Historycy IPN Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk w opublikowanym wczoraj przez "Rzeczpospolitą" fragmencie książki cytują kwestionariusz internowanego Lecha Wałęsy z listopada 1980r. Było tam napisane o Wałęsie: "członek komitetu strajkowego 29.12.1970, pozyskany do współpracy z SB. W okresie 1970-1972 przekazał szereg informacji dot. negatywnej działalności pracowników stoczni".
Historycy nie dopuszczają żadnych wątpliwości -te zdania świadczą o tym, że Wałęsa współpracował. Kiedy zaś natykają się na dokument SB z 1971 r. mówiący, że Wałęsa "nie podjął" współpracy z SB, powiadają: to falsyfikat podrzucony za sprawą Wałęsy.
Tak jakby najważniejszemu opozycjoniście od Kamczatki po Łabę bezpieka nie była w stanie sfałszować teczki. A przecież można by pomyśleć tak: władza w listopadzie 1980 r. szykowała się do zamknięcia swego największego przeciwnika. Wałęsa był dowódcą, więcej -bożyszczem 10-milionowej "Solidarności". Zamknąć go i skompromitować - czy to nie mógł być pomysł władzy na obrzydzenie ludziom ich wodza?
Tym bardziej że w końcu władza takich metod się chwyciła, puszczając w stanie wojennym w telewizji zmanipulowaną rozmowę Wałęsy z bratem o pieniądzach wyrwanych rzekomo "S".
Tym bardziej że w1982r. próbowała podesłać Komitetowi Noblowskiemu materiały, że Wałęsa był agentem.
Od lat trwa spór, czy SB fałszowała papiery, chcąc skompromitować przeciwników. Wałęsa był w latach 80. postacią tego kalibru - a dla władz PRL wrogiem tego kalibru -że wdeptanie go w ziemię, pokazanie jako zdrajcy mogło się wydawać świetnym rozwiązaniem problemu. Tyle że do złamania "Solidarności" władzy wystarczyło wprowadzenie stanu wojennego. 10 mln stopniało, a garstka straceńców pokutowała przez kilka lat w podziemiu.
Cenckiewiczowi i Gontarczykowi zarzucano ahistoryczność. Bo nie uwzględniają tzw. realiów epoki. W grudniu 1970r. władza, kiedy rozprawiała się ze strajkującym Wybrzeżem, zabiła kilkadziesiąt osób. Tysiące było rannych lub poturbowanych. Na stocznie nasłano esbeków. Było czego się bać. Każdy był biedną owieczką, którą władza mogła jednym ruchem pozbawić wszystkiego.
Szczególnie biedną owieczką był człowiek przyjezdny, który w Gdańsku nie miał nikogo i niczego. I to pozwala starcom, którzy pamiętają tamte czasy, zrozumieć, dlaczego Wałęsa mógł coś podpisać, mógł coś chlapnąć. I po dwóch latach wyrwać się SB. I po kilku kolejnych stać się opoką dla "S".
Ale zarzut ahistoryczności wobec autorów IPN nie jest prawdziwy. To, co wczoraj opublikowała "Rzeczpospolita", jest jak najbardziej osadzone w historii. Tyle że lat 90. Bohaterami tej historii są rząd Jana Olszewskiego, a zwłaszcza szef UOP Piotr Naimski, minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz i ich ludzie. Oni podobno pokazali prawdę. Wprawdzie nie ocalili dokumentów "Bolka", ale ocalili pamięć o nich.
Tak już, niestety, zostanie. Jedni ze skrawków esbeckich papierów z lat 1970--76 będą tkać historię współpracy Lecha Wałęsy z SB. Dowody na to, że Wałęsa był agentem, będą znajdować także w III RP. I u nich na rzecz Wałęsy żaden fakt nie przemówi.
Drudzy będą mieć pretensje do Wałęsy, ale za jego prezydenturę. Za to, że falandyzował prawo, że groził Sejmowi, że działał przeciw ledwie tlącej się wówczas demokracji. Że lżył i obrażał ludzi, otaczał się niekiedy dziwnymi postaciami. Że kazał dostarczać do Belwederu swoją teczkę i być może zabierał z niej jakieś papiery.
Ci pierwsi z zapałem wdeptują Wałęsę w glebę. Pozostaje nadzieja, że kiedyś przejrzą na oczy.
Drudzy już teraz uważają, że wielkości Lecha Wałęsy, tego z lat 80., nikt i nic nie uszczknie.