skorzystał z zaproszenia hollywoodzkiego studia Universal, zrealizował dla nich "Co z oczu, to z serca" - i wrócił do gry. Odtąd jego model działania polega na przeplataniu hollywoodzkiego kina rozrywkowego i intymnych, eksperymentalnych dramatów. Po każdym "Erin Brockovich" czy "Oceans Eleven" jest "Traffic", "Full Frontal", czy "Solaris".

Soderbergh pokazuje, że dla zachowania tożsamości i zagwarantowania sobie wolności trzeba czasami z obu zrezygnować, zapracowując na nie masowymi projektami. Czy warto? Wystarczy przyjrzeć się, ile osiągnął w ciągu ledwie dekady nie tylko jako reżyser, ale i producent wspierający projekty najbardziej utalentowanych twórców z niezależnymi korzeniami: Christophera Nolana, Todda Haynesa czy Richarda Linklatera.

Jak widać żadna z tych ścieżek nie jest idealna i nawet utytułowani twórcy mają problemy ze swoimi projektami. Ale czy to źle? W końcu nikt nie mówił, że niezależny oznacza bezproblemowy.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':