Małgorzata Załoga: Co można zweryfikować badaniem DNA? Prof. Tadeusz Dobosz: Najczęściej ojcostwo, ale to rzadko temat „kryminalny” (śmiech). I oczywiście dowody rzeczowe.
Czyli mówicie państwo: ten włos pochodzi od sprawcy? - Tylko w naprawdę wyjątkowych sytuacjach, np. znalezienia zwłok ze śladami spermy, jesteśmy policji czy prokuraturze potrzebni do ustalenia całkiem anonimowego sprawcy. Wtedy przygotowujemy profile DNA, szukamy i typujemy podejrzanych, analizujemy bazy danych... Na ogół naszym zadaniem jest raczej weryfikacja podejrzanych. Powiedzmy: dwóch panów w karczmie obok parku spotkało się na piwie, a nazajutrz jednego z nich znaleziono zabitego w krzakach.
Policja podejrzewa, że to robota jego współbiesiadnika. Przeszukuje więc mieszkanie, znajduje zakrwawioną marynarkę, banknoty z plamami krwi i te dowody przesyła do nas. Naszym zadaniem jest potwierdzić lub wykluczyć, że znaleziona krew należała do denata. Jeśli tak, to znaczy, że podejrzany co najmniej był na miejscu zbrodni, a być może i jest jej sprawcą.
Krew jest dość oczywista. Jakie inne "materiały" można badać? - W przestępstwach seksualnych często jest to sperma, poza tym włosy, ślina, inne wydzieliny z ciała. Nawet mikroskopijne drobiny tkanki osadzone na pocisku podczas jego przelotu przez ciało czy rozbryzgi krwi pozostałe na broni po strzale z bliskiej odległości. Mimo dokładnego czyszczenia zawsze w szczelinkach udaje się coś znaleźć.
Ostatnio trafiła się nam sprawa, w której identyfikowaliśmy... drzewo. Policja znalazła pod dębem zwłoki. Denat w zaciśniętej pięści trzymał kilka dębowych liści. Prokurator chciał koniecznie ustalić, czy to liście z tego dębu, pod którym zwłoki znaleziono, czy też z zupełnie innego. I myśmy to ustalili. Akurat kilka dni wcześniej przeczytałem pracę, w której opisywano test do identyfikacji dębów. Badanie nie było tanie - ok. 4 tys. zł - ale pozwoliło jednoznacznie zidentyfikować drzewo "zamieszane" w zbrodnię.
I to był ten dąb? - Tego nie mogę zdradzić, bo sprawa jest jeszcze w toku.
Są sprawy tajemnicze, jak choćby zabójstwo generała Papały, które od lat nie doczekały się wyjaśnienia. Czy genetyka sądowa mogłaby tu pomóc? - Nie wiemy. Ślady biologiczne, takie jak np. niedopałki zebrane na miejscu zdarzenia, pozostają w gestii policji. Nas o ich przebadanie nie proszono. To zresztą jest kolejny problem. W wielu specjalnościach kryminalistycznych nie ma niezależnego laboratorium, które wykonywałoby ekspertyzy w sprawach, w których
policja jest stroną.
Wróćmy na bezpieczny teren technologii... Jak duża musi być próbka, żeby dało się ją w sposób bezsporny zidentyfikować? - Dziś wielkość praktycznie nie ma znaczenia. Kiedy 20 lat temu zaczynaliśmy naszą kryminalistyczną przygodę, do wyodrębnienia DNA potrzebowałem plamy krwi wielkości talerzyka. Współczesne metody są o wiele czulsze. Gdybyśmy dysponowali takimi w czasach tragedii w kopalni Wujek, nie byłoby problemu z ustaleniem, kto do kogo strzelał i z jakim skutkiem. Wystarczyłoby sprawdzić, jaką broń komu wydano, a następnie zbadać pociski (pod kątem balistycznym, ale także pod kątem biologicznych śladów, jakie na nich zostały po przejściu przez ciało ofiary), by ustalić, który policjant postrzelił którego górnika.
W którymś z odcinków CSI mimo braku możliwych do identyfikacji odcisków palców śledczym udało się zidentyfikować sprawcę na podstawie indywidualnej flory bakteryjnej pozostawionej na miejscu zbrodni. Czy to rzeczywiście możliwe? - Tu już wkraczamy w sferę filmowego science fiction. Teoretycznie taka identyfikacja jest możliwa, tyle że... nie zostałaby dopuszczona w sądzie, bo jest metodą jeszcze zbyt mało rutynową.
To znaczy, że nie ma wartości dowodowej? Jak to właściwie jest z tą wartością dowodową analiz kryminalistycznych, w tym i tych DNA? - Cóż, metoda jest dobra, ale zależy, w czyich rękach. To trochę tak jak z naprawą samochodu - w jednym warsztacie zrobią na tip-top, a w drugim spaprzą robotę. Tym ważniejsze są doświadczenie, rutyna i regularna atestacja laboratorium, zwłaszcza w przypadku próbek mieszanych. W dowodach rzeczowych można znaleźć całe bakteryjne zoo, trafia się też DNA zwierzęce jako domieszka.
Druga rzecz to kwestia interpretacji wyniku. Są tacy, którzy mówią: ważna jest tylko pełna zgodność! Profil DNA w jednej i drugiej badanej próbce ma być taki sam, to znaczy w obu porównywanych próbkach znajdujemy dokładnie to samo. To tak, jakbyśmy porównywali dwa różne zdjęcia tej samej osoby. Ale to sytuacja idealna, rzadko spotykana. W praktyce często wystarcza, jeśli w próbce dowodowej jest cały profil, z którym ją porównujemy, wszystkie sprawdzane cechy. Nieważne, że jest tam "coś jeszcze", czasem nawet bardzo dużo "czegoś". Taki wynik można porównać do wyłuskiwania poszukiwanego z tłumu widocznego na zbiorowej fotografii.
Ale to znaczy, że jeśli "dowodowe zoo" jest wyjątkowo bogate, to można je omyłkowo dopasować do więcej niż jednej osoby? - To możliwe, choć mało prawdopodobne. Do eliminacji fałszywie pozytywnych wyników służą metody biostatystyczne porównujące m.in. prawdopodobieństwo tego, że znaleziony profil należy do jednej osoby, z tym że można go "złożyć" z cech wielu różnych, przypadkowych osób. Jeśli pierwsza sytuacja jest np. 16 razy bardziej prawdopodobna od drugiej, to prawie na pewno mamy sprawcę.