Wczoraj ok. szóstej rano 59-letnia Pauline Walker wstała z łóżka, umyła się, ubrała i przypięła czerwony znaczek z hasłem "Wolność dla Gazy". Nie miała czasu na angielskie
śniadanie (jajecznica, bekon i kiełbaski), wypiła tylko kawę z mlekiem, nałożyła czarny płaszcz i poszła protestować pod bramę elektrowni.
Przeciwko komu? - Na pewno nie przeciwko Polakom - zarzeka się. - Protestuję przeciwko wyzyskowi pracowników. Przeciwko temu, że brytyjski robotnik nie może znaleźć pracy.
Kilka godzin później urząd statystyczny poda, że w Wielkiej Brytanii jest już 1,97 mln bezrobotnych - najwięcej od 1997 r., gdy władzę w kraju przejęła Partia Pracy. Ekonomiści dodadzą, że z powodu recesji w gospodarce bezrobocie na pewno wzrośnie i na koniec przyszłego roku może dotknąć nawet 3,5 mln osób.
Alstom, dajcie nam szansę Do elektrowni Pauline szła pieszo, jakieś cztery kilometry. Pod bramą zebrało się w sumie nie więcej niż stu demonstrantów.
Byli związkowcy z Unite i GMB, które pikietę zorganizowały. Była miejscowa polityk z rządzącej Partii Pracy. Przyszli bezrobotni z Isle of Grain i inni mieszkańcy, do których przemówiło hasło: "Brytyjskie miejsca pracy dla brytyjskich pracowników".
Czekali na polskich robotników, których do Isle of Grain przysłały firmy Remak z Opola i Zakłady Remontowe Energetyki z Katowic. To podwykonawcy francuskiego Alstoma, który zdobył kontrakt na rozbudowę elektrowni. Sama elektrownia należy do niemieckiego koncernu E.ON.
Polacy m.in. montują nowe kotły opalane spalinami z turbin gazowych. Związkowcy z Unite i GMB twierdzą, że ta praca należy się miejscowym.
Demonstranci mieli marsowe miny, ale - wbrew obawom policji - byli spokojni. Grzecznie stanęli za barierkami. Wznieśli transparenty: "Alstom, dajcie nam szansę!", "Uczciwe warunki dla brytyjskich robotników!". I słuchali przemówień.
Nie oddawajmy pola obcokrajowcom Zaczął Neil Willowghby ze związku Unite. Przez megafon ogłosił, że przy rozbudowie elektrowni pracę mogłoby znaleźć, na kolejnych etapach, nawet 450 Brytyjczyków. I oskarżył Alstom, że jego polscy podwykonawcy odmawiają zatrudniania miejscowych pracowników: - Na świecie jest kryzys, w Anglii jest kryzys. Tym bardziej rząd powinien dbać, by praca była w pierwszym rzędzie dla Brytyjczyków!
Teresa Murray z Partii Pracy wołała: - Nie oddawajmy łatwo pola obcokrajowcom! Mamy dobrą, mocną tradycję, mamy uzdolnionych pracowników. Nie przestawajcie protestować!
Później, już w rozmowie z dziennikarzami z Polski, oboje podkreślali: - Nie walczymy z Polakami! Walczymy o równe szanse!
Murray zapewniała: - Nie mam nic przeciwko obcokrajowcom w Anglii. W końcu mamy jedną, zjednoczoną Europę, każdy może pracować, gdzie chce. Mój zięć na przykład pracuje we Francji.
Jednak co poszło w tłum, to poszło.
Najpierw jakiś bezzębny robotnik krzyknął: - Polacy zabrali robotę mnie i mojemu bratu. A ja, Anglik, nie mam szans w starciu z Polakami, którzy pracują za połowę stawki.
Postawny mężczyzna w żółtej kamizelce odblaskowej wykrzyczał mi w twarz: - To właśnie dzięki wam, Polakom, każda babcia w tym mieście staje się faszystką. Ja już się stałem nacjonalistą. I wszyscy w Anglii tacy się staną. Zabieracie nam pracę!
Poparli go inni: - Brytyjski pracownik nie może uczciwie zarabiać, bo Polacy wyżarli go z posady. Zwożą was autokarami z waszego kraju, spędzają do barek zacumowanych przy brzegu, płacą połowę tego, co dostaje Anglik. To skandal!
Trzymaj plakat, podnieś pięść! Szefowie firm z Opola i Katowic bali się, że Polacy i Brytyjczycy skoczą sobie do oczu. Wwieźli ich więc do zakładu busami.