http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

W Anglii życie jest proste, do czasu

Martyna J., Wielka Brytania
2008-07-14, ostatnia aktualizacja 2008-07-14 00:00

Może nie uwierzycie, że nie ma jak polska służba zdrowia. W Polsce jak kobieta krwawi od miesiąca, to lekarz pierwszego kontaktu, nie powie, że samo jej przejdzie, a anginy nie będą leczyć paracetamolem. W Polsce roniącej w piątek wieczorem kobiety nie odeśle się z kwitkiem do domu, "bo USG czynne jest od poniedziałku do piątku w godz. 10-18". Tutaj to norma

Po studiach wyjechałam z mężem na Wyspy. Na początku praca w markecie budowlanym, potem w prywatnym żłobku. W końcu trafiłam do biura sprzedaży firmy produkującej kolczyki identyfikacyjne dla zwierząt. Jako absolwentka studiów przyrodniczych podskoczyłam z radości. Po pół roku awansowałam ze zwykłego sprzedawcy na menedżera działu sprzedaży. Także mąż znalazł dobrą pracę w drukarni podręczników i programów IT jako zastępca menedżera.

Trzeba przyznać Anglikom, że życie mają proste. Wzięcie ślubu dla nas, niezarejestrowanych w Home Office, bez statusu rezydenta, było banalnie proste. Wystarczyło 100 funtów, paszporty i proof of address. Z tymi dokumentami można kupować na raty, założyć konto w banku, zapisać się do przychodni i wziąć telefon na abonament, a wszystko odbywa się przy minimum biurokracji. Jak jest w Polsce, sami wiecie.

Ale z drugiej strony dopiero tu nauczyłam się szanować polskie prawo pracy i system ubezpieczeń. Miałam poważny wypadek w domu z winy właściciela, od którego wynajmowaliśmy lokal. Chorobowe wyniosło tylko 300 funtów miesięcznie i okazało się, że w pracy nie byłam ubezpieczona. W Polsce dostałabym 80 proc. wynagrodzenia i należałoby mi się odszkodowanie, i to spore.

Może nie uwierzycie, że nie ma też jak polska służba zdrowia. W Polsce jak kobieta krwawi od miesiąca, to lekarz (pierwszego kontaktu, nie ginekolog) nie powie, że samo jej przejdzie, bo "nie może przecież lecieć w nieskończoność". A anginy nie będą leczyć paracetamolem, który zresztą dobry jest na złamaną nogę i generalnie na każdą dolegliwość, z jaką się idzie do lekarza. W Polsce roniącej w piątek wieczorem kobiety nie odeśle się z kwitkiem do domu, "bo USG czynne jest od poniedziałku do piątku w godz. 10-18", tutaj to norma.

Wracamy więc do kraju, bo jestem w ciąży. Jest czerwiec, w Anglii pierwszą wizytę u położnej miałam w maju, a następną mam we wrześniu, do tej pory nikt mnie nie poprosił o próbkę moczu, a lekarz stwierdził, że jestem w ciąży, bo mu tak powiedziałam. Wolę zapchane polskie szpitale, w których mimo kolejek dowiem się na każdym etapie, że z maleństwem wszystko jest OK, niż czekanie do września, aż ktoś się mną zainteresuje. Odliczam dni, kiedy pójdę do polskiego ginekologa, który mnie dokładnie przebada...

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':