http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pamięć i wspólnota narodów

Aleksander Smolar*
2009-06-05, ostatnia aktualizacja 2009-07-11 12:29

Weszliśmy do Unii z naszymi odmiennościami, z naszą pamięcią w istotnych elementach odbiegającą od tej, która dominuje na Zachodzie. Jest to ważne źródło wzajemnego poczucia obcości.

Pamięci Bronisława Geremka

W ostatnich latach życia Bronisław Geremek wielokrotnie powracał do tematu, który łączył bezpośrednio jego pasje polityczne z powołaniem historyka. Był przekonany, że wspólnota polityczna, jaką jest Unia Europejska, wymaga zakorzenienia w historii. W starych państwach naszego kontynentu pamięć zbiorowa odgrywa zasadniczą rolę w kształtowaniu narodowej tożsamości: integruje wspólnotę wokół prawdziwych, ale i często zmitologizowanych wydarzeń, heroicznych zwycięstw lub tragicznych czynów. Różne interpretacje, inny sposób pamiętania tych samych faktów separują od siebie narody. Inaczej pamiętają II wojnę światową Polacy, Niemcy, Rosjanie i Francuzi. Odmienne narracje zawsze odgrywały istotną rolę w stosunkach między narodami, jednak po drugiej wojnie światowej z różnych powodów zaczęły odgrywać rolę szczególną.

Granice wspólnej pamięci zdają się zakreślać granice wspólnoty politycznej. Czy więc prawdziwa, głęboka integracja europejska nie wymaga stałego wysiłku zbliżania naszych wizji przeszłości? Jeżeli nie budowania wspólnej pamięci - bo jest to zapewne ideał nie do osiągnięcia?

Tradycyjnie w stosunkach międzynarodowych potęga państwa była funkcją jego potencjału militarnego, ekonomicznego i demograficznego; zależała od sprawnej organizacji państwa, jego zdolności zawierania sojuszy, geniuszu przywódców i dowódców. W dzisiejszej Europie, wraz z wyeliminowaniem konfliktów zbrojnych i oparciem stosunków między państwami członkowskimi w Unii na prawie, transparentności i zasadzie solidarności, zmalało znaczenie potęgi militarnej i ekonomicznej, a wzrosło znaczenie tego, co Joseph Nay nazwał "miękką potęgą" (soft power ). Na pozycję państw istotny wpływ ma ich zdolność wpływania na innych ze względu na posiadany autorytet, atrakcyjność własnych rozwiązań instytucjonalnych, możliwość budowania koalicji, bogactwo kultury i osiągnięć naukowych. Również historia - zarówno heroiczne dokonania, jak i wielkie cierpienia narodów - ma pewien wpływ na ową miękką potęgę.

Często podawanym przykładem jest wpływ tragicznego losu Żydów w czasie drugiej wojny światowej na powstanie Państwa Izraela i budowę jego potęgi regionalnej. I szczególne zobowiązania wobec państwa żydowskiego Ameryki, Niemiec i innych państw zachodnich. By zrozumieć politykę braci Kaczyńskich wobec Niemiec w latach 2005-07, trzeba pamiętać o krytyce adresowanej przez Jarosława Kaczyńskiego do polityki władz polskich w latach 1989-2005, że nie potrafiły odpowiednio wykorzystać swoistego kapitału poczucia winy Niemców za zbrodnie w czasach Hitlera dla uzyskania odpowiednich koncesji wobec Polski.

Niedawne obchody rocznicy Hołodomoru - Wielkiego Głodu lat 30. - były próbą utrwalania w ukraińskiej świadomości tragicznych wydarzeń, umocnienia wspólnoty narodowej i jej nowoczesnej tożsamości. Moskwa widziała w tym antyrosyjskie intencje. Bowiem - dowodzono tam - głód panował wówczas również na rozległych obszarach Rosji i Kazachstanu, wrogiem zaś nie była Ukraina, lecz niezależne, brutalnie kolektywizowane chłopstwo. Tak było w istocie, ale prawdą też jest, że nigdzie w ZSRR zagłada głodem nie przyjęła tak strasznych rozmiarów, jak na sowieckiej Ukrainie.

Pamięć i mity narodowe odgrywały ogromną rolę w konfliktach bałkańskich lat 90. Wojna o Kosowo miała odległe źródło w serbskiej wizji Kosowa jako kolebki Serbii, w żywej obecności w pamięci tego narodu przegranej bitwy na Kosowym Polu w 1389 r. W tej percepcji 90 proc. muzułmańskich Albańczyków zamieszkujących prowincję nie miało żadnego znaczenia. I jeszcze jeden przykład konfliktu bałkańskiego łączącego mitologię narodową z realnymi interesami. Chodzi o konflikt między Macedonią i Grecją. Grecja nie chce uznać nazwy państwa macedońskiego, twierdząc, że jest w niej próba zagarnięcia helleńskiego dziedzictwa po Aleksandrze Wielkim, które przynależeć ma historycznie Grecji. Z tego samego powodu Grecja nie godzi się na posługiwanie się przez Macedonię historyczną flagą Aleksandra. Absurdalność tego konfliktu łatwo sobie uświadomić, jeżeli przypomnimy, że w czasach Aleksandra Wielkiego, ponad 2 tysiące lat temu, nie istniało narodowe państwo Greków, a ówcześni Grecy uważali przywódców macedońskich za barbarzyńców. Za manifestacjami wywoływanymi masową histerią oraz konsekwentnym dążeniem do izolacji małego, biednego kraju leżały narodowe mity i zapewne jakieś kalkulacje polityczne, ale nie historia.

Pamięć i Unia Europejska

Poszerzenie o nowe kraje członkowskie 1 maja 2004 r., a następnie przyjęcie Bułgarii i Rumunii było wielkim sukcesem UE. Ale nie takie było odczucie w wielu krajach Europy Zachodniej. Referenda w sprawie konstytucji europejskiej we Francji i Holandii w 2005 r. ujawniły głęboką nieufność wobec nowych członków Unii. Komentatorzy podkreślali, że zwycięstwo "nie" było m.in. wyrazem protestu przeciwko rozszerzeniu, które objęło również Polskę. Pewną rolę odegrało poczucie utraty wpływu obywateli starej wspólnoty na własny los w coraz szerszej, coraz bardziej anonimowej Unii, a także poczucie zagrożenia konkurencją ze strony krajów o niższych kosztach pracy i niższych podatkach.

Istotny był też jednak inny czynnik: poczucie obcości w stosunku do nowych państw członkowskich, na które na dodatek obywatele zamożnych państw mieli łożyć poważne środki. Nasze pragnienie "powrotu do Europy" nie wywoływało równie wielkiego entuzjazmu na zachodzie kontynentu, chociaż nikt nie kwestionował naszych deklaracji o przynależności do tej samej europejskiej rodziny. Zresztą i nasz entuzjazm miał w sobie pewną dwuznaczność. Dla jednych "powrót do Europy" to pragnienie dołączenia do Europy takiej, jaką ona jest dzisiaj: zamożnej, demokratycznej, stabilnej. Dla innych zaś ów "powrót" oznaczał zwrot ku mitycznej Europie: pastoralnej, chrześcijańskiej, wspólnotowej.

Poczucie bliskości narodów Europy Zachodniej miało swe źródło w bardzo odległej, często wspólnej historii, w silnych powiązaniach politycznych, handlowych, kulturowych. Po II wojnie światowej jednocząca się zachodnia część kontynentu, uciekając przed wspomnieniami "trzydziestoletniej wojny domowej w Europie" (de Gaulle), podejmowała świadomy wysiłek nie tylko zbliżania siebie, ale i zbliżania narracji o wspólnej, europejskiej przeszłości, a zwłaszcza jej najbardziej dramatycznych momentach. Zawsze przywoływanym wzorem są tutaj stosunki między Francją i Republiką Federalną Niemiec, których pojednanie stało się kamieniem węgielnym budującej się wspólnoty.

W sławnym wykładzie ("Qu'est-ce qu'une nation?") wygłoszonym na Sorbonie w 1882 r. Ernest Renan mówił: "Wspólna pamięć tworzy poczucie współodpowiedzialności, uczucie solidarności. Solidarność wyrastająca z przeszłości jest też wyrazem woli życia razem". Słowa Renana dotyczyły narodu. Europa nie jest i nie będzie jednym narodem, ale słowa te zdają się odnosić również do Unii Europejskiej. Silne więzi w starej UE - zwłaszcza w sześciu państwach, które ją współtworzyły - były budowane nie tylko na podstawie rynku i prawa. Zasadniczą rolę odgrywała również narodowa i europejska polityka pamięci, dążenie do zbliżenia wizji historii, przyjęcia wspólnej narracji o przeszłości. Punktem wyjścia nie był wyidealizowany mit początku i "złotego wieku", lecz apokalipsa wojny i hasło "nigdy więcej".

Weszliśmy do Unii z naszymi odmiennościami, z naszą pamięcią w istotnych elementach odbiegającą od tej, która dominuje na Zachodzie. Jest to ważne, choć nie jedyne źródło wzajemnego poczucia obcości. Ograniczę się poniżej do zarysowania podstawowych elementów historii XX w., gdzie występuje istotna różnica między narracją "zachodnią" i "wschodnią".

Obie części kontynentu różnią się stosunkiem do okresu między dwiema wielkimi wojnami . Wspólnota europejska powstawała w atmosferze głębokiego kryzysu spowodowanego wojną i odrzuceniem przeszłości, utożsamianej ze zbrodniami dwóch wojen światowych, totalitaryzmów, kolonializmu, imperializmu, nacjonalizmu. Nowa Europa pokoju, porozumień, rozwoju i solidarności miała zamknąć tragiczną historię. W Europie Zachodniej istniała więc do niedawna silna tendencja, aby jej historię zaczynać od 1945 r.

Nasza Europa nie miała żadnych problemów ze swoją, często mitologizowaną przeszłością. Przeciwnie, miała i ma do niej stosunek nostalgiczny, by nie powiedzieć: nabożny. Były to bowiem czasy odzyskiwanej przez wiele narodów regionu, w tym Polskę, niepodległości, budowania państwa, szukania miejsca pod słońcem. Nawet jeżeli w wielu państwach panowały dyktatury, mizeria i korupcja, to na pozytywne wspomnienia o tym czasie wpływ mają poprzednie zniewolenie, późniejszy kataklizm II wojny światowej i 45 lat komunizmu.

Przeciwnie rzecz wygląda, jeżeli chodzi o okres powojenny, aż do 1989 r . W Europie Zachodniej jest to czas pokoju, stabilności, rozwoju, budowania wielkiego europejskiego dzieła, poczynając od Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Europa Środkowa i Wschodnia stara się, przeciwnie, o tym czasie zapomnieć. Istnieje pokusa, by redukować zjawisko komunizmu do wymiaru sowieckiej okupacji. Ustanowiony po wojnie ustrój miał być w takiej percepcji dziełem sowieckich agentów, zdrajców, popartych potęgą ościennego mocarstwa. To prawda: ustrój sowiecki po wojnie został Polsce i innym krajom regionu narzucony siłą. Nie można jednak powiedzieć, iż nie zdobył on dość szerokiej społecznej akceptacji. Nacjonalizacja gospodarki, szybki rozwój w pierwszych dwóch dekadach, polityka egalitaryzmu i osłony społecznej oraz zabezpieczenie przed Niemcami - wszystko to tworzyło znaczne społeczne poparcie dla nowych władz wzmocnione poczuciem braku ustrojowej alternatywy w warunkach zimnej wojny i sowieckiej dominacji. Traktowanie więc czasów komunizmu jako dziury, przerwy w historii narodu jest sprzeczne z doświadczeniem dwóch pokoleń, wyrzuceniem ich - poza nielicznymi bohaterami - poza ramy narodowej historii. Ale przecież zarazem czymś głęboko zrozumiałym. Tak też de Gaulle usunął z historii Francji państwo Vichy Petaina.

Nas wojna wciąż boli

Poczynając od II wojny światowej, mnożyć możemy "miejsca pamięci" - w języku historyka francuskiego Pierre'a Nora - kluczowe wydarzenia organizujące odmiennie pamięć zbiorową Europejczyków z Zachodu i ze Wschodu. Zacznijmy od pamięci samej wojny . Rozdział 1939-45 został na Zachodzie dawno zamknięty. Budowanie wspólnej Europy pozwoliło na zakończenie okresu żałoby, rewindykacji, rozrachunków i skruchy. Niemcy mają poczucie, że dzięki "pracy pamięci" ostatnich dziesięcioleci, uznaniu popełnionych zbrodni i solidnej demokracji mają prawo spojrzeć w oczy narodom świata. Są dziś pełnoprawnym członkiem wspólnoty euroatlantyckiej i europejskiej.

Z naszej strony sprawa jest bardziej skomplikowana. Wojna jest znacznie silniej obecna w pamięci Polaków i innych narodów regionu. Brutalność, eksterminacyjny charakter wojny, rozmiary zniszczeń były tutaj nieznaną na Zachodzie codziennością. Odzyskanie pełnej suwerenności dopiero w 1989 r. i niepokój o bezpieczeństwo narodowe, o miejsce Polski w Europie wpłynęły w istotny sposób na stosunki wzajemne z Niemcami. Coraz silniej za Odrą obecna pamięć o własnych tragediach Niemców w czasie wojny, a nie tylko o dokonanych przez Niemców zbrodniach, budzi w Polsce niepokój, któremu dawały wyraz, ale i który politycznie eksploatowały liczne środowiska polityczne i dziennikarskie. Od Niemiec oczekiwano nieustającego potwierdzania dokonanych zbrodni, zwłaszcza wobec Polaków, wyrażania skruchy oraz wyrzeczenia się tych elementów niemieckiej polityki pamięci, które w Polsce były postrzegane jako zagrożenie dla naszych interesów, dla miejsca Polski jako ofiary niemieckiej agresji i zbrodni.

Kampania przeciwko trzeciorzędnemu niemieckiemu politykowi Erice Steinbach aż do karykatury, do groteski ukazywała prawdziwe skądinąd niepokoje. Polskie władze najwyższe wygrały wojnę z panią Steinbach. Jakiż mizerny to sukces i jak nieproporcjonalnie wysoka cena, mierzona naruszeniem powagi państwa polskiego i wzajemnego szacunku i zaufania obu krajów. Prowadzona obecnie kolejna wojna PiS z Niemcami należy, niestety, do normalnego repertuaru nienawiści i nieodpowiedzialności.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':