http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wolno, wolniej, wolność!

Piotr Cieśliński
2011-03-27, ostatnia aktualizacja 2011-03-24 14:57

Jednym ze zwolenników ruchu slow food jest Książę Karol. Podczas wizyty w Polsce skosztował np. tradycyjnych tatarskich potraw w Kruszynianach.
Jednym ze zwolenników ruchu slow food jest Książę Karol. Podczas wizyty w Polsce skosztował np. tradycyjnych tatarskich potraw w Kruszynianach.
Fot. ALIK KEPLICZ AP

Ruch slow food to nie tylko jedzenie, ale także styl życia. Chodzi o to, żeby spokojnie i powoli delektować się drobnymi przyjemnościami i odkrywać nowe smaki

ZOBACZ TAKŻE
Niezwykłym powodzeniem na Harvardzie cieszą się wykłady profesora etnografii Jamesa Watsona poświęcone sztuce jedzenia w różnych kulturach świata. Jeden z nich zaczyna on zazwyczaj od opowieści z czasów swej młodości, kiedy w latach 50. zeszłego wieku jechał z rodzicami ze wschodniego na zachodnie wybrzeże USA. Trwało to wiele dni. Drogi nie były wtedy tak wygodne jak obecnie, dopiero ruszała budowa sieci autostrad międzystanowych.

Prof. Watson wspomina, że wybór postoju, na którym można było zjeść posiłek, za każdym razem był wielką celebrą. Najpierw z auta wychodziła matka, która szła do lokalu i wprawnym okiem oceniała jego czystość, obsługę, a na koniec jakość i świeżość potraw, i albo dawała znak, że jest OK, albo jechali szukać lepszej knajpy.

Nie było jeszcze barów szybkiej obsługi, bez których dziś trudno sobie wyobrazić Amerykę. Rozwój fast foodów kompletnie zmienił amerykańskie podróżowanie i styl życia. Teraz mamie prof. Watsona wystarczyłby rzut oka na jedną z tablic z nazwą baru, które górują nad parkingami i zjazdami z autostrad, żeby wiedzieć, co i jak zaserwują tam na obiad. We wszystkich są takie same frytki, hamburgery, paluszki rybne, tacos, tortille czy pizze. Przyrządzane według tej samej receptury, z dokładnie takiej samej mąki, gatunku ziemniaków i mięsa. Ta standaryzacja przyszła też do Starego Świata, gdzie jednak od początku budziła wielkie sprzeciwy.

Fast food!? Basta!

Pamiętacie francuską komedię "Skrzydełko czy nóżka" z 1976 r. z Luisem de Funesem? Grał rolę francuskiego mistrza kuchni, który toczył boje z właścicielem fabryki produkującej całkowicie sztuczną żywność. Oczywiście tego typu fabryk wtedy jeszcze nie było, tak naprawdę chodziło właśnie o walkę z fast foodami. Nawiasem mówiąc, wizja z tego filmu ostatnio zaczęła się spełniać - przed rokiem w jednej z restauracji w Hongkongu podano pierwsze całkowicie sztuczne danie, skomponowane od początku do końca z prostych i czystych związków chemicznych. Dokładny przepis jest tajemnicą, ale jedno jest pewne - do kotła nie wpadł żaden naturalny półprodukt roślinny czy zwierzęcy.

Ale wróćmy do czasów, kiedy fast foody dopiero ruszały na podbój Europy. Jednym z przełomowych momentów był rok 1986, gdy przy placu Hiszpańskim w Rzymie - bastionie tradycyjnej włoskiej kuchni, gdzie zwykło się jadać karczochy duszone w oliwie z czosnkiem, pietruszką i białym winem - otworzono restaurację McDonald's. Carlo Petrini, włoski krytyk kulinarny i winiarski, zwołał wtedy kilku przyjaciół, założył stowarzyszenie i zapoczątkował ruch zwany slow food, który fast foodom miał powiedzieć basta!

W obronie smaku

Slow food broni walorów regionalnej gastronomicznej różnorodności, jakości i tradycji, wspiera niewielkich regionalnych producentów żywności. Dziś stowarzyszenie ma prawie 200 tys. członków na całym świecie. Stało się bardzo silne w tradycyjnym mateczniku fast foodów - USA (tam ma najwięcej członków poza Włochami), ale także Japonii, Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Slow food zawędrował też w końcu do Polski. Członkowie ruchu zrzeszają się w tzw. conviviach - od łacińskiego słowa oznaczającego tradycyjną rzymską ucztę mogącą ciągnąć się godzinami, podczas której biesiadnicy wygodnie spoczywają na specjalnych łożach. Pierwsze polskie convivium powstało w Krakowie w 2002 r., a dziś już jest dziesięć oddziałów (Warszawa, Łódź, Wigry, Wielkopolska, Gruczno, Trójmiasto, Dolnośląskie, Warmińskie, Szczecin, Kraków).

Inna, lepsza jakość

Slow food to nie tylko jedzenie, ale także styl życia. Chodzi o to, żeby spokojnie, powoli i ze smakiem cieszyć się tym, co ono niesie. Spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi (oczywiście najlepiej przy stole), delektować się drobnymi przyjemnościami i odkrywać nowe smaki. Taką ideą kieruje się Carlo Petrini, który co roku organizuje w Turynie największy na świecie Salon Smaku (Salone del Gusto), gdzie najlepsi restauratorzy świata prezentują swoje dzieła. Stworzył też Arkę Smaku - listę produktów i gatunków zagrożonych wyginięciem, które są wypierane przez masową produkcję żywności i standaryzację. Na pokładzie Arki znajdują się m.in.: kapary ze śródziemnomorskiej wyspy Panteleria, piemoncka kukurydza o ośmiu rzędach ziaren, krowa rasy piemonckiej, sycylijska waniliowa pomarańcza z Ribery czy suszona szynka z umbryjskiej Norcii. Z polskich produktów na liście znalazły się m.in.: * żyjąca tylko w Małopolsce rasa górskich czerwonych krów; * oscypki robione przez baców; * miody pitne Macieja Jarosa. Wyroby pana Macieja, obdarzonego siwymi, sumiastymi wąsami właściciela pasieki w Łaziskach pod Tomaszowem Mazowieckim, od dawna zdobywają złote medale w ogólnopolskich konkursach. Dwójniak jabłkowy przyrządza on z dodatkiem soku z tradycyjnych polskich gatunków jabłek - dziś już wypartych z sadów i zagrożonych wymarciem - glogierówek i kronselek.

We właściwym rytmie

Carl Honore, kanadyjski dziennikarz mieszkający w Londynie, autor bestsellera "Pochwała powolności. Jak światowy ruch sprzeciwia się kultowi szybkości", mówi: - Nasze czasy wymuszają na nas najszybsze życie w historii! A chodzi o to, by znaleźć właściwy rytm. By móc raz żyć szybciej, raz wolniej. I byśmy sami byli panami swojego czasu, a nie on naszym.

Nie bez powodu symbolem ruchu slow food jest ślimak. W jego ramach powstaje coraz więcej odgałęzień - są grupy działające na rzecz tego, by dobrze, spokojnie wychowywać dzieci, lekarzy powracających do tradycyjnych metod leczenia czy entuzjastów promujących powolny i czuły seks (to ostatnie zwłaszcza jest warte rozpowszechnienia).

Ostatnio jeden z menedżerów IBM zainicjował "Slow e-mail". Postuluje, by sprawdzać skrzynkę tylko dwa razy dziennie, a nie co pięć minut. A małe miasteczka europejskie, które mają dość wielkiego ruchu, hałasu i natarczywych reklam, łączą się w grupę Slow City. Ograniczają ruch aut, budują deptaki, promują rowery, a także restauracje zamiast fast foodów.

Niektóre polecane produkty

Oscypki Józka Wojtyczka i Jędrusia Zubka; Bundz owczy Władysława Klimowskiego; Bryndza Wojtka Komperdy; Sidziński ser Zofii Nieużytek; Kiełbasa lisiecka Stanisława Mądrego;

Wątrobiana Jerzego Koniecznego;

Wino jabłkowe Slavena Anity Chachulskiej; Piwo Żywe (niepasteryzowane) z Browaru Amber;

Chleb żytni z łopaty na zakwasie Władysława Kowalika; Staropolski Chleb Sanacyjny na Liściu Kapusty Anny Surmacz;

Miód spadziowy Emilii i Jacka Nowaków; Soki Andrzeja Płonki;

Konfitury Anny Langowskiej; Olej rydzowy (z lnianki) Krystyny i Jerzego Justów;

Ciasteczka owsiane i babki drożdżowe Haliny i Zdzisława Bartelaków

Więcej na polskiej stronie slow food.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':