http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Hollywood szykuje zmiany w Białym Domu

Piotr Tarczyński
2008-09-26, ostatnia aktualizacja 2008-10-09 14:58
Waszyngton. Biały Dom
Waszyngton. Biały Dom
Fot. Sławomir Kamiński / AG

Tego jeszcze nie było: w listopadzie Amerykanie wybiorą albo pierwszego czarnoskórego prezydenta, albo pierwszą panią wiceprezydent. Ale czy na pewno nie było? W filmach, telewizji, grach komputerowych i RPG to przecież żadna nowość

Ameryka może być płci żeńskiej (co wiadomo choćby z treści patriotycznych pieśni), a jednak prezydent USA jest figurą wybitnie patriarchalną. Ścieżki kobiet-polityków przecierała m.in. Glenn Close w
Ameryka może być płci żeńskiej (co wiadomo choćby z treści patriotycznych...
Palmer z
Palmer z "24 godzin" jest prezydentem twardym i skutecznym - o kolorze skóry...
W serialu
Fot. DANNY FELD 2005 ABC, INC.
W serialu "Commander In Chief" republikańska pani wiceprezydent Mackenzie Allen...
Pani wiceprezydent w serialu
Pani wiceprezydent w serialu "Prison Break" wydaje się ucieleśnieniem zła...
W serialu „Commander In Chief” (2005-2006, ABC) republikańska pani wiceprezydent, Mackenzie Allen (Geena Davis), zostaje głową państwa po nagłej śmierci schorowanego prezydenta. W pierwszej serii popularnych także w Polsce „24 godzin” (od 2001, FOX) prezydentem wybrany zostaje elokwentny czarnoskóry senator z Partii Demokratycznej, doktor prawa David Palmer (Dennis Haysbert).

Chociaż kultura popularna, która kształtuje świat wyobrażeń Amerykanów, w pewnym stopniu pomogła kobietom i Afroamerykanom w drodze na szczyt władzy, łatwo zauważyć, że miała również skutki negatywne



Podobieństwo do istniejących postaci, choć całkowicie przypadkowe - oba seriale powstały już kilka lat temu - jest uderzające. Są, rzecz jasna, i różnice - pani prezydent Allen jest w zasadzie politykiem niezależnym, ideologicznie niepodobnym do bardzo konserwatywnej Sary Palin. Palmer zaś odwrotnie: jest znacznie mniej liberalny (szczególnie w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego) niż Barack Obama. Poza tym i Allen, i Palmer są z Maryland - bo przecież żaden poważny scenarzysta nie wpadłby na to, że prezydent czy wiceprezydent może pochodzić z Hawajów i Alaski.

Ameryka jest kobietą. A prezydent?

W lutowym numerze amerykańskiego "Newsweeka" Joshua Alston opublikował artykuł "Diversity Training" ("Ćwiczenie różnorodności", w polskiej edycji skrócona wersja pod tytułem "Rzeczywistość dogoniła Hollywood"), w którym słusznie zauważył, że właśnie te seriale przygotowały wyborców w USA do sytuacji, w której prezydentem zostaje kobieta lub Afroamerykanin. Oswojenie z taką perspektywą było - i dalej jest - zadaniem niełatwym: Ameryka może być płci żeńskiej (co wiadomo choćby z treści patriotycznych pieśni), a jednak prezydent USA, następca białych, anglosaskich Ojców Założycieli, jest figurą wybitnie patriarchalną. Afroamerykanin albo kobieta z definicji do takiego wyobrażenia pasują niespecjalnie.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie wyciągnie oczywiście wniosku, że dzięki przywołanym serialom Barackowi Obamie, Sarze Palin, a wcześniej Hillary Clinton udało się sięgnąć (zobaczymy z jakim skutkiem) po szczyty amerykańskiej władzy. A jednak ogólne argumenty Alstona przekonują - można nie zgodzić się z nim za to w kilku szczegółach, a przede wszystkim przywołać szereg filmów i książek, których autor nie wymienia, a które pokazują, że mamy do czynienia z długofalowym i ewoluującym w czasie zjawiskiem.

Na fali katastrofy

Przez długi czas prezydenci nie-biali i nie-mężczyźni pojawiali się niemal wyłącznie w filmach science-fiction albo komediach. W tych pierwszych byli przedstawicielami (i przedstawicielkami) przyszłych czasów, gdy - jak mieli rozumieć widzowie - świat będzie bardziej tolerancyjny i po prostu lepszy. Niekoniecznie przedstawiano ich zresztą jako prezydentów USA - równie dobrze mogli być kanclerzami różnego rodzaju Galaktycznych Federacji ("Star Trek", "Piąty Element"), którym jednak zawsze - z jakichś tajemniczych powodów - przewodzą Amerykanie.

Jeśli nawet zasiadali w Białym Domu w świecie współczesnym, działo się to przeważnie w wyniku zbiegu okoliczności, a nierzadko katastrofy, jak choćby śmierci wszystkich mężczyzn w wyniku tajemniczej zarazy (seria komiksów „Y: The Last Man”, 2002-2008) czy wojny nuklearnej (książka i film „Alas, Babylon” z 1959 i 1960, sitcom „Whoops Apocalypse” z 1982). Mniej dramatycznie, ale za to znacznie częściej, powodem była śmierć poprzednika. Tak czy inaczej sugerowano widzowi, że podobna sytuacja jest albo pieśnią odległej przyszłości, albo wynikiem przypadku - jest zatem mało prawdopodobna i należy ją traktować z przymrużeniem oka.

Czarnoskóry prezydent, reakcyjne kino

Ze zdziwieniem należy jednak przyjąć zarzuty stawiane przez amerykańskiego krytyka filmowi "The Man" z 1972 roku (reż. Joseph Sargent na podstawie powieści Irvinga Wallace'a z 1964 r.). Czarnoskóry przewodniczący senatu (trzeci w kolejce do Białego Domu), niejaki Douglas Dilman, zostaje w nim prezydentem w wyniku nieprawdopodobnego zrządzenia losu. W ciągu 93 minut filmu grany przez Jamesa Earla Jonesa bohater musi uporać się z rasizmem (także w rządzie), własną rodziną, próbą zamachu i, jak zawsze, niełatwą sytuacją międzynarodową. Alston, krytykując sposób, w jaki Dilman dochodzi do władzy, oskarża film Sargenta o "reakcyjność".

Tymczasem w 1972 roku, niecałą dekadę po zakończeniu walki o prawa obywatelskie i zniesieniu segregacji, była to rzeczywiście jedyna metoda, by Afroamerykanin mógł zostać prezydentem. Poza tym "The Man" pokazuje swojego bohatera z sympatią, jako kompetentnego polityka, przyznając mu moralną wyższość nad rasistowskimi przeciwnikami, a w finale obdarowując go nawet nominacją swojej partii w nadchodzących wyborach - pomimo sporego utrudnienia, którym jest, jak zdążyli przekonać się widzowie, kolor skóry.



"Reakcyjność" i hołdowanie rasowym stereotypom zdecydowanie bardziej można zarzucić niezbyt udanej komedii sprzed kilku lat "Head of State" (2003; po polsku, jak zawsze, z fantazją - "Przywódca: Zwariowana kampania prezydencka") Chrisa Rocka. Niejaki Mays Gilliam (Chris Rock) jest mało istotnym, lokalnym politykiem. Partia Demokratyczna, która spodziewa się przegranej, obiera go na swojego kandydata nie pomimo, ale właśnie z powodu koloru jego skóry, chcąc przysporzyć sobie głosów Afroamerykanów w wyborach za cztery lata. Gilliam przedstawia się jako outsider i, ku zaskoczeniu wszystkich, porywa tłumy. Z głupiego założenia (od kiedy to Demokraci muszą specjalnie zabiegać o poparcie czarnoskórych wyborców?) wychodzi irytujący i naiwny film, ale - paradoksalnie - jedyny w ciągu ostatnich lat, w którym poruszono temat koloru skóry kandydata.

W "Przywódcy...", w przeciwieństwie do filmu "The Man", czarnoskóry prezydent to temat komediowy - nawet jeśli okraszony zostaje kilkoma minutami wypowiadanych serio frazesów i banałów. Główny bohater jest "typowym", prostym, karykaturalnie przerysowanym chłopakiem z dzielnicy, który tak naprawdę powiela utrwala tylko stereotypy na temat Afroamerykanów. Na wiceprezydenta wybiera swojego brata Mitcha (inny znany komik, zmarły niedawno Bernie Mac), który nie wie, co to NATO, używa wyjątkowo swobodnego języka etc. Bracia, w jakiś przeczący rozsądkowi sposób, zostają ostatecznie wybrani, co tylko podkreśla nierealność filmu.

Dowód? Obama, realny kandydat z dużą szansą na prezydenturę, jest wręcz odwrotnością prostych (by nie powiedzieć prostackich) i swojskich Gilliamów. Jeśli jakiś film ma w gruncie rzeczy wydźwięk "rasistowski" i "przypomina przestraszonym białym mężczyznom, że szklany sufit wciąż trzyma się mocno", to jest nim właśnie "Przywódca...".



Szatan i pobożny Afroamerykanin

Poza tymi dwoma filmami - aż do czasu Davida Palmera - czarnoskórzy prezydenci pojawiają się w popkulturze wyłącznie incydentalnie: jako postaci drugo- i trzecioplanowe. Taki jest właśnie Robert Jackson, epizodyczna postać z książek Toma Clancy'ego, zaufany współpracownik znanego wszystkim Jacka Ryana ("Czas Patriotów", "Polowanie na Czerwony Październik" etc.). W filmowej adaptacji "Czasu Patriotów" (1992, reż. Philip Noyce) w rolę Jacksona (wówczas zwykłego komandora) wcielił się nieznany wtedy Samuel L. Jackson. W kolejnych, nie ekranizowanych jeszcze tomach sagi Clancy'ego, Ryan (któremu zresztą udaje się zostać prezydentem w jeszcze dziwniejszy sposób niż Dilmanowi) wybiera Jacksona na swojego zastępcę. Kiedy zaś ustępuje ze stanowiska, czarnoskóry polityk sam zostaje głową państwa, lecz - niestety - niewiele później zostaje zamordowany przez Ku Klux Klan.

Przez długi czas prezydenci nie-biali i nie-mężczyźni pojawiali się niemal wyłącznie w filmach science-fiction albo komediach



Krokiem w stronę modelu „palmerowskiego” jest za to postać Toma Becka, który przewodzi USA w chwili, gdy w stronę Ziemi pędzi ogromna asteroida („Dzień Zagłady”, 1998, reż. Mimi Leder). Beck pojawia się tylko na chwilę, ale, na ile można się zorientować, jest prezydentem kompetentnym i bogobojnym zarazem, który w obliczu zagłady nie tylko przygotowuje akcję ratunkową, ale i modli się za ocalenie ludzkości. Postać zagrana przez Morgana Freemana została odczytana przez krytyków jako pierwszy przykład czarnoskórego prezydenta w filmie hollywoodzkim. Niewykluczone jednak, że sam pomysł na zestawienie afroamerykańskiego prezydenta i zabójczej asteroidy został zaczerpnięty z książki „Moonfall” (1998, wyd. polskie „Zagłada księżyca”, 2002) opowiadającej z grubsza o tym samym.

Podobny do Becka, przynajmniej pod względem pobożności, jest prezydent Gerald Fitzhugh z religijnego science-fiction „Left Behind” (seria szesnastu książek i trzech filmów) - zmagający się z samym Antychrystem, który (czy kogoś to dziwi?) przybywa z Europy i jest jednocześnie prezydentem Rumunii, sekretarzem generalnym ONZ i papieżem (sic!). Nieświadomy Fitzhugh (w „Left Behind: World at War”, 2005, reż. Craig Baxley grany przez Louisa Gossetta, Jr.) początkowo wspiera Złego, ale poznawszy jego prawdziwą naturę, bohatersko zwraca się przeciwko niemu i, niestety, równie bohatersko ginie.

Czarnoskóry prezydent - zagłada?

Walka z terroryzmem prowadzona przez prezydenta Palmera w pierwszych dwóch sezonach „24 godzin” nie jest może aż tak spektakularna, jak zmagania z asteroidami i pomiotem Szatana, ale z pewnością bliższa rzeczywistości. Palmer - choć Demokrata, to poglądom na wojnę z terroryzmem bliższy raczej Republikanom - jest prezydentem twardym i skutecznym. Kiedy zostaje zamordowany, spuściznę przejmuje jego młodszy brat Wayne (analogie do braci Kennedych są aż nadto oczywiste). Kwestia koloru skóry właściwie nie zostaje w serialu poruszona, a fakt, że prezydentem jest Afroamerykanin, traktowany jest jak coś zupełnie powszedniego i nie wzbudzającego kontrowersji (podobnie jak wcześniej w „Deep Impact”, z tą jednak różnicą, że w „24 godzinach” prezydent jest postacią nieporównanie istotniejszą, niemal centralną).

To zjawisko pozytywne i pokazujące pewną zmianę w toku myślenia Amerykanów. Nawet jeśli w rzeczywistości temat koloru skóry kandydata od czasu do czasu pojawia się wciąż w obecnej kampanii wyborczej - w dodatku w nieco schizofrenicznej atmosferze. Z jednej strony wszyscy udają, że dla przeważającej większości obywateli problem nie istnieje. Z drugiej, gdy tylko sprawa gdzieś się pojawi, temat jest szybko zamiatany pod dywan - Demokraci nie chcą, by zarzucano im tzw. "wygrywanie karty rasowej", Republikanie obawiają się oskarżeń o ukryty rasizm.

Wnioski? Czarnoskórzy prezydenci kultury popularnej są zjawiskiem nieczęstym, ale jeśli już się zdarzają, to w przeważającej większości przypadków są wybierani na urząd głosami elektoratu. Są zatem electables w znacznie większym stopniu niż kobiety, o czym będzie mowa poniżej. Sprawując urząd, zajmują się wyłącznie zadaniami rangi kosmicznej. W dodatku - ilekroć zasiadają w Gabinecie Owalnym - świat (a Amerykę w szczególności) nawiedzają katastrofy, a apokalipsa zbliża się wielkimi krokami: zadziwiająco przypomina to fantastyczne przepowiednie dotyczące ostatniego („czarnego”?) papieża. Przekaz jest więc podobny - czarnoskóry prezydent kojarzy się raczej z zagładą ludzkości (a może nawet się do niej przyczynia?), niż z naprawą systemu opieki zdrowotnej.

Desperate (White)Housewives

Kobiety na szczytach władzy są motywem nieznacznie, ale jednak, popularniejszym. Pierwszy film na ten temat, wspominany przez Alstona "Kisses for My President" z 1964 roku (reż. Curtis Bernhardt), jest jednak wybitnie seksistowski. Scenariusz skupia się na ciężkich chwilach Pierwszego Dżentelmena, który nie może odnaleźć się w nowej (w domyśle: nieco upokarzającej) roli, a pani prezydent Leslie McCloud (Polly Bergen) zajmuje się niemal wyłącznie trywialnymi spotkaniami z obywatelami. Jakby tego było mało, rezygnuje ze stanowiska, gdy tylko... zachodzi w ciążę. Przesłanie nie może być jaśniejsze - dla kobiety to rodzina powinna być priorytetem, polityka jest dla mężczyzn.

Zmiana następuje mniej więcej od lat 80., gdy sporadycznie zaczynają pojawiać się panie wiceprezydent i - rzadziej - prezydent (książki: "Czwarty K" Mario Puzo z 1990, "Czy powiemy pani prezydent?" Jeffreya Archera z 1997). Wyzwolone spod władzy męża (który zresztą zwykle się nie pojawia), nie są już co prawda kurami domowymi, ale nie wydaje się, żeby pełniły jakąś specjalnie odpowiedzialną funkcję.

Zdecydowanie najlepiej z nich wypada Kathryn Bennett (Glenn Close) z filmu akcji "Air Force One" (1997, reż. Wolfgang Petersen), która próbuje radzić sobie z kryzysem spowodowanym porwaniem przez Gary'ego Oldmana samolotu z prezydentem (Harrison Ford). Jej postać jest swoistym odpowiednikiem prezydenta granego przez Freemana - oba filmy powstały w odstępie roku. Bodaj pierwszy raz w historii Hollywood obsadziło wówczas kobietę i Afroamerykanina w takich właśnie rolach nie po to, by poruszyć kwestię rasizmu czy seksizmu, ale dlatego, że sytuacja taka zaczęła jawić się jako coś w miarę normalnego.

A jednak nie ma się co łudzić - postaci pań wiceprezydent służyć mają przede wszystkim uatrakcyjnieniu scenariusza czy książki i niemal zawsze traktowane są po macoszemu. Ich główne zadanie to wyglądać atrakcyjnie i „prezydencko” zarazem: Glenn Close także z tego zadania wywiązuje się świetnie - Ford-Close to wizualnie prawdziwy dream ticket.

Pani wiceprezydent musi być sexy!

Temat kobiety na drugim stanowisku w państwie został poważniej poruszony dopiero w filmie „The Contender” (po polsku: „Ukryta prawda”, reż. Rod Lurie ) z 2000 roku, gdzie pada kilka poważnych pytań na temat ukrytego seksizmu w amerykańskiej polityce.

Senator Laine Hanson (Joan Allen), wybrana przez prezydenta na swoją zastępczynię, musi przebrnąć przez procedurę zatwierdzenia przez Kongres, gdzie jest zaciekle atakowana przez agresywną republikańską większość pod wodzą Gary'ego Oldmana (znowu!), uosabiającego w przerysowany sposób republikańskie zło wszelakie. Nie trzeba dodawać, że z tej walki pani wiceprezydent wychodzi zwycięsko (to zresztą na cześć tej aktorki, grana przez Geenę Davis bohaterka późniejszego "Commander in Chief" nosi takie, a nie inne nazwisko, zaś postać niegodziwego Spikera Izby Reprezentantów granego przez Donalda Sutherlanda jest kalką postaci Oldmana; podobieństwa nie dziwią, jeśli zdamy sobie sprawę, że twórcą tego serialu był reżyser "The Contender", prywatnie gorący zwolennik Hillary Clinton).

Senator Hanson, indagowana na okoliczność swobodnego trybu życia w czasie studiów, co ma ją w oczach Republikanów dyskwalifikować, odpowiada pytaniem - czy mężczyznę spytano by o to samo? Warto porównać to z odpowiedziami sztabu McCaina na pojawiające się pytania, czy gubernator Palin powinna kandydować, mając pięcioro dzieci, w tym jedno maleńkie i ciężko chore. Wszystkie tego typu pytania z miejsca zostały zbyte jako seksistowskie, a od tego czasu Republikanie oskarżają o seksizm każdego, kto ma odwagę wątpić w kompetencje pani Palin - w tym feministki z ikoną ruchu Glorią Steinem na czele. Jakaż zmiana nastąpiła w ciągu czterdziestu lat, odkąd pani prezydent McCloud ustępowała ze stanowiska z powodu błahej ciąży!

Jedna wyraźna różnica pozostaje. O ile czarnoskórzy politycy na ogół zostają prezydentami na własną rękę, o tyle kobiety lądują na stanowisku wiceprezydenta, a więc są na pozycji nie dość, że podporządkowanej, to w dodatku niespecjalnie istotnej. Jeśli sięgają stopień wyżej, to z powodu śmierci szefa, a więc w wyniku okoliczności od nich niezależnych. I zawsze muszą udowadniać, słowem i czynem, że są odpowiednią osobą na tym stanowisku - robi tak nawet stawiana za wzór prezydent Allen. Równocześnie wymaga się od nich, by były kobiece - prezydent może wyglądać jak małpa z pokrzywy (w granicach rozsądku), ale pani prezydent czy wiceprezydent zawsze musi być dobrze ubrana i atrakcyjna. W tym kontekście warto zauważyć, jak często wśród przymiotów Sary Palin wymienia się to, że jest "good looking woman".

Obama, Palin i czarne charaktery

Chociaż kultura popularna, która kształtuje świat wyobrażeń Amerykanów, w pewnym stopniu pomogła kobietom i Afroamerykanom w drodze na szczyt władzy, łatwo zauważyć, że miała również skutki negatywne. Alston twierdzi, że wyidealizowane postacie jednych i drugich mogą w rzeczywistości utrudniać sytuację faktycznych kandydatów (z ich wadami, słabymi stronami itd.), a ostatecznego równouprawnienia dowiodłyby filmy, w którym "dobre" prezydentki i prezydentów Afroamerykanów równoważyliby niekompetentni, butni, źli itd.

Ale czy nie dysponujemy przykładami, o które upomina się Alston? Choć monopol na ekranowych prezydentów-łajdaków zdaje się należeć do białych mężczyzn (specjalizują się w tym "24 godziny"), sytuacja nie jest wcale tak jednoznaczna: nietrudno znaleźć przypadki postaci Afroamerykanów i kobiet bądź to głupich (wspominani bracia Gilliam), bądź to niegodziwych.

W filmach, telewizji, grach komputerowych i RPG to żadna nowość, że Amerykanie wybierają albo pierwszego czarnoskórego prezydenta, albo pierwszą panią wiceprezydent



Najgorzej może na tym wyjść Michelle Obama, na amerykańskiej prawicy nielubiana nawet bardziej od swojego męża i oskarżana już prawie o wszystko - w tym o to, że jest radykalną, żadną władzy manipulatorką. Na którymś etapie kampanii (a jeśli jej mężowi uda się zdobyć Biały Dom, także i później) może nie uniknąć porównań z pierwszą czarnoskórą First Lady, Sherry Palmer (Penny Johnson), odpowiedzialną za spisek i niejedno morderstwo popełnione za plecami swojego małżonka. Dla części radykalnej prawicy podobieństwo narzuca się samo, co widać choćby na forach internetowych i blogach odgrywających w tej kampanii niemałą rolę (teorie spiskowe masowo czerpią z kultury popularnej).

Dla Sary Palin niekorzystny może być z kolei inny, kultowy serial - produkowany przez FOX "Prison Break" (od 2005). Pani wiceprezydent - a po zleceniu zabójstwa urzędującej głowy państwa - prezydent Caroline Reynolds (Patricia Wettig), pomyślana jako riposta na prezydenckie plany Hillary Clinton, niewątpliwie jest ucieleśnieniem zła. Jakby mało jej było spisków, zlecania zabójstw i korupcji na masową skalę, łączyła ją kazirodcza miłość z bratem. Czegoś takiego nie miał w swojej biografii żaden fikcyjny prezydent mężczyzna.

Prezydent jak mesjasz!

Wyśrubowane oczekiwania wobec kandydatów są problemem poważniejszym i - w przypadku wygranej - bardziej realnym. Joshua Alston pisze, że kandydaci mogą najzwyczajniej w świecie nie sprostać w zestawieniu z owymi "wyidealizowanymi wersjami nie-białych mężczyzn tworzonych przez Hollywood" (szczególnie dotyczyłoby to Baracka Obamy, któremu obaj Palmerowie mieliby niezwykle wysoko ustawić poprzeczkę).

Ale rację ma tylko po części, bo przecież tworzone przez kulturę masową modele godnych naśladowania białych prezydentów nie są specjalnie bliższe rzeczywistości. Wystarczy spojrzeć na "idealnego Demokratę", jakim jest Josiah Bartlet z klasycznego "West Wing" ("Prezydencki poker") łączący same pozytywne cechy wszystkich demokratycznych polityków - od Kennedy'ego po Gore'a (co ciekawe, jednym z aktorów branym pod uwagę przy obsadzie roli prezydenta Bartleta był Sidney Poitier - pierwszy Afroamerykanin nagrodzony Oskarem za główną rolę męską). Co więcej, sami Palmerowie nie są tak idealni, jak widzi to Alston - mają na koncie rozwody, pozamałżeńskie romanse i niejedno kłamstwo.

Wysokie oczekiwania wobec Obamy wynikają zatem nie tyle z wizerunku prezydenta stworzonego przez Palmera, ile z postawy samego kandydata, któremu Republikanie słusznie zarzucają czasem kreowanie się na kogoś w rodzaju mesjasza. Przede wszystkim jednak problem leży gdzie indziej - w powszechnym u amerykańskich wyborców przecenianiu możliwości, jakimi dysponuje prezydent. To zresztą - w niemałym stopniu - jest zasługą kultury masowej, która wydatnie pomogła wykreować prezydenta na figurę niemal wszechmocną.

Rozbieżność oczekiwań i możliwości występuje jednak w historii nowoczesnej prezydentury od zawsze. I od zawsze znane jest rozwiązanie. Jest nim polityka symboliczna, umiejętne prezentowanie się obywatelom w taki sposób, by zniwelować rozdźwięk między tym, co prezydent może naprawdę (dużo), a tym, co uważa się, że może (wszystko). Obserwując kampanię wyborczą, łatwo zauważyć, że zarówno Barack Obama, jak i Sarah Palin nie mają z tym większego problemu.

Piotr Tarczyński (ur. 1983) - historyk i amerykanista, doktorant w Collegium Civitas/Instytucie Studiów Politycznych PAN

  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':