Poniedziałek. Włoska Genua. Nasz autokar parkuje w porcie (jechaliśmy tu ponad 20 godz. z Katowic). Do zaokrętowania zostało trochę czasu, ruszamy więc na krótki spacer po mieście. Na starówkę idzie się stąd zaledwie kilkanaście minut...
MSC (Mediterranean Shipping Company) "Sinfonia", którym w ciągu tygodnia przepłyniemy zachodnią część Morza Śródziemnego, oglądamy na razie tylko z daleka. Wygląda niczym ogromny blok. Pływający kurort robi wrażenie: 251 m długości i 9 pokładów, ponad 1,5 tys. pasażerów. Jego matką chrzestną - podobnie jak innych statków linii MSC - jest Sophia Loren. Przed wejściem na pokład każdy ma robione zdjęcie i dostaje elektroniczną kartę z imieniem i nazwiskiem, numerem kajuty, a nawet numerem stolika, przy którym będzie jadł kolacje.
Wnętrza przypominają elegancki hotel, ale atmosfera swobodna. Dobrze czują się tu zarówno niemieccy emeryci, rozbawieni włoscy piłkarze, jak i rodziny z małymi dziećmi. Najmłodszy pasażer ma zaledwie parę tygodni.
Z recepcji jedziemy windą na pokład nr 8 Bach (wszystkie mają muzyczne nazwy, jest też m.in. Beethoven i Mozart). Nie od razu udaje się znaleźć naszą kajutę nr 8137. Korytarz jest bardzo długi, ma kilka wyjść do wind i aż do końca rejsu będziemy się gubić w tych zakamarkach.
Sama kajuta jest niewielka, 13 m kw. (suite - ponad 20), ale bardzo wygodna. Dwa łóżka i dodatkowe miejsce do spania pod sufitem (rodzaj składanej kuszetki). Jest łazienka z prysznicem, telewizor, lodówka. Na stole codzienna gazetka pokładowa - dowiemy się z niej, o której godzinie zawiniemy do portu, jakie stroje obowiązują podczas kolacji, w których barach są promocje drinków...
Nasze bagaże dotrą trochę później (przyniesie je obsługa), więc wciąż nie możemy się przebrać. Tymczasem nadchodzi pora lunchu w samoobsługowym La Terrazza Buffet na pokładzie 11. Można jeść na świeżym powietrzu albo pod dachem. Do wyboru pizze, mięsa, sałatki. Nas kuszą półmiski pełne świeżych ananasów, pomarańczy i melonów. Nawet nie patrzymy w stronę deserów (w autobusie pilot opowiadał o skrzypku z Polski, który po kilkumiesięcznej pracy na statku utył kilkanaście kilogramów!).
Tuż obok La Terrazza dwa baseny, brodzik, jacuzzi, leżaki. Pokład nie jest zadaszony, ale osłaniają go dookoła wysokie szyby (bywa, że na otwartym morzu mocno wieje). Woda w basenach jest bardzo słona - okazuje się, że pompują ją z morza.
Słychać głośną syrenę - znak, że opuszczamy port. Pasażerowie zbierają się na pokładzie, robią zdjęcia, a my idziemy na pyszne espresso do Capri Baru. Po chwili wracamy do kajuty po kamizelki ratunkowe - rozpoczynają się obowiązkowe ćwiczenia z ewakuacji. Pojawiają się fotografowie, którzy będą nam towarzyszyć do końca rejsu. Ich zdjęcia można oglądać w galerii na jednym z pokładów, no i kupić.
Życie na "Sinfonii" odmierzają godziny posiłków. Pora przebrać się do kolacji. Tę - jak wyczytałam na elektronicznej karcie - mamy jadać w restauracji Galeone przy stoliku. W dwóch turach - wszyscy by się naraz nie zmieścili. Potrwa około godziny, mile widziane eleganckie stroje (jak się okaże, wcale nie ujrzymy pań w wieczorowych sukniach, a większość panów będzie w T-shirtach).
Galeone to stylowe, przestronne wnętrza, stoliki z wygodnymi krzesłami i fotelami, wytworni kelnerzy. Mam wrażenie, że jestem we wspaniałej włoskiej restauracji. Tylko spore fale za oknem przypominają, że jesteśmy na statku. Wybieramy z karty przystawki, sałatki, zupy, makarony, dania główne i desery - najwyborniejsze specjały all'italiana. Mnie najbardziej smakuje talerz serów z winogronami i krakersami.
Jesteśmy już na pełnym morzu, ale - o dziwo - prawie wcale nie czuć kołysania.
*** Wtorek. Z okna kajuty piękny widok na Monte Carlo - hotele i wille przytulone do górskich zboczy. Zaraz można będzie zejść na ląd, więc biegniemy na szybkie
śniadanie. Wszystko jest smaczne (bufet) prócz kawy z automatu. Nie szkodzi, przecież zawsze można wypić w barze pyszne espresso.
Zbieramy się przy recepcji. Dopiero teraz widać, jak wiele osób z nami płynie. Są nawet rodziny z niemowlakami, sporo ludzi starszych. Pewnie nigdy nie wybraliby się na objazdową wycieczkę z codzienną zmianą hotelu i nieustannym pakowaniem się...
Ponieważ "Sinfonia" jest zbyt duża, by wpłynąć do niewielkiego portu Monte Carlo, udajemy się tam na łodziach. To nie najlepszy moment na zwiedzanie miasta - za parę dni zaczyna się wyścig Formuły 1. Wszędzie pełno dźwigów, stawiane są potężne kraty odgradzające ulice, na których będą ścigać się bolidy, trudno się przecisnąć.
Czasu mamy niewiele, ale oglądamy najważniejsze miejsca: słynne kasyno wybudowane w drugiej połowie XIX w., a potem zdyszani wdrapujemy się na wzgórze z pałacem księcia Monako. Jest tu mnóstwo turystów, bo trafiamy akurat na zmianę warty.
Wracamy na statek, gubiąc po drodze część polskiej grupy. Przez godzinę czekamy z niepokojem, czy wrócą. Kapitan przesunie wypłynięcie co najwyżej o kilkanaście minut, spóźnialscy musieliby sami dotrzeć do następnego portu. Na szczęście nasze zguby wracają ostatnią łodzią.
Popołudnie spędzamy na basenie. Dzisiejsza
kolacja to zarazem galowy wieczór powitalny, trzeba włożyć wieczorowe stroje. Na stole m.in. wędzony łosoś, rosół z owoców morza, pieczone perliczki.
Zaglądamy do kasyna. Jednoręcy bandyci są oblegani, co chwilę ktoś wygrywa. Ale to tylko zabawa, prawdziwa gra toczy się przy stole do ruletki. Niektórzy siedzą tam do białego rana. Dziś statkiem kołysze mocniej. Już wiemy, dlaczego na korytarzach są poręcze - można się ich przytrzymać w drodze do kajuty.