Rozmowa z prof. Andrzejem Gładyszem*, specjalistą chorób zakaźnych Marzena Kasperska: Za nami epidemie dżumy, które zabiły setki milionów ludzi, zaraza odry, która unicestwiła Inków, tyfusu, ospy prawdziwej, cholery. Czy wszystko, co najgorsze już minęło? Prof. Andrzej Gładysz: Wręcz przeciwnie! Stare, trochę zapomniane patogeny znów dają o sobie znać. Przykładem jest renesans takich chorób jak gruźlica lub kiła.
Dlaczego tak się dzieje? - Po części z naszej winy. Żyjemy coraz wygodniej, nowocześniej, szybciej, chcemy być zawsze w dobrej formie, więc każdej choroby, nawet przeziębienia, musimy pozbyć się błyskawicznie, sięgając, czy trzeba, czy nie, po antybiotyk. Nadmierne ich stosowanie powoduje lekooporność, choroby wywołane drobnoustrojami znanymi od dawien dawna są teraz niewrażliwe na najbardziej wyrafinowane antybiotyki.
Najlepszym przykładem jest penicylina, którą w 1928 roku odkrył Fleming. Działała rewelacyjnie, ale tylko na początku. Potem się okazało, że w odpowiedzi powstało mnóstwo nowych szczepów opornych i trzeba było poszukać nowych leków. Inny przykład - gronkowce złociste udoskonaliły się tak dalece, że dysponują specjalnym enzymem, który rozkłada podany antybiotyk, czyniąc go bezradnym nawet wobec wankomycyny zalecanej w takich wypadkach jako broń ostateczna.
A zakażenia wewnątrzszpitalne wywołane przez
Klebsiella pneumoniae? To drobnoustrój oporny na wszystkie leki. Pacjenci często umierają.
Nadmiar antybiotyków nas dobija? - Nie tylko on. Coraz częściej stosujemy środki chemiczne, m. in. cytostatyki, zwalczając
nowotwory, czy sterydy przydatne w leczeniu wielu chorób. Pod ich wpływem układ odpornościowy się osłabia. Do głosu dochodzą wtedy patogeny, które dotąd czaiły się, ale nie miały szansy wyrządzić nam krzywdy.
Przypomnę historię DDT, chemicznego środka używanego do walki z komarami, a w efekcie malarią, która skończyła się nie tak, jak człowiek oczekiwał. Malaria ma się dobrze, komary jeszcze lepiej, ale skutkiem ubocznym było zachwianie równowagi pomiędzy pierwotniakami żyjącymi w glebie. Do głosu doszedł taki rodzaj pierwotniaków, który w ciepłej wodzie, także w basenach, może wnikać do naszego układu nerwowego poprzez włókna węchowe i powodować ciężkie zapalenie mózgu. To na szczęście rzadkie, ale pokazuje, że stosowanie środków chemicznych bywa bronią obosieczną. Bo co się stało? DDT zmobilizował populację pierwotniaków do poszukania nowych możliwości atakowania człowieka.
Jaki to ma związek z powrotem gruźlicy, kiły lub wzrostem liczby zachorowań na AIDS? - Pokazuję, że żyjąc w środowisku mocno schemizowanym, nie potrafimy utrzymać pod kontrolą ewolucji biologicznej. Ale służę konkretem - patogenem, który radzi sobie doskonale, jest właśnie wirus HIV. Mechanizm jego działania polega na sukcesywnym niszczeniu układu odpornościowego. To daje pole do rozwoju wszystkim patogenom w naszym organizmie.
Mimo ogromnego postępu w badaniach nad poznaniem istoty tego zakażenia, a także postępu w leczeniu, zakażenie HIV ma się dobrze. Prawdopodobnie dlatego, że dzięki nowoczesnej terapii, jaką dysponuje świat i Polska również, przeciętny obywatel przestał się bać tej choroby. Zakłada, że jeśli mu się przytrafi, nie dojdzie do wielkiego nieszczęścia. Codziennie więc przybywa nam nowych chorych. Postęp polega na tym, że choroba stała się bardziej utajona, może przebiegać niezauważalnie dla pacjenta. Po drugie, gdy się już ujawni, wdrożone leczenie umożliwi powrót do normalnego życia, bez widocznego piętna tej choroby.
Jeszcze kilka lat temu wprawne oko specjalisty mogło zauważyć u przechodnia na ulicy oznaki brania leków przeciwko HIV tzw. dyslipidemię. Polegała na zmianie rozkładu tkanki tłuszczowej, która gromadziła się na karku i w okolicy brzucha, ale ubywało jej na pośladkach i policzkach. Leki udoskonalono i dzisiaj naprawdę trudno rozpoznać chorego na AIDS. Ludzie stracili więc czujność.
Zakorzeniło się przeświadczenie, że na AIDS chorują narkomani i homoseksualiści. - Proszę o tym zapomnieć. Odsetek zakażeń wśród narkomanów obniżył się znacznie, bo coraz częściej stosują preparaty doustne, a poza tym mocno wzrosła ich świadomość.
Jeśli chodzi o homoseksualistów, obserwujemy wyraźny spadek lęku przed nowymi zakażeniami i lekceważenie środków bezpieczeństwa. Większość z nich uwierzyła, że dostępne leczenie zagwarantuje im komfort życia.
A zakażenie wirusem HIV jest nadal zakażeniem śmiertelnym. Medycyna ciągle nie umie go zniszczyć, a wirus, podobnie jak drobnoustroje, o których mówiłem na początku, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Można tak sądzić, obserwując zespoły chorobowe, które się rozwijają u osób skutecznie leczonych lekami antyretrowirusowymi. Z jednej strony te leki powodują ilościowy wzrost komórek odpornościowych, ale z drugiej nie przywracają im pełnej funkcji ochronnej. Efekt? Nowotwory lub rozwój bardzo zjadliwych patogenów, które wywołują choćby gruźlicę.