Serce zostało w... Staram się nosić serce przy sobie i nigdzie go nie zostawiać. Tam skarb mój, gdzie serce moje...
Niezapomniany dzień miał miejsce, gdy... wprowadziłem się do
mieszkania w Budapeszcie, w którym spędziłem kolejny rok, pisząc książkę. I gdy zrozumiałem, że nazajutrz nie idę do pracy, lecz na bazar przy ulicy Fény kupować melony i paprykowaną kiełbasę, a potem do kąpieliska Lukács moczyć się w gorących źródłach.
Ciekawe, że... na początku XXI w. to miasto w swojej strukturze wciąż jest XIX-wieczne. Że przeszłość wygrywa w nim z przyszłością, a jednocześnie nie jest ono wypucowanym skansenem, lecz współczesnym żyjącym organizmem. Gdybym mógł na chwilę przenieść się w czasie, to chciałbym znaleźć się w Budapeszcie około roku 1900, kiedy stawał się światową metropolią, gdy wspaniale rozwijała się węgierska literatura i życie artystyczno-kawiarniane. Polecam najnowszy 102. numer "Zeszytów Literackich" poświęcony właśnie Budapesztowi 1900 roku. Jeśli ktoś przeczyta zamieszczone w nim cudowne, melancholijne opowiadania Gyuli Kr dyego, na pewno także zapragnie przenieść się sto lat wstecz.
Najlepsze wakacje spędziłem w... Chyba w Szkocji i Irlandii, kiedy mało kto słyszał tam o Polsce, a w pubach (nawet w Dublinie) naprawdę mylono Poland z Holland. Jeśli ktoś już coś wiedział, to tyle, że Polska była dzielną ofiarą II wojny światowej. Jak sądzę, w ciągu ostatnich paru lat to się zmieniło.
To była w pewnym sensie wycieczka literacka, bo jak można być w Dublinie i nie myśleć o Joysie? Przeczytałem właśnie fascynujący literacki przewodnik "Dublin z Ulissesem" Piotra Pazińskiego i obrazy powróciły. Nie tylko motywy "Ulissesa" i Muzeum Joyce'a, ale także pamięć o prawdziwej irish coffe wypitej na Temple Bar, po której chodziłem po ścianach i nie mogłem opanować telepania przez resztę dnia.
W Polsce lubię... warszawski Mokotów, bo to moja dzielnica. Tu się urodziłem, chodziłem do szkół, po różnych międzydzielnicowych wędrówkach wróciłem i czuję, że jestem u siebie. Mam swój warzywniak, kiosk, lokalną knajpę i gigantyczne stada wron zrywające się o zmierzchu z okolicznych drzew.
Podróżuję z... reisefieber. Zawsze, kiedy wyjeżdżam, towarzyszy mi to dziwne uczucie mrowienia w rękach, połączenie niepokoju i podniecenia.
Mój ulubiony hotel... Nie mam takiego. Jeśli będę takowy miał, to znaczy, że nie powinienem już ruszać się z domu. Ale najmilsze wspomnienia mam z pensjonatu Bock w miejscowości Villányi. To nieduże miasteczko blisko granicy chorwackiej jest stolicą węgierskiego wina, a Bock to jeden z najlepszych tamtejszych winiarzy. Na piętrze są pokoje gościnne, a na dole restauracyjka, piwniczka i świetny sklep z winem.
Poza tym czasami mieszkam w domach znajomych, którzy zostawiają mi klucze. Nie zapomnę starego domu w słoweńskim Piranie, tuż nad morzem - rano można było wyjść z kubkiem herbaty wprost na brzeg. Klucze dała mi piękna słoweńska tłumaczka mieszkająca w Polsce. Dziękuję ci, Maszo!
Niebo w gębie poczułem w... Szkocji. Dokładnie na wyspie Skye. To była zupa z owoców morza. Z jakich? Nie wiem, bo kelnerka powiedziała, że tradycyjnie nie informuje się o tym konsumentów. Z pewnością były w niej jakieś ryby i mule. To jedno z najniezwyklejszych doznań kulinarnych w moim życiu, bardzo ważne dlatego, że dopiero od tego czasu stałem się amatorem owoców morza. Wcześniej trochę się nimi brzydziłem. To było osiem lat temu i teraz już staram się, gdziekolwiek jestem, testować zupy rybne.
Na wyprawę zawsze zabieram... książki, których potem nie czytam. Jeśli wracam z nieprzeczytanymi książkami, to znak, że wakacje były udane.
Nigdy więcej nie powrócę do... Trzeba byłoby być szaleńcem, żeby powiedzieć, że coś w naszym życiu nigdy nie zdarzy się już na pewno...
Wkrótce będę w drodze do... szpitala. Muszę zoperować sobie prawą rękę, którą połamałem w drobiazgi na rowerze w Belgii. Było to dwa lata temu i od tamtego czasu mam w niej cztery gwoździe. Czas je wyjąć. Poza tym właśnie wróciłem z Francji i chwilowo nigdzie się nie wybieram. Na razie pielęgnuję wspomnienia normandzkich plaż i klifów, gotyckich katedr i smak cydru oraz muli w sosie z calvadosem w miasteczku Fecamp. We wrześniu czeka mnie prawdopodobnie krótki wyjazd do Rumunii, a na wiosnę przyszłego roku planuję kolejny dłuższy wyjazd na Węgry. Chyba trzeba będzie znów popisać trochę o tym kraju...
Wymarzony cel podróży... Pewnie banalny, ale Portugalia. Jest w moim ciągle niespełnionym wyjeździe do tego kraju coś z fatum, jakie wisi nad bohaterem sztuki Zoltana Egressyego pt. "Portugalia" właśnie. W sztuce tej 40-letni budapeszteńczyk usiłuje uciec ze stolicy Węgier do wymarzonego kraju, zobaczyć bezkres oceanu, poczuć wolność, zapomnieć o pracy i nudnym życiu. Ale jego wyprawa tragicznie się nie udaje. Uciekinier zatrzymuje się w prowincjonalnej węgierskiej karczmie, tam komplikuje sobie życie uczuciowe, a potem z poczuciem klęski wraca do stolicy Węgier. Tak jest ze mną. Jadę do tej Portugalii i wciąż nie mogę dojechać.