Bartoszewski usłyszał zapewnienie, że szefowa Związku Wypędzonych zostanie odsunięta od wpływu na "widoczny znak" - muzeum wypędzonych, które niemiecki rząd chce zbudować w Berlinie. To zwrot w trwającym od dziesięciu lat sporze o to, jak Niemcy mają upamiętnić powojenne deportacje rodaków.
Słuchając Steinbach, ma się wrażenie, że to nie Niemcy wywołali wojnę, a prześladowcami są Polacy i Czesi, narody, które były ofiarą nazizmu.
Angela Merkel wielokrotnie zapewniała, że w "widocznym znaku" historia nie będzie zniekształcana. Teraz te słowa brzmią bardziej wiarygodnie.
Udało się osiągnąć kompromis, bo w obu krajach rządzą politycy, którym zależy na dialogu. Nigdy wcześniej polski premier nie spotykał się z kanclerzem Niemiec tak często. A szefowie dyplomacji Radosław Sikorski i Frank Walter Steinmeier, choć wywodzą się z rozbieżnych nurtów politycznych, to znajdują wspólny język.
Jednak w obu krajach są politycy, którzy próbują wykorzystać polsko-niemieckie rachunki krzywd do własnych celów. W Niemczech to działacze Związku Wypędzonych, którzy misję Bartoszewskiego określili jako bezczelne mieszanie się kraju, który niegdyś wypędzał Niemców, w sprawy wewnętrzne.
W Polsce to politycy, którzy zagrywają stereotypem "złego Niemca". Niegdyś była to wizytówka polityki zagranicznej rządu PiS. Ostatnio po ten chwyt sięgnął Jan Maria Rokita, tłumacząc, dlaczego wyprowadzono go w kajdankach z samolotu Lufthansy. Historia ostatnich lat uczy, że w stosunkach polsko-niemieckich instrumentalizować można dosłownie wszystko. Jak długo jeszcze?