Jedyne, co Władimir Putin przywiózł w ostatni weekend z Berlina, to Order Wdzięczności. Władze Saksonii uhonorowały byłego agenta KGB w NRD za zasługi dla... rosyjsko-niemieckiej wymiany kulturalnej.
Ale w sprawie gazu premier Rosji wrócił z niczym. Liczył, że Niemcy wezmą stronę Kremla w rosyjsko-ukraińskim konflikcie. I przyśpieszy on budowę Gazociągu Północnego. Podczas spotkania z Angelą Merkel - opowiadają nam niemieccy dyplomaci - Putin perorował o Ukraińcach, że to złodzieje. Kanclerz patrzyła w sufit.
Potem powiedziała, że nie interesuje jej, kto jest winny, lecz to, że rosyjski gaz nie płynie na Zachód. A to może Rosję i Ukraińców sporo kosztować. Podobnie na konferencji prasowej. Gdy o Gazociąg Północny spytał rosyjski dziennikarz, Merkel go zbyła.
Niemieccy dyplomaci mówią, że Rosja ich przeraziła. Słowacja i Bałkany zostały na dwa tygodnie odcięte od gazu. A UE nie mogła im pomóc.
Niemcy chcą teraz za unijne pieniądze rozbudować połączenia między krajami Wspólnoty. Gdyby Rosjanie znów zakręcili kurek, wschód Unii dostałby gaz z Afryki Płn. i Norwegii. Unia budowałaby też zbiorniki i decydowała o wielkości zapasów gazu (bułgarskie wyczerpały się błyskawicznie). Miałaby też wesprzeć budowę terminali gazu skroplonego (np. w Świnoujściu) oraz przyspieszyć budowę gazociągu Nabucco, którym do Europy płynąłby gaz kaspijski.
Gdy w 2006 r. Gazprom pierwszy raz przykręcił kurek Ukrainie, podobne rozwiązania proponował rząd Marcinkiewicza. Ale wtedy Berlin je odrzucił jako antyrosyjskie (nie podobał mu się termin "energetyczne NATO").
Dziś słyszę w Berlinie, że nigdy jeszcze Rosja (Ukraina też) nie miała tak fatalnej opinii. Że Niemcy zrozumiały, do czego prowadzi uzależnienie się od jednego dostawcy gazu.
Polscy i niemieccy dyplomaci powinni zbierać sojuszników. I przekonywać opornych. Bo Francja (energetyka jądrowa) czy prorosyjskie Włochy nie będą się kwapić do finansowania rurociągu do Słowacji.