Podczas swoich studiów nad długotrwałą dyskryminacji trędowatych w średniowieczu Geremek nagle zrobił pauzę i zauważył: " Mimo wszystko jestem zaskoczony - tu powołuję się na prawo, a czasami na obowiązek historyka, by być zaskoczonym - jak różny był się stosunek średniowiecznych ludzi do trędowatych". Tak, także my mamy prawo wpadać w zdumienie i obowiązek przedstawiać to, co naprawdę nadzwyczajne. Pan Geremek uosabiał nadzwyczajność, a jego życiorys wprawiał mnie w zdumienie i w podziw.
Geremek historię przeżywał, przez nią cierpiał, badał ją, a na końcu z przekonaniem ją tworzył. Urodził się w 1932 r. jako dziecko warszawskich Żydów. W wieku siedmiu lat zabrano go do piekła warszawskiego getta. W ostatniej chwili wyciągnięto go stamtąd wraz z jego matką. Chrześcijanin, który go uratował, został później jego ojczymem. Ojca Geremka zamordowano w Auschwitz.
Geremek, który dorastał w katolickim otoczeniu, postanowił studiować historię, jako osiemnastolatek wstąpił do PZPR - mając nadzieję, że marksistowska partia będzie redutą przeciwko faszyzmowi. W połowie lat 50. kontynuował
studia nad średniowieczem i wczesną historią nowożytną w Paryżu. "Nad brzegiem Sekwany stałem się historykiem"- mawiał. W Paryżu, gdzie przeszłość jest tak żywa, ukończył nie tylko studia, ale poszerzył swoją wiedzę o Francji i ją pokochał. Choć była to miłość pełna zawodów, to nigdy nie zgasła. Znalazł też sobie miejsce pośród obiecującej grupy nowych francuskich historyków znanych jako Szkoła Annales, gdzie miał przyjaciół takich jak Jacques Le Goff. Geremek poświęcił się badaniom nad "biednymi" i "wykluczonymi", nad "żebrakami" i "włóczęgami", by - jak mówił - zapewnić im "prawo do historii". Historia więc miała według niego zapewniać sprawiedliwość. To, na ile napędzały go własne doświadczenia, pozostało ukryte w jego podświadomości. Empatia, w szczególności dla biednych i zapomnianych, wypełniała zaś jego życie. Jako historyk uczył się od Karola Marksa, kierował wzrok na społeczną rzeczywistość, i tak jak Marks znajdował inspirację u poetów i pisarzy takich jak Francois Villon, Joseph Conrad, Sołżenicyn i Albert Camus.
Gdy wrócił do Polski, porwała go polityka. W sierpniu 1968 r., gdy sowieckie wojska najechały Czechosłowację, oddał swoja legitymację partyjną. Był to akt wielkiej odwagi, a Geremek doskonale wiedział, ile przy tym ryzykuje. W późnych latach 70. należał do imponującego kręgu dysydentów. Gdy w sierpniu 1980 r. w Stoczni Gdańskiej zaczął się strajk, Geremek i Tadeusz Mazowiecki, jego przyjaciel - dysydent o tych samych przekonaniach, przekazali Lechowi Wałęsie w imieniu 69 polskich intelektualistów deklarację solidarności. Wałęsa zatrzymał Geremka u swojego boku, a ten w ciągu następnych 18 miesięcy codziennej pracy odkrył u siebie zdolności polityka i dyplomaty, poświęcając swoje życie wolności kraju.
Narodziła się "Solidarność", polityczna wspólnota, do której należały miliony Polaków, która w końcu zmieniła świat.
Poznałem Geremka latem 1979 r. Obdarzył mnie przyjaźnią i pozwolił mi czuć się z nim związanym. Niezapomniane było to pierwsze spotkanie w gmachu Polskiej Akademii Nauk, gdzie był szefem oddziału zajmującego się historią średniowiecza. Z biura poszliśmy do kawiarni, rozmawialiśmy o wspólnych znajomych i interesach, ale też z wielką szczerością o fatalnej sytuacji gospodarczej Polski. Pytał, czy mówi mi coś pojęcie "Latający Uniwersytet". Wyjaśniał, że chodzi o tradycję pochodzącą z uciskanej Polski z XIX wieku, gdzie nauczyciele i studenci na tajnych spotkaniach w piwnicach i kościołach wspólnie korygowali narzucone z góry poglądy odnośnie przeszłości i teraźniejszości. Pytał, czy byłbym w stanie wygłosić wykład na takim "latającym uniwersytecie". Większego zaszczytu nie mogłem sobie wyobrazić, a Geremek odparł po prostu: "To dobrze, bo jestem dyrektorem programowym". Wówczas żył w dwóch światach: oficjalnie na Akademii i zarazem w podziemiu.
Moje pierwsze doskonałe wrażenie o Geremku, o jego nadzwyczajnej inteligencji i humanistycznych cnotach, pogłębiło się podczas kolejnych spotkań w jego mieszkaniu wypełnionym po sufit książkami. Geremek mieszkał w starej warszawskiej dzielnicy podczas wojny całkowicie zniszczonej, którą potem odbudowano kamień po kamieniu, ratując w ten sposób narodową przeszłość. Tam była jego mała ojczyzna, jego miejsce pracy. Dopiero kilka lat temu trochę niechętnie przeniósł się do większego i bardziej nowoczesnego
mieszkania.
Był predestynowany do swojej przywódczej roli w "Solidarności". Po raz pierwszy w bolszewickim świecie powstał wolny związek zawodowy i otwarte społeczeństwo. Gdy reżim postanowił je zdławić, wprowadzając w grudniu 1981 r. stan wojenny, Bronek - tak nazywali go przyjaciele - został aresztowany, a przeciwko niemu rozpętano potworną antysemicką kampanię. Ponownie aresztowano go w 1983 r. Wówczas znowu publicznie zaprotestowali jego zagraniczni koledzy, w szczególności ci z RFN. W końcu doszło do rokowań między komunistyczną władzą i opozycją. To było jedyne w swoim rodzaju wydarzenie. Geremek był współtwórcą Okrągłego Stołu, symbolu zerwania z schematem "przyjaciel - wróg" w nadziei na kompromis i porozumienie. Latem 1989 r. po pierwszych wolnych wyborach w bloku wschodnim, gdy Tadeusz Mazowiecki został premierem, Geremek był u jego boku. Już we wrześniu 1989 r. deklarował, że zjednoczenie Niemiec leży w interesie Polski.
Gdy dziś przypominamy sobie o roku 1989 - najszczęśliwszym roku najstraszliwszego wieku w historii Europy - powinniśmy wspominać "Solidarność", uhonorować polskiego
papieża, i być świadomym, że polska ma swoje zasługi w obaleniu muru berlińskiego.
Życie Geremka było naznaczone jego wolą "pojednania" i "porozumienia". Łączył w sobie różnorodność kultur, religii, narodów, powołań, nadziei i trosk. One wypełniały jego istotę w jej cichej sile, odwadze i ludzkiej suwerenności. Być może miał w sobie jakiś ukryty "Okrągły Stół" swoich własnych uczuć, który nadawał jego życiu równowagę?
W następstwie pokojowej rewolucji w Polsce Geremek został ministrem spraw zagranicznych swojego kraju. To on, który - jak często mówił - marzył o Europie, złożył swój podpis pod aktem przyjęcia Polski do NATO. Był to akt o wielkim znaczeniu dla jego kraju, było to przyjęcie do wymarzonej, nowej Europy. Geremek był pierwszym wielkim historykiem, po Alexisie de Tocqueville'u, który w swoim kraju został ministrem spraw zagranicznych. Bez wątpienia przypominał go zresztą temperamentem, głębią myśli, liberalnymi przekonaniami i tym, że był moralistą.
Był świadomy szczególnych zadań, które stoją przed historykami jako sługami wolności i prawdy, także - jak mawiał - prawdy bolesnej, bo tylko prawda umożliwia pojednanie.
Jego wzorem, jako historyka i obywatela, był Marc Bloch, francuski mediewista, którego jedność życia i dorobku była tak imponująca i charakterystyczna, jak i w przypadku Geremka. Blocha, członka ruchu oporu, torturowało i zamordowało podczas wojny gestapo. Hołd Geremka dla Blocha z 1986 r. kończy się słowami: "Można umrzeć za Gdańsk". To była jego odpowiedź tym Francuzom, którzy w latach 1938-39 chcieli poświecić Polskę, by zachować dla siebie pokój i dobrobyt. A jednocześnie było to świadectwo, że Geremek i jego współtowarzysze byli gotowi poświęcić życie dla robotników z Gdańska i dla wolności Polski.
Geremek traktował udział w życiu politycznym jako oczywisty krok dla historyka. Opowiedział mi raz o pięciogodzinnym przesłuchaniu, podczas którego tylko milczał. Na koniec jego oprawca rzekł: "No to już pan wie, że polityka to brudny geszeft". Od tego momentu Geremek postanowił udowadniać, ze jest odwrotnie, że można uprawiać politykę i jednocześnie być porządnym i czynić pokój. Wolno mi teraz powiedzieć, że całe jego życie było przykładem niezłomnej odwagi cywilnej i cnoty.
Mogę tylko wspomnieć jego działalność w ciągu ostatnich lat. Słusznie otrzymał nadawaną w Akwizgranie nagrodę Karola Wielkiego. Jak mówił Tadeusz Mazowiecki podczas uroczystości żałobnych w Warszawie, był "Polakiem wśród Europejczyków" i "Europejczykiem wśród Polaków". Nieustannie angażował się w tworzenie nowej Europy, która miała ze zrozumieniem i z pomocną dłonią otworzyć się na kraje byłego bloku wschodniego. Osiągał sukcesy, ale też doświadczał wielu porażek, szczególnie we własnym kraju, gdzie dosięgały go resentymenty o antysemickim zabarwieniu.
Do końca swego życia pozostawał szanowanym członkiem Parlamentu Europejskiego jako obrońca oświeceniowych wartości, mistrz historii i lekcji, jakie z niej płyną. Żył ciągle w duchu 1989 r. Łączył w sobie przeciwstawne prądy Europy. Był człowiekiem, który rozumiał siłę emocji, ale też siłę interesów. Wiedział, że nie można mylić życzeń z rzeczywistością, pozostał jednak wizjonerskim realistą. Do końca żył pasją stworzenia nowej Europy, która byłaby świadoma i swoich zbrodni, i swoich pięknych tradycji.
Europa powinna go bardziej słuchać. Potrafił ożywić tyle dziedzin, a jego głos praktycznego rozsądku zasługiwał na więcej posłuchu. Być może na tym waśnie polega los najlepszych i najbardziej skromnych, że ich rzeczywistą wielkość odkrywa się dopiero po śmierci. Jego strata jest dla nas nauczką.
tłum bart *Fritz Stern, (ur. w 1926 r. we Wrocławiu) jest amerykańskim historykiem niemiecko-żydowskiego pochodzenia. Specjalizuje się w historii nazizmu i stosunków niemiecko-żydowskich. Jest doktorem honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego i Uniwersytetu Viadrina we Frankfurcie nad Odrą