Podróżując dwa miesiące samotnie po Chinach - od Tybetu (to podobno też Chiny), przez Syczuan, Junan aż po Makau i Hongkong, przetestowałem wszelkie środki lokomocji w tym rejonie. Od rikszy, po dziwne pojazdy mechaniczne na trzech kołach zwane taksówkami, zaprzężone w konie czy osły, po samochody terenowe, busy, busiki i minibusiki, promy, statki i wodoloty, pociągi, metra i samoloty.
*** Samolot to nuda. Jeśli wystartuje i wyląduje, to nie ma o czym mówić, chyba, że leci się z Lhasy w Tybecie. Właścicielka hoteliku koło Park'or ani myśli obudzić mnie o 5.15 rano, żebym zdążył na autobus odjeżdżający o 6 z nowej (okropnej) chińskiej części miasta. To nie jej interes. Czarną nocą w Tybecie jest zimno jak diabli, niezależnie od pory roku, zwłaszcza w styczniu. Złapać taksówkę czy jakikolwiek pojazd, to jak wygrać w totka. Objuczony dwoma plecakami, skurczony z zimna, drałuję na miejsce zbiórki przez starą Lhasę, potem pod pałacem Potala, błyskającym bielą na tle rozgwieżdżonego nieba, pod machającymi mi przyjaźnie na pożegnanie flagami modlitewnymi. Wciskam się do pierwszego autobusu South West China Airlines, który odstawił nas przed ósmą pod bramę zamkniętego lotniska i odjechał z powrotem do Lhasy. Ok. 50 osób tupało w ciemnościach na 15-stopniowym mrozie, aż obsługa lotniska łaskawie otworzy drzwi. Zlitowali się ok. 8.15, mimo że cały czas kręcili się w środku. W budynku lotniska herbata po 20 juanów, czyli 10 zł (na mieście zjemy
obiad za 10 juanów) - dobrze, że miałem ze sobą pełny termos. Potem jeszcze parę zmyłek z godziną odlotu, a ruch jak na peronie Gosiewskiego - dwa samoloty na dzień. Wylecieliśmy ok. 11.
*** Autobusem jest ciekawiej. Z centrum Chengdu (Syczuan) na dworzec autobusowy dotarłem rikszą (najpewniejszy środek lokomocji). Potem zaczęły się schody. Na wielkim, suchym jak pieprz klepisku (wokół kolorowe reklamy 20 x 40 m) terkocze dieslami kilkadziesiąt lokalnych autobusów. Niektóre wyjeżdżają, inne przemieszczają się w zrozumiałym tylko dla tubylców systemie. Biegam między nimi, usiłując wypatrzyć na tabliczkach koło kierowcy chińskie znaki zbliżone do tych, które mam w przewodniku, oznaczające miasto Leshan. Gdy je dostrzegam, wpadam do autobusu i pytam kierowcę: - Leshan? Patrzy na mnie dziwnie, więc pokazuję "krzaczki" w przewodniku. Uśmiecha się skośnymi oczami, szczerzy zęby i wskazuje ruszający już z miejsca inny autobus. Gramolę się przez wąskie drzwi, wypadam przed maskę wskazanego pojazdu i szeroko rozkładam ręce. Zdziwiony Chińczyk zatrzymuje pojazd. - Leshan? - krzyczę. Mina jak u poprzedniego. Pokazuję przewodnik. Szczerzy zęby. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Tym razem dobrze. Opadłem na ceratowe siedzenie. Po tym, jak dosyć szybko znalazłem transport do Leshan, wydawało mi się, że podróż po Chinach to będzie bułka z masłem. Zmieniłem zdanie już w Leshan. Wysadzili mnie nie tam, gdzie chciałem, wsadzili nie do tego hotelu i w dodatku nikt nie mówił po angielsku (jedyne, co słyszałem, to: "Hallo!").
Ściemnia się, mży, ok. 10 stopni. Od posiłku w samolocie nic nie jadłem, więc maszeruję główną ulicą w poszukiwaniu knajpki. Ruch, zgiełk, neony, otwarte na ulicę sklepy i sklepiki z chińską tandetą, migającymi telewizorami, butiki znanych firm, banki i knajpki. Decyduję się na coś pomiędzy ulicznym sprzedawcą a knajpką (pod dachem, ale otwarta na ulicę). Zamówiłem trzy przysmaki w jednej zupie. Do tego ostra jak brzytwa przyprawa w osobnym pojemniczku, miska z ryżem i zielona herbata. Przysmaki z zupy wyrzuca się na ryż, miesza z przyprawą i zasuwa pałeczkami. Gości z ulicy szybko przybywało, bo trafiła się nie lada atrakcja - biały facet walczący ze spadającym z pałeczek jedzeniem! Nauczycieli i śmiechu było co niemiara. Ale z głodu nie umarłem, zapłaciłem 5 juanów.
Nazajutrz wyruszyłem do Bank of China, by wymienić czek podróżny. Pokazują mi kartkę z angielskim tekstem: "Przepraszamy, ale czeki podróżne realizuje nasz bank przy ulicy..." (tu chińska nazwa). Na migi każę sobie napisać ją na kartce i pokazać na mapie i za 2 juany (1zł) biorę rikszę. W znalezionym przez rikszarza oddziale mówią po angielsku! Załatwione! Tą samą rikszą jadę do umówionego wcześniej hotelu. W recepcji proponują mi bezpłatnie (!) przewodnika w ramach nauki języka angielskiego - okazało się, że to dziewczyna. Ta sama, z którą wczoraj telefonicznie utargowałem cenę pokoju - za 50 juanów miałem prysznic i
śniadanie gratis.
Śniadanie: zupa mleczna ryżowa bez mleka, orzeszki w sosie własnym, jakieś kiełki, jajko na twardo w skorupce przekrojone na pół wydłubywane do nie-zupki (tak robili sąsiedzi) plus dwie kluseczki (jakby na parze) na zimno. Herbatę z herbatnikami zafundowałem już sobie w pokoju.
Po tej dygresji wracam do autobusu, tym razem nocnego - sleeping bus. Odległości w Chinach są spore, więc podróżowanie nocą to dobre rozwiązanie. Jechałem z Dali (Junan) do Kunming. Bilet kupiłem w małym biurze turystycznym, zapewniono mnie, że autobus jest nowy. Wieczorem (odjazd ok. 21) przed biurem czekała umówiona Chinka (wyglądała na mniej niż 10 lat!), która labiryntami uliczek miała doprowadzić mnie na dworzec autobusowy na peryferiach miasta. Doszliśmy do autobusu, ona nisko się pokłoniła i pognała z powrotem (wcisnąłem jej do rączki 5 juanów). Autobus oczywiście był wiekowy, zapakowany do granic wytrzymałości ludźmi, tobołami i zwierzętami. Co nie zmieściło się w środku, lądowało na dachu. Na mój widok (180 cm wzrostu i dwa plecaki) kierowca złapał się za głowę, ale jakimś cudem wepchnął duży plecak do ledwo domykającego się luku i wskazał miejsce do leżenia. Kuszetki ustawione były piętrowo w kierunku jazdy, po dwie na każdym piętrze po obu stronach autobusu. Środkiem biegł korytarz okupowany przez niezliczoną liczbę dzieci, kur i zwierząt. Miałem miejscówkę od korytarza, ale sąsiad wskazał mi miejsce przy oknie. Zająłem niemal dwie trzecie powierzchni przeznaczonej dla nas dwóch. Gdy się wyciągnąłem, po zdjęciu butów moje stopy dotykały głowy sąsiada z przodu, a ten z tyłu miał nogi na mojej głowie. Kiedy w końcu ruszyliśmy, zrozumiałem, dlaczego mój sąsiad wolał spać od strony korytarza - przez nieszczelne szyby tak wiało, że najpierw założyłem czapkę, potem opatuliłem się kurtką i dziurawą derką (na stanie), w końcu zawiesiłem na oknie polar. Około piątej w nocy pobudka - policja sprawdza bagaże i dokumenty, dwóch tubylców przymusowo wysiada. Przed świtem lądujemy na dworcu autobusowym w Kunmingu. Kurz i mgła, ruch jak w ulu. Nie wiem jak, ale znalazłem dworzec kolejowy. Przed kasami tłumy. Nie pozostało mi nic innego jak zaatakować z flanki. Moją przewagą była masa i dwa wielkie plecaki, ich - doświadczenie w boju. Zasadnicze starcie nastąpiło po pół godzinie w pobliżu zakratowanego okienka. Już wyciągam w stronę znudzonej panienki przewodnik z krzaczkami "Shi Lin" (Kamienny Las), gdy nagle pod moim prawym ramieniem naciera Chińczyk, nad lewym (uczepionym żelaznej kraty) do kasy sięga inny. O nie! Rozpieram, zajmując całe okienko. Pokazuję przewodnik i wyduszam: - Shi Lin. Panienka patrzy na przewodnik, na mnie, uśmiecha się i mówi łamanym chińsko-angielskim: - Nie ta kasa! Obok za rogiem.
Tam, prawie bez kolejki, kupiłem bilet na pustawy pociąg turystyczny, w którym podróż umilała grupka folklorystycznie ubranych Chinek, tańczących i śpiewających ludowe piosenki.
*** Pociągiem podróżuje się ciekawie i wygodnie. Na dworcu w Emei (koło buddyjskiej świętej góry Emei Shan) wywołałem popłoch wśród młodych bileterek, gdy po angielsku chciałem uzgodnić m.in. godzinę dotarcia do Lijang (wysiadając z kuszetki chciałem złapać poranny autobus). Jedna z nich, kiwając non stop głową, sprzedała mi bilet. Jako, że Chiny to społeczeństwo bezklasowe, nie ma pierwszej i drugiej klasy. Są "twarde" i "miękkie" kuszetki. Wybrałem tańszą. Wbiłem się w na trzecie (ostatnie) piętro - trochę ciasno i nisko, ale, jak się okazało, lepsze to od najniższego łóżka. Chińskie rodziny spacerują bowiem po pociągu, a gdy się zmęczą, siadają. Najwygodniej jest na najniższej kuszetce, bo jest dosyć duża. Delikatnie popychają pod ścianę śpiącą osobę, sadowią się rządkiem na skraju łóżka, wyciągają termos i wałówkę, i niespiesznie pałaszują kolację czy śniadanie. Jeszcze chwilę pogadają, pośmieją się... i idą dalej.
Dotarłem do Panzhihua (Jinjiang) o drugiej, a miało być nad ranem. Wyjście w czarną noc na wielki dworcowy plac rozświetlony jedynie światłami dziesiątków poruszających się w nieładzie pojazdów zjeżyło mi włosy na głowie. Jak w tym bałaganie znaleźć autobus do Lijang? Zagaduję jednego Chińczyka, potem drugiego. Usiłują mi pomóc, ale nie bardzo się rozumiemy. Wyciągam przewodnik, w świetle reflektorów pokazuję "krzaczki". Jest, ale z dworca autobusowego na drugim końcu miasta. Wciskają mnie do taksówki, wrzucają plecak do bagażnika. Cenę (10 juanów) uzgadniam z kierowcą na migi. Dorzuca do auta trzech pasażerów i możemy jechać. Po dobrej półgodzinie, minąwszy place budów, ogromną inwestycję mostową poza centrum i ze dwa centra miasta, robię się nerwowy. Gdzie, do licha, jedziemy? Wreszcie jest - budowla w stylu wczesnego komunizmu, wielki szary hol, pseudomarmurowe kolumny i niedomykające się aluminiowe drzwi. Wyciągam 10 juanów, ale kierowca nie wyciąga plecaka. Pokazuje mi dychę i pięć palców. Jeszcze pięć? Ok. Nie! Pięćdziesiąt! Kłócimy się z pięć minut. Muszę mu dać, bo uparty Chińczyk nie odda plecaka. Wkurzony, siadam na plastikowej ławie. Za stołami, załadowanymi niewiarygodną ilością towarów, śpią na kartonach i łóżkach polowych babcie, którym nie opłaca się zwijać interesu na noc. Jest ok. trzeciej, pierwsze autobusy ruszają o siódmej. W tym momencie na dworzec wchodzi trzech niewyraźnych młodzianów, wiek: 15 do 20 kilku lat. Liche ubrania, trampeczki, kaptury na wytartych czapkach z daszkiem. Mimo, że dworzec jest pusty, dwóch siada koło mnie, starszy krąży wokoło. Czuję się niepewnie. Usiłuję rozładować sytuację, częstując najmłodszego cukierkiem. Bez reakcji. Starszy zatrzymał się za mną. Coś się święci. Wtem na dworzec z hukiem wpada śniady chłopak - kruczoczarne długie włosy, skórzane spodnie, zachodnia kurtka. Wali prosto do mnie. Odsuwa jednego z chłopaków, rzuca na kafelki wielki wojskowy worek amerykański i zagaduje, dokąd jadę. Okazuje się, że jest Tybetańczykiem, właścicielem małej firmy turystycznej na granicy prowincji Junan i Tybetu. - Przypilnujesz mi gratów? - pyta. Wraca po chwili. - Jest tu hotelik dla kierowców, za 5 juanów możemy przekimać do rana. Masz autobus o 7.15, ja o 8, obudź mnie, gdy będziesz wychodził. Kładziemy się na sąsiednich łóżkach w wieloosobowej pustej sali i długo rozmawiamy. Budzi mnie dźwięk mojej komórki. - Do zobaczenia w wolnym Tybecie. Do zobaczenia.
Schodzę na dół do holu. Moi trzej "prześladowcy" siedzą grzecznie na ławkach, czekając na autobus. Chora wyobraźnia Europejczyka wychowanego na telewizji strachu i przemocy, na osiedlowych podwórkach, bojącego się własnego cienia zrobiła swoje. A świat, a szczególnie Azja, jest przyjazny, otwarty, daleki od nieuzasadnionej niechęci.