Przyjaźniliśmy się z Bronkiem Geremkiem dobrze ponad pół wieku. Była to przyjaźń prawdziwa, najprawdziwsza i uczestniczyły w niej również Hania, żona Bronka, i moja żona Tamara. Pracowaliśmy przez wiele lat na tym samym Uniwersytecie Warszawskim, na różnych wydziałach, ale niedaleko siebie zarówno w przestrzeni zwyczajnej, jak i umysłowej i politycznej. Bronek był wybitnym mediewistą; pamiętam jeszcze, z jakim upodobaniem i ciekawością czytałem jego książkę o ludziach marginesu w średniowiecznym Paryżu. Nie trzeba być mediewistą - jak i ja nim nie jestem - aby się cieszyć znakomitością tego niezwykłego opisu i historycznej analizy.
W ostatnich latach, gdy Bronek był pochłonięty swoimi trudami w Parlamencie Europejskim i po świecie wiele wojażował, widywaliśmy się rzadko. Ostatni raz w ubiegłym roku w Oksfordzie, gdzie, siedząc w pubie tutejszym, nagrywaliśmy dla telewizji rozmowę improwizowaną o władzy. Ale i wtedy, gdy my mieszkaliśmy w Oksfordzie, a on uprawiał po mistrzowsku robotę dla kraju naszego - jako poseł i przewodniczący Klubu Parlamentarnego, jako działacz ROAD (później Unii Demokratycznej, potem Unii Wolności), jako minister spraw zagranicznych wreszcie - byliśmy zawsze po tej samej stronie w sprawach politycznych i ideowych - my tu jako bierni widzowie, on jako jedna z głównych figur polskiego życia publicznego. Pamiętam nasze spotkania w Berlinie, w Paryżu, w Meksyku, w Oksfordzie i w Warszawie.
Przed godziną doszła do nas przerażająca wiadomość o jego śmierci w wypadku samochodowym. Nie mam sił, by to okropne wydarzenie komentować, i zresztą, jakiż to mógłby być komentarz?
Żegnamy Cię, Bronku, z niezmienną przyjaźnią i żalem, smutkiem, że ta przyjaźń nie może być w tej chwili odwzajemniona. Straciliśmy przyjaciela, a Polska straciła jedną z najważniejszych postaci jej zbiorowego życia ostatnich dziesięcioleci.
Chciałbyś zamieścić swoje wspomnienie o Profesorze? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>