Jan ma 51 lat. Nie godzi się na zdjęcie ani podanie nazwiska: - Ludzie są różni, nie chcę, żeby wytykali mnie palcami, szczególnie teraz, gdy dostałem drugą szansę.
Pięć lat temu zachorował na depresję. Był brygadzistą, odpowiadał za transport w jednej z firm regionu. - Zaczęło się, gdy zwolnili moją szefową, a jej obowiązki spadły na mnie. Co nie zrobiłem, było źle. Czułem się wykorzystywany, poniżany. Bywały dni, że nie mogłem wstać z łóżka. Wolałem pójść do lekarza albo wziąć urlop na żądanie, niż pojawić się w pracy. Czasem zamykałem się w magazynie i płakałem. Ja, facet, który jeszcze niedawno był duszą towarzystwa. Nie mogłem spać, myślałem, żeby z sobą skończyć. Nie chciałem pracować, ale bałem się, że stracę pracę - opowiada.
Lekarz skierował Jana do kliniki psychiatrii w Bydgoszczy. Rozpoznanie:
depresja. Cztery miesiące spędził w klinice. Potem próbował wrócić do obowiązków zawodowych, ale w firmie nie przyjęto go dobrze: - Wiedzieli, że leczyłem się psychiatrycznie. Dokuczali. Nie mogłem znieść tego miejsca. Znowu trafiłem do szpitala. Brałem leki, ale wcale nie czułem się lepiej.
Ostatnie pięć lat to miesiące spędzone w szpitalu, tygodnie w domu. Psychiatrzy stwierdzili, że jedynym wyjściem jest operacja, bo mężczyzna cierpi na lekooporną depresję. - Dotyka ona 20-30 proc. chorych - mówi prof. Aleksander Araszkiewicz, kierownik Katedry i Kliniki Psychiatrii Collegium Medicum UMK, i wyjaśnia: - Zastosowaliśmy trzy różne kuracje. Każda trwała kilka miesięcy i nie było odpowiedzi organizmu.
W połowie września tego roku Janowi wszczepiono stymulator, który pobudza wydzielanie w organizmie serotoniny (hormonu odgrywającego ważną rolę w regulacji nastroju). To był trzygodzinny zabieg, w znieczuleniu ogólnym. - Gdy się obudziłem, poczułem ulgę. Po trzech dniach wróciłem do domu jako zupełnie inny człowiek. Miałem ochotę rozmawiać z sąsiadami, odwiedzić córkę. Wcześniej nie chciało mi się nawet wychodzić z pokoju - mówi mężczyzna.
Jan jest drugim pacjentem z lekooporną depresją, którego terapia jest wspomagana operacyjnie. Pierwszy taki zabieg lekarze przeprowadzili w grudniu ubiegłego roku. Pacjentem był 45-letni mężczyzna chorujący 26 lat na ciężką postać depresji.
Obie operacje przeprowadził prof. Marek Harat, szef Kliniki Neurochirurgii i Chirurgii Głowy w 10. Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Bydgoszczy. - Na szyi, po lewej stronie wszyliśmy elektrodę, a poniżej obojczyka stymulator. Elektroda działa na lewy nerw błędny, w którym znajdują się włókna prowadzące do mózgu. Moduluje ona informacje docierające do układu limbicznego odpowiedzialnego za emocje - mówi prof. Harat.
Urządzenie nie jest kłopotliwe dla pacjenta. Włącza się automatycznie co pięć minut na 30 s. - Pierwszy z pacjentów kilka dni po operacji czuł się wyraźnie lepiej. Jesienią objawy znowu się zaostrzyły. Wyregulowałem stymulator. Efekt zabiegu w tym przypadku oceniam jako umiarkowany, bo chory nie jest wolny od objawów. Ale druga z operowanych osób jest w zdecydowanie lepszej formie. Ustąpiły myśli samobójcze. Chory powoli wraca do środowiska, zaczyna spotykać się z ludźmi - relacjonuje profesor.
Jan zamiast 15 tabletek, bierze teraz 7 i twierdzi, że nie boi się nawrotu choroby. Jednak lekarze są ostrożni. - Obawiam się nadmiernego entuzjazmu, bo na podstawie dwóch pacjentów nie można jeszcze oceniać metody leczenia. W
USA jest ona uznana za skuteczną, ale tam żyją setki osób, ze wszczepionymi stymulatorami. U nas to wciąż pionierskie zabiegi. Jeden pacjent reaguje lepiej, inny gorzej - to o niczym nie przesądza - podkreśla prof. Harat.
Zabieg jest drogi. Sam stymulator kosztuje prawie 38 tys. zł. W pierwszym przypadku urządzenie podarował producent. W drugim - jego zakup sfinansował
NFZ. Na kolejne operacje na razie nie ma szansy, bo NFZ nie ma pieniędzy.