Dziś jest na to szansa dzięki raczkującej w Polsce tak zwanej diagnostyce preimplantacyjnej.
Para decyduje się na zapłodnienie in vitro. Lekarze przygotowują kilka zarodków. Gdy te osiągną stadium kilku komórek, z każdego wyjmują jedną z nich i sprawdzają. Jeśli wszystko jest w porządku, jeden lub dwa zdrowe zarodki umieszczają w macicy. A za kilkanaście tygodni, dla pewności, inni specjaliści przeprowadzają badanie prenatalne rozwijających się płodów.
To nie teoria. Takie badanie przeprowadzono niedawno w warszawskim Instytucie Psychoneurologii. Potwierdziło ono, że rozwijające się dzieci pewnej pacjentki są zdrowe i wszystko skończyło się szczęśliwie.
Jutro - dzięki prawu, jakie chce w Polsce przeforsować poseł Jarosław Gowin - takich happy endów nie będzie. Każdy zarodek - zdrowy czy chory - zasługuje na taki sam szacunek i taki sam los - twierdzi poseł. Co zatem zrobić, by nie wybierać zdrowych embrionów? Zapobiec tworzeniu chorych. Jak? Zabronić dostępu do in vitro obciążonym genetycznie parom.
Gratuluję panu posłowi wspaniałej inicjatywy. Do tej pory atakowałem pana na tych łamach za niefrasobliwość i niewiedzę. Teraz dostrzegam jednak złą wolę. Masz niedobre geny - zapomnij o posiadaniu dzieci albo ródź chore.
Przypomina mi to pamiętne stwierdzenie wiceministra zdrowia za rządów Belki - Rafała Niżankowskiego. "Jeśli ktoś ma złe geny - jego strata" - oznajmił w Brukseli.
Po naszym komentarzu z dnia na dzień stracił funkcję. Ale to był przejściowy rząd Belki. Dziś mamy stabilny rząd Donalda Tuska.