Autor zabiera nas w siedem podróży autostopowych po świecie: od Ukrainy, poprzez Hiszpanię i Turcję aż po Syrię. Kierunki (może poza Syrią) nie są szczególnie egzotyczne, żadne rekordy nie są bite, nie ma spektakularnych przygód A jednak książka wciąga, głównie dzięki postaci narratora - Szczasny jest doktorem filozofii, dogmatycznym autostopowiczem i fanatykiem wolności bez grosza przy duszy (pięciotygodniowa turecko-syryjska eskapada kosztowała go 450 zł!). Ten współczesny Diogenes (odwiedza Synopę, a jakże), który gardzi nie tylko pięciogwiazdkowymi hotelami, ale nawet młodzieżowymi hostelami czy prywatnymi kwaterami, woli oglądać przed snem "TV Niebo", a w Damaszku wysypia się świetnie na centralnie położonym cmentarzu. Współczesny filozof, podobnie jak jego starożytny poprzednik, ze świecą szuka prawdziwego człowieka i odnajduje go między hiszpańskimi narkomanami, na damasceńskim targowisku, wśród ubogich tureckich pastuchów. Na kartach książki przewija się galeria ciekawych typów, których by nie spotkał, gdyby podróżował inaczej: polscy kierowcy tirów, czarnogórscy policjanci, Albańczyk udający Duńczyka itd.
Szczasny unika sztampy przewodnikowych opisów. O turystach (i o sobie) w popularnym tureckim Oludeniz pisze np. tak: "Zbędny tu zbytek i potrójnie zawyżone ceny. Nie pasuję tu. Tak samo jak popołudniowa opalenizna wielu europejskich turystek, uformowana kształtami górnych części ich strojów kąpielowych, nie pasuje do wcięć w ich wieczorowych sukniach".
W książce Szczasnego czytelnik znajdzie wiele praktycznych porad dotyczących takiego diogenesowego podróżowania: jak spakować się do małego plecaka na pięciociotygodniową eskapadę, gdzie spać, a gdzie lepiej tego nie robić, jak jeść za darmo, jak zrobić dobre zdjęcie.
W drugiej części książki "Po drodze, czyli trochę idei i techniki" przedstawia swoje "słuszne poglądy na wszystko", w tym "filozofię podróży", polemizując z Leszkiem Kołakowskim, wyjaśnia metafizykę autostopu. W tej eseistycznej części, bardzo ciekawej i nieraz zmuszającej do myślenia, irytuje mnie (obecne także we wcześniejszych partiach książki) przekonanie autora o posiadaniu monopolu na prawdę. Miejscami Szczasny pryncypialnie krytykuje ludzi podróżujących kamperem, beztroskich plażowiczów czy zaprzysięgłych domatorów, którzy (według niego) nie mają pojęcia o świecie, są przesyceni stereotypami i gnuśni, "zewnątrzsterowni". Ja też kocham
podróże, uważam je nawet za rodzaj przyjemnego obowiązku, ale nie potrafiłbym tak ostro krytykować ludzi mających inne cele życiowe, inne zainteresowania. Wszak Immanuel Kant, najwybitniejszy filozof XVIII w., nigdy w życiu nosa nie wyściubił poza rogatki rodzinnego Królewca, a Kartezjusz wyrzekł się ksiąg i podróży, by odnaleźć prawdę w sobie, w swoim "Myślę, więc jestem...". Mam wrażenie, że Szczasny potrafiłby Kantowi czy Kartezjuszowi powiedzieć: "Dobra, dobra, zostawcie te księgi, pióra i pulpity, nie nudźcie, tylko ruszcie ze mną".
Leszek Szczasny: "Świat na wyciągnięcie ręki", Racibórz 2010, s. 287