Na Przylądek Igielny (Cape Agulhas), najbardziej na południe wysuniętym przyczółku kontynentu afrykańskiego, spotykają się dwa oceany: ciepły Indyjski od wschodu i zimny Atlantycki od zachodu. Tu kończy się Afryka.
Na dworcu kolejowym w Cape Town, wyczytując z mapy, że tory kolejowe biegną do Bredasdorp (ok. 200 km stąd) w pobliżu przylądka, proszę o bilet do tego miasteczka. Okazuje się, że pociągi tam nie dojeżdżają. To może chociaż do Caledon w połowie drogi? Też nie. Mogę dojechać do Strand, kilkadziesiąt kilometrów od Cape Town. - A co potem? - pytam. - Są taksówki.
Kupuję więc za kilkanaście randów bilet pierwszej klasy i za godzinę wysiadam w gorącym, pustawym miejscu. Łapię minibusika i pytam o Bredasdorp. Czarny kierowca tylko łapie się za głowę. No to chociaż do turystycznego Hermanus nad oceanem... Nie ma mowy, może mnie zawieźć poza kursem, prywatnie, ale za 500 randów (dzielimy przez 2,5, 3, czyli ok. 200 zł). Chyba zwariował od upału... Łapię następną, to samo. Pytam więc, jak mam się dostać do Hermanus (w połowie drogi na Przylądek Igielny), bo autobusy tam też nie kursują. Odpowiedź jest jedna - autostop.
*** Podrzucają mnie na główną drogę życząc dużo szczęścia. Na kartce papieru mazakiem piszę wielkie "Hermanus" i czekam w towarzystwie murzyńskiej rodziny machającej leniwie w stronę nadjeżdżających pojazdów. Już po 15 minutach zatrzymuje się ciężarówka. W szoferce czarno od ludzi, na pace dwóch chłopaków, którzy pomagają mi wtaszczyć się tam z dwoma plecakami. Ruszamy. Wyciągam kamerę, by nakręcić szaloną jazdę i piękne widoki na góry zamykające turkusowo-błękitną zatokę, ale tak trzęsie i wieje, że nie wiem, co łapać najpierw: czapkę, notes czy inne słabo przytroczone elementy mojego ekwipunku. Niezła jazda!
Pod Hermanus łapię taksówkę-minibusika i za 5 randów dojeżdżam na targowy ryneczek miasteczka. Jest kierunkowskaz na plażę i do informacji turystycznej - pełna kultura. Pytam o najtańszy nocleg - 95 randów w sali wieloosobowej w hostelu Hermanus Backpackers (www.capeagulhasbackpackers.com). Dzwonią, potwierdzając wolne miejsce, i... cena spada do 80 randów.
Główną ulicą z knajpkami, sklepami, bankami, bankomatami, a nawet kafejką internetową docieram na peryferia, gdzie ulokował się hotelik z basenikiem w patio. Zostawiam plecaki i zmykam na miasto, czyli na słynną Cliff Path, kilkunastokilometrową ścieżkę nad oceanem. Od czerwca do listopada widać stąd dziesiątki przepływających wielorybów - przybywają tu, by się rozmnażać. To najlepsze miejsce na świecie do ich obserwacji. W połowie listopada, czyli w czasie, gdy tu jestem (tutejsza wiosna, początek lata), wieloryby już odpływają. Ale zobaczyłem kilka sztuk baraszkujących w błękitnozielonych wodach Walker Bay. Ogarnęło mnie dziwne podniecenie, podobnie jak grupkę turystów wypatrujących tych ssaków z małych platform widokowych. Dźwięki, jakie wydają wieloryby, przenoszone przez mikrofony usytuowane pod wodą przy bojach Zatoki Walkera, można usłyszeć w małym muzeum portowym.
Inną atrakcją jest nurkowanie z rekinami w Gansbaai, na drugim końcu zatoki (kilkugodzinna przygoda - ok. 800 randów). Delikwenta opatulonego w piankowy ubiór płetwonurka wsadza się do metalowej klatki i zanurza w oceanie. Rekiny zaś nęci się świeżym mięsem w okolicach klatki Spotkanie murowane!
*** Rano szybkie
śniadanie (w cenie pobytu) i już stoję w cieniu jedynego drzewa na drodze wylotowej do Bredasdorp. Po kilku minutach zatrzymuje się pikap i podrzuca mnie do Stanford (jedna trzecia trasy), potem
samochód osobowy kolejne 50 km - na drogę Caledon - Bredasdorp - L'Agulhas. Idzie jak z płatka, ale wysiadam w szczerym polu. Tylko wielkie pola uprawne i góry w tle.
Po kwadransie siedzę na pace małego pikapa, który prowadzi Wayne, mieszkaniec Cape Town. Jedzie z kumplem zabawić się (jest sobota) gdzieś nad ocean, ale po drodze chcą zaliczyć Przylądek Igielny. Dociera do mnie zapach palonej trawki - chłopaki już się bawią. W kolejnej wiosce kupują piwo, popijają w szoferce i gnają dalej. Trzymam się coraz mocnej burt podskakującego na wybojach samochodziku. Uff, jest tablica: "L'Agulhas". Przelatujemy między kilkoma domkami rybaków, kilkudziesięcioma większymi letniskowymi knajpkami. Lotem błyskawicy mijamy latarnię morską na cyplu i wpadamy na szutrowy dukt, by 800 m dalej zatrzymać się na małym parkingu. Nie ma tu widowiskowych klifów, ale ocean, a właściwie dwa oceany, przepiękny. Potężne białe fale rozbijają się o kamieniste wybrzeże, nad głową błękitne niebo. Wita nas obelisk z napisem w języku afrikaans i angielskim: "U is nou op die mess suidelike punt van die vasteland van Afrika-Kaap/Cape L'Agulhas. You are now at the southern-most tip of the continent of Africa".
Wracam do wioski na piechotę w poszukiwaniu noclegu. Bed & breakfast jak na lekarstwo i wszystkie zajęte. Pytani ludzie natychmiast łapią za telefon i dzwonią do znajomego b&b czy innego miejsca - nie ma nic. Podsuwają mi guest house Tip of Africa (www.agulhassouthafrica.co.za). Jest wolny pokój, ale łóżko kosztuje 350 randów - utargowałem do 250. Pokój z widokiem na ocean i śniadaniem nie do przejedzenia. Postanawiam zostać tu kilka dni, zwłaszcza że po długich targach cena spada do 150 randów za noc.
W smażalni ryb L'Agulhas Seafood za 40 randów dostaję znakomitą świeżą rybę yellow tie (w całości ma z 1,5 m długości) i piwo. Wracam na Cape Agulhas, by przy zachodzącym słońcu pogadać z kormoranami siedzącymi na szczytach skał i podziwiać wędkarzy walczących z morskimi falami.
*** Nazajutrz długi spacer plażą do portu w sąsiedniej wiosce Struisbaai, gdzie chmara czarnych dzieci kąpie się, wywołując radosny harmider. Derick, właściciel Tip of Africa, przewodnik turystyczny i myśliwy, zabiera mnie land cruiserem na wycieczkę po Cape Agulhas National Park. Wspinamy się piaszczystą drogą na szczyt pobliskiego wzniesienia, z którego widać całą okolicę, oceany i największy zbiornik słodkiej wody w tym rejonie RPA - jezioro Soetendals Vlei. Gromadzi się nad nim ocalała, kiedyś nadzwyczaj liczna zwierzyna (ostatniego hipopotama odstrzelono tu ok. 1820 r.). Derick pokazuje wydmowe tereny, gdzie mieszka plemię Khoi Khoi, i opowiada o liczących po 50 osób rodzinach zamieszkujących tereny nadmorskie, zajmujących się hodowlą, rybołówstwem i łowiectwem. Nieco dalej w głąb lądu usadowili się San Songna, buszmeni przybyli z innych rejonów Afryki, polujący nad jeziorem. Opowiada o planach rozbudowy Parku i sprowadzeniu zwierząt, które kiedyś zamieszkiwały te tereny. Pokazuje mi wrak statku sterczący tuż przy brzegu, którego pijaną załogę w całości wyłowiono, natomiast tony mrożonego tuńczyka poszły na pożarcie rekinom. Zawozi mnie na 28-kilometrową białą plażę w Struisbaai. Na jej skraju stoją dwa krzyże zasypanych piaskiem grobów. Pokazuje stare domki rybackie i nowe osiedle, gdzie kształty domów przypominają te tradycyjne, rybackie.
Jeszcze wizyta w latarni morskiej (wstęp, łącznie z małym muzeum, 15 randów), z niewielką restauracją i kawiarnią (danie dnia 35 randów), potem w galerii z tysiącami pamiątek z Cape Agulhas i u malarza, który swoje marynistyczne dzieła wystawia przed skrzyżowaniem chaty z małym pawilonem. Ruszam do odległego o kilkadziesiąt kilometrów Arniston, wioski pełnej białych, krytych głównie strzechą chat rybackich, którą w całości uznano za zabytek.
*** Po Arniston i okolicy oprowadza mnie Jacoba, przewodniczka (zamieszkałem w jej bed & breakfast Die Opstal, 150 randów za noc, www.deadduck.co.za/ads/opstal). Ale najpierw jedziemy aż za Bredasdorp, do rodzinnej farmy niemieckiej familii Human, jednego z pierwszych osadniczych gospodarstw w tym rejonie założonego w 1750 r. Całe tereny Overbergu wokół Bredasdorp to ciągnące się w nieskończoność pola uprawne i pastwiska dla bydła i owiec, w tym sławnych merynosów.
Wracamy do miasta, gdzie Jacoba zostawia mnie w Shipwreck Museum (wstęp 10 randów) mieszczącym się w dawnym kościele. Oprócz skarbów wydobytych z rozbitych statków można tu zobaczyć urządzenie domu z epoki kolonializmu czy ogród z potężnym fiskusem.
Potem Jacoba zawozi mnie do kilku miejsc, w których produkuje się i sprzedaje fantastyczne afrykańskie wyroby, m.in. piękną, niezwykle fantazyjnie malowaną ceramikę (niestety dość droga, duży talerz na owoce 400 randów, kubek - 50). Wiele z nich, np. Intshiba Crafts, zatrudnia bezrobotnych Afrykanów, którzy często sami tworzą nowe niezwykłe wzory. Artystyczną trasę kończymy w Kapula Candles, wytwórni ręcznie zdobionych świec. Spacer między dziesiątkami regałów i tysiącami wielobarwnych świec to uczta dla oczu i nosa (niektóre są zapachowe). Z głośników sączy się taneczna
muzyka afrykańska, a kolorowy barek zaprasza do wypicia kawy w bajecznie zdobionej filiżance. Trudno się oprzeć (7,5 randa, www.kapulacandles.com).
Po zakupach w Bredasdorp (w Arniston jest tylko jeden - krótko otwarty i drogi - sklep) wracamy do wioski. Jacoba wprowadza mnie do kilku malowniczych, choć biednych chat rybaków, głównie z ludu Khoi Khoi.
*** Główną atrakcją tego miejsca są nadbrzeżne groty, do których można się dostać tylko podczas odpływów. Następnego dnia rano ruszamy więc na wycieczkę klifowym wybrzeżem, pełnym urwisk, zatoczek, grot i skał, o które z hukiem rozbijają się oceaniczne fale. Kończymy ją w otwartej przez odpływ potężnej, dwukomorowej jaskini. Widok na ocean z jednego otworu, a na wybrzeże z drugiego, poprzez fontanny rozbryzgujących się fal jest niezapomniany.
Jacoba namawia mnie na mały trawers wzdłuż ścian klifu, nad zalewanymi wodą skałami, by zajrzeć do groty od strony otwartego oceanu. Nasza wycieczka znacznie się przedłużyła - zaczął się przypływ, więc część trasy pokonaliśmy z wodą w butach. Jednak warto było mimo fal wlewających się nawet za kołnierz!