Telefon Sarah dzwonił bez przerwy. Od czasu, gdy znajomi dowiedzieli się o jej chorobie, ze słuchawki płynęły potoki pocieszeń. Sarah miała już dosyć, głowa jej pękała. Odbiorę ostatni telefon - pomyślała. Tym razem jednak oprócz pytań o to, jak się czuje, padło inne, zdumiewające. - Słuchaj, a czy nie miałabyś nic przeciwko, żebyśmy wpadli do ciebie z dziećmi? - pyta znajoma. - Ale ja mam świńską grypę, to wykluczone - odpowiada Sarah. Po chwili pada odpowiedź: - No właśnie.
Świńskie przyjęcia (swine flu party's) to nie głupi żart, ale najnowsza angielska moda. Brytyjczycy tak bardzo przestraszyli się wirusa świńskiej grypy, że postanowili coś z tym strachem zrobić.
Wielka Brytania najbardziej ze wszystkich krajów europejskich została dotknięta pandemią - zachorowało tam blisko 10 tys. ludzi. 31 osób zmarło. Anglicy organizują więc przyjęcia, na których zarażają siebie i swoje dzieci wirusem. Skąd taki wariacki pomysł?
- Robimy to, dopóki choroba jest niegroźna - tłumaczą uczestnicy takich imprez. - Teraz zachorujemy i zdobędziemy odporność, będziemy bezpieczni jesienią, kiedy wirus może się uzłośliwić. To lepsze niż szczepionka, której nie ma.
Anglicy w panice Pomysł zbiorowych zachorowań nie jest nowy. Od lat robi się tak w przypadku ospy wietrznej. Jest to choroba wirusowa, na którą zapadają najczęściej maluchy w okresie przedszkolnym. Diabelsko zaraźliwa, ale przechodzona w dzieciństwie, niegroźna. Mamy obdzwaniają się wzajemnie i posyłają dziecko do domu chorej koleżanki, żeby złapało wirusa.
Na pierwszy rzut oka jest w tym logika. To prawda, że przechorowanie grypy teraz w znacznym stopniu uodporni nas na wirusa A(H1N1), nawet gdyby stał się bardziej zjadliwy. Ale czy w przypadku świńskiej grypy to ma sens? I co na to epidemiolodzy?
- To igranie z ogniem, do tego nieodpowiedzialne, bo dotyczy nie tylko nas samych, ale całej populacji - tłumaczy "Gazecie" dr Paweł Grzesiowski, kierownik Zakładu Profilaktyki Zakażeń i Zakażeń Szpitalnych w Narodowym Instytucie Leków w Warszawie. - To, że dana osoba przeszła grypę łagodnie, nie oznacza wcale, że z każdym tak będzie. Na ryzyko powikłań narażeni są wszyscy, a już w szczególności dzieci i młodzież, bo nie mają żadnej odporności na tego wirusa grypy, żadnych przeciwciał.
A inni mają? - pytam.
- Uważa się, że pewną, szczątkową ochronę mogą mieć ludzie powyżej 60. roku życia. Niewykluczone bowiem, że epidemia grypy z 1958 r. była spowodowana bardzo podobnym wirusem. Ci, którzy wtedy zachorowali, mogą być mniej bezbronni. Ale to tylko teoria. Nie panujemy nad wirusem świńskiej grypy. Znamy go zaledwie od kilku miesięcy. To nie jest ospa wietrzna, o której wiemy prawie wszystko. Ludzie mogą zarażać się na własną odpowiedzialność, ale potem idą do rodzin i narażają innych, którzy wcale nie mają ochoty na grypę. Niedawno okazało się, że świński zarazek może być bardziej groźny niż zwykła
grypa, np. dla kobiet w ciąży. Po co podejmować takie ryzyko? - irytuje się dr Grzesiowski.
Pomysł Anglików torpedują też tamtejsi lekarze. - Ludzie, przecież na tego wirusa się także umiera! - tłumaczy John Oxford z Królewskiego Szpitala w Londynie. - Nie sposób dokładnie ocenić, czy akurat nie padnie na nasze dziecko, czy babcię. Wirusy grypy zawsze są nieobliczalne. Może się okazać, że nasza pociecha ma słaby układ odpornościowy, który nie poradził sobie z infekcją lub cierpi na inne schorzenia, o których nawet nie mamy pojęcia.
- Scenariusz może być taki. Idziesz na przyjęcie i łapiesz grypę, chorujesz, zdrowiejesz, a potem spotykasz się ze swoją babcią. Podajesz jej filiżankę herbaty. Babcia się zaraża i umiera - straszy profesor.
- Przyspieszanie epidemii nie ma sensu. Już mamy pierwsze doniesienia o przypadkach oporności wirusa wirusa na jeden z dwóch leków antywirusowych. A im więcej osób choruje, tym częściej korzysta się z leków. W najgorszym przypadku przestaną działać - mówią lekarze.
Co wtedy?
Kto pierwszy, ten bogatszy Szacuje się, że wirus zabija cztery-pięć osób na tysiąc. - Jeśli wszyscy Anglicy zachorują, czyli około 60 mln, to ile będzie statystycznie ofiar śmiertelnych? 240 tys., a 600 tys. znajdzie się w szpitalach. Może to przemówi do ich wyobraźni - argumentuje Grzesiowski.
Najlepiej więc byłoby się zaszczepić na świńską grypę, ale szczepionka się opóźnia. Niedawno firmy zajmujące się jej produkcją twierdziły, że pierwsze dawki będą gotowe na początku września. Teraz mówi się, że pod koniec roku.
Niewątpliwie wyścig po szczepionkę rozpoczął się na dobre. Kto pierwszy, ten bogatszy. Chodzi przecież o niewiarygodną ilość pieniędzy. Australia ogłosiła właśnie rozpoczęcie pierwszych testów nad szczepionką z udziałem ludzi. Bierze w nich udział 240 osób dorosłych i 400 dzieci (od sześciu miesięcy do dziewięciu lat). Na antypodach zanotowano już 14 tys. zachorowań i 38 zgonów.
Do walki o palmę pierwszeństwa włączył się też rząd
USA (ponad 40 tys. zachorowań, 263 zgony). W tej chwili Amerykanie szukają ochotników do prób nad dwoma różnymi szczepionkami na A(H1N1). Chętnych nie brakuje.
Próby rozpoczęły także Chiny.
W oczekiwaniu na to remedium trzeba zachować zdrowy rozsądek. Specjaliści radzą, by we wrześniu zaszczepić się na zwykłą grypę (szczepionka jest już dostępna w aptekach), mimo że nie ochroni nas to przed świńskim zarazkiem. Potem, gdy pojawi się szczepionka na A(H1N1), trzeba dać się ukłuć raz jeszcze, i jeszcze. Bo żeby zdobyć ochronę, potrzebne nam będą najpewniej dwie dawki.