Z Whitiangi do Klifów Szekspira jest mniej niż godzinę pieszo (tyle samo co samochodem). Wystarczy dojść do przystani promu na południowym krańcu głównego miasteczka regionu Mercury Bay, przepłynąć nim wejście do zatoki Whitianga (ok. 200 m szerokości, jak Wisła pod Kiezmarkiem) i przespacerować się dwa kilometry szosą. Dojdziemy do zatoki Flaxmill i restauracji Eggsentric, blisko której zaczyna się wiodący pod górę szlak.
*** Szlak prowadzi do punktu widokowego. Tabliczka na niewielkim obelisku informuje, że w listopadzie 1769 r. w zatoce zacumował HMS "Endeavour" kapitana Jamesa Cooka. Żeglarz przybił do brzegu i spędził tu wraz załogą dziesięć dni, by obserwować przejście Merkurego przez tarczę słoneczną, co miało istotne znaczenie dla ustalenia dokładnej pozycji geograficznej nowego lądu (ćwierć wieku wcześniej odkrywca Nowej Zelandii Holender Abel Tasman nie naniósł na mapę jej dokładnego położenia, sądził zresztą, że dotarł do Ameryki Południowej).
Prawdę mówiąc, miejsce, w którym Cook zakotwiczył statek, znajduje się trochę dalej, na wschodnim końcu Cook's Beach (plaży nazwanej jego imieniem), koło estuarium - szerokiego, lejkowatego ujścia rzeki Puranga. Pewnie jednak w ciągu tych dziesięciu dni kapitan znalazł chwilę, by obejrzeć okolicę z najlepszego tu punktu widokowego.
Gdy Cook wchodził na Klify Szekspira w wysokich po kolana skórzanych butach, trzymając w dłoni zdobiony piórem kapelusz, zamiast wystrzyżonego jak w angielskim parku trawnika na szczycie wzgórza była tylko wyrąbana w buszu ścieżka. Ale na lewo, na prawo i na wprost, podobnie jak dziś rozpościerał się widok na Zatokę Merkurego zamkniętą w uścisku półwyspów, bielejących od strony podgryzającego je morza, a lesistych z wierzchu. Tu i ówdzie parę wysp czy wyrastających z wody skał, a dalej otwarte wyjście na błękitny bezmiar Pacyfiku, po którym ćwierć milenium temu przypłynął brytyjski żeglarz z misją od Admiralicji, by odnaleźć Terra Australis Incognita.
Dziś też widać żagle jachtów. Z tej odległości wydają się ledwie przesuwać, jednak ostry kąt, pod jakim są nachylone, pokazuje, że tam, w dole, musi nieźle dmuchać. Z buszu dobiega dziwny, trochę zgrzytliwy i ostry śpiew ptaka tui - miodojada, nieco przypominającego kosa, z charakterystyczną kępką białych piórek na szyi. Rosnące na nadmorskim urwisku drzewa pohutakawa wyglądają jak gigantyczne połówki ciemnozielonych kalafiorów, z równo rozrośniętymi czaszami gałęzi. Teraz, w listopadzie, dopiero zaczynają się przyprószać purpurą kwiatów. W pełni rozkwitną w grudniu i dlatego mówi się na nie Christmas tree - drzewa bożonarodzeniowe.
Samochodem do Klifów Szekspira szybciej się nie dojedzie, bo najpierw trzeba objechać wąską i długą zatokę Whitianga wciskającą się kilkanaście kilometrów w głąb lądu i biegnącą u podnóża stromych, gęsto porośniętych lasem gór. W ogóle większość półwyspu Coromandel to takie góry-pagóry. Nie giganty, bo największe nawet szczyty nie sięgają 900 m, ale ten prawie kilometr wznosi się w niebo w linii prostej tylko 10 km od morza. Jak obrazowo mówi Sławomir Stoczyński, nasz konsul w Nowej Zelandii, to trochę tak, jakby Bałtyk zalał Podhale i tylko Tatry wystawały z toni.
*** Po co zresztą jechać do Klifów Szekspira, jeśli można do nich dojść? Jeśli jechać, to już lepiej odwiedzić dwie perły Zatoki Merkurego - Cathedral Cove i Hot Water Beach (w linii prostej kilkanaście kilometrów z Whitiangi).
Najpierw Cathedral Cove - poniżej wysokiej, skalistej ściany klifu niebieściutkie morze jak z pocztówki i złocista plaża. A raczej dwie, przegrodzone skalną ostrogą, w której wiatr i fale wycięły wysokie na kilkanaście metrów przejście ze sklepieniem łukowatym niczym wnętrze katedry - stąd nazwa Cathedral Cove, czyli Zatoczka Katedralna. Przejście łączy dwie plaże, ale wygląda, jakby łączyło ze sobą nasz świat z jakąś całkiem inną rzeczywistością. W tej zresztą roli Cathedral Cove "zagrało" w "Opowieściach z Narnii" - jako brama prowadząca do innego świata. W tym "innym świecie" widać przez łukowaty otwór piaszczysty brzeg, wyrzucony przez morze konar drzewa, pianę fal i położoną tuż przy brzegu kilkudziesięciometrową białą skałę z czapą zieleni na ostro ściętym wierzchołku. Nawiasem mówiąc, to czysty wulkaniczny pumeks. Widać, że skała jest miękka, bo jej wynurzająca się podczas odpływu podstawa jest znacznie węższa od części położonej ponad wodą. Jeśli mamy szczęście i odrobinę samozaparcia, i pojawimy się w Cathedral Cove o ósmej rano, zanim dotrą tu inni turyści, możemy mieć cały ten widok na wyłączność. Możemy przysiąść na piasku, patrzeć, jak niskie jeszcze słońce odbija się od morza, rozświetlając skalną "katedrę", i czekać, czy tam, po drugiej stronie tego tunelu w czasie i przestrzeni pojawi się James Cook, dzieci z Narnii, czy może Piotruś Pan we własnej osobie.
Do Cathedral Cave można podpłynąć kajakiem od strony morza, ale warto dojść od strony lądu. Droga z parkingu na północno-wschodnim krańcu Hahei wiedzie po stromym zboczu, gęsto porośniętym paprociami, bukami, buszem, no i przede wszystkim drzewami puriri, z szerokimi jak dłoń liśćmi i charakterystycznymi ciemnoróżowymi kwiatami o czterech mięsistych płatkach z czterema dużymi pręcikami. Po drodze można zajrzeć do dwóch innych zatoczek albo po prostu podziwiać roślinność i słuchać szmeru spływających ku morzu strumyków.
Warto jeszcze przejechać się do nieodległej Hot Water Beach (Plaża Gorącej Wody), gdzie najważniejsza jest saperka i pora odpływu. Jeśli ktoś nie zabrał łopatki z Polski, za 2 nowozelandzkie dolary (w sezonie podobno 4) można ją pożyczyć w sklepie dla surferów przy nadbrzeżnym parkingu. Przed sklepem wystawiona jest też tablica z godzinami przypływów i odpływów (co można sprawdzić wcześniej na stronie
www.mercurybay.co.nz ).
*** Jeśli ktoś (jak niżej podpisany) przyszedł za wcześnie, gdy odpływ dopiero się zaczyna, to nic nie szkodzi. Można pospacerować po długiej na kilka kilometrów plaży, która na samym końcu zawija się ku błękitnemu niebu alpejską łączką, zamkniętą ścianą iglaków. Na łączce stoi dom, też całkiem alpejski, z białym drewnianym balkonem odbijającym się barwą od czerwonobrunatnych ścian. Można zajodłować - fale są dziś spore, morze szumi, obciachu nie będzie, nikt nie usłyszy.
Łąkę i lokatorów domu oddziela od plaży płytki po kolana strumień. Dałoby się przejść, ale jakiś nieapetyczny, z podejrzenie brązową wodą, jak w Krutyni, gdy tuż przed Uktą przepływa przez pastwiska. Wracamy więc w stronę parkingu, tam, gdzie wydmy ustępują miejsca głazom zwężającym plażę na odcinku kilkuset metrów. W miejscu tego zwężenia znajduje się główna atrakcja, która w szczycie sezonu potrafi zgromadzić nawet 300 osób - gorące źródła, przesączające się z głębokości 120 m, a podczas odpływu wychodzące na parę godzin na powierzchnię tuż przy brzegu. Zabawa polega na tym, żeby wykopać saperką dołek, a potem wsadzić doń co się zmieści - nogi, pupę, albo i całego turystę. Dołek trzeba wykopać w miejscu strategicznym, tak żeby zmieszała się w nim woda morska (w listopadzie 17 stopni C) z wodą napływającą z ziemskich głębin (ponad 60 stopni). Za dużo wody morskiej - zimno, za dużo tej z piekielnych czeluści - można się poparzyć.
Jest już późne popołudnie. Słońce, przesuwające się tu, na południowej półkuli, z prawej na lewą, chowa się za grzbietami gór. Zaczyna się przypływ i wykopane w piasku dołki zalewają fale. Mewa dominikańska (Larus dominicanus), której krzyk przypomina płacz kota, podskakuje w pobliżu, dziobiąc pozostawioną przez kogoś połówkę pomarańczy. Od morza wieje chłodny wiatr. Pora zbierać się do domu. Najpierw do motelu w Whitiandze, a jutro rano do Polski.
Warto wiedzieć Do Nowej Zelandii nie ma z Polski bezpośrednich lotów. Trzeba lecieć np. przez Londyn, Zurych, Frankfurt, Helsinki, Amsterdam, a stamtąd do Hongkongu, Singapuru, Bangkoku i dalej do Auckland - w sumie ponad 30 godz., bilet w obie strony - 5-6 tys. zł. Stamtąd na Coromandel dojedziemy wynajętym samochodem w ok. 2,5 godz. Wypożyczalni jest mnóstwo, potrzebne jest międzynarodowe prawo jazdy, a w każdym razie prawo jazdy z angielskim tłumaczeniem (w wypożyczalni nikt tego nie sprawdza, ale wyrozumiałość policji nie jest gwarantowana). W Whitiandze mieści się Visitor Information Centre - można zarezerwować pokój, zamówić wycieczkę, itp. - czynne siedem dni w tygodniu, w weekendy i święta zamyka się wcześniej,
www.whitianga.co.nz Przykładowe ceny: wynajęcie samochodu klasy Toyoty Corolli na tydzień - ok. 50 dol./dzień (1 dolar nowozelandzki = ok. 2 zł); obiad w barze w Whitiandze (pieczona jagnięcina, pieczony patat, duszone warzywa, kieliszek czerwonego wina) - 27; obiad w barze sushi w Auckland - 35; nocleg w motelu w Whitiandze - 100 (bungalow z sypialnią, living roomem i kuchnią z pełnym wyposażeniem, może tu mieszkać rodzina z dwójką dzieci
Przed wyjazdem warto się skontaktować z polskim biurem podróży Green Lite Travel Marii i Bogusława Nowaków, od lat mieszkających w Nowej Zelandii:
www.greenlitetravel.co.nz/POLISH_MAIN.htm Polska ambasada w Wellington:
www.wellington.polemb.net