Szwedzka Laponia już po raz drugi stała się celem naszej wakacyjnej podróży. W 2006 r. zrobiłyśmy pętlę Abisko - Kebnekaise - Nallo - Visttas - Abisko, w większości Szlakiem Królewskim (Kungsleden). Tym razem przeszłyśmy przez Sarek, najdzikszy park narodowy Szwecji, ustanowiony w latach 1909-10. Na zbliżonej do koła powierzchni blisko 2000 km kw. skupiona jest większość (ok. 200) najwyższych szczytów Szwecji, niemal 100 lodowców, głębokie doliny i rozległe płaskowyże, meandrujące rzeki i Rapadalen, delta rzeki Rapa, uznawana za największą i najpiękniejszą w Europie. Sarek to także cztery mosty (tylko!), brak schronisk, chat, szałasów i oznakowanych ścieżek, najwyższy w rejonie poziom opadów i... niewielu turystów.
*** Startujemy 8 sierpnia z Warszawy i po niecałych 24 godzinach podróży (kolejno: samolotem, pociągiem, autobusem) jesteśmy w Kebnats, jednej z kilku osad przy drodze z Gällivare do Ritsem, ponad 100 km za kołem podbiegunowym. Stąd, za jeziorem, które pokonujemy motorówką, wyruszamy na Szlak Królewski prowadzący na południe wzdłuż wschodniej granicy parku - trzymamy się go dwa dni.
Od tej strony są dwa wejścia do Sarku. Jedno z rejonu chaty górskiej Sitojaure, skąd motorówką można dotrzeć do saamskiej wioski Rinim u progu doliny Pastavagge. Drugie bezpośrednio do Rapadalen z chaty Aktse nad jeziorem Laitaure. Ok. 1 km przed Aktse od Szlaku Królewskiego odchodzi ścieżka na szczyt Skierfe. To nasza droga. Koniecznie chcemy zobaczyć deltę ze szczytu i, podążając przez góry, zejść do Rapadalen przed ograniczającym ją od północy masywem Stuor Skoarkki. Przebieg trasy przez góry mamy narysowany flamastrem na odbitce mapy. Jej kluczowe punkty, na podstawie przewodnika po Sarku autorstwa Claesa Grundstena (tylko po szwedzku), wskazał nam zaprzyjaźniony Szwed Terho Paulsson.
Nieopodal drogowskazu na Skierfe rozbijamy namiot i schodzimy (ok. 1/2 godz.) do chaty Aktse. Dwaj turyści, weterani wędrówek po Sarku, kręcą głowami na nasze plany, zapowiadając brak ludzi na trasie i trudności orientacyjne, szczególnie podczas przekraczania zagłębionych w wąwozach rzek.
W nocy pada, rano gęsta mgła, widoczność 5-6 m. Ruszamy po śniadaniu, trzymając się ścieżki ledwo widocznej wśród krzewinek, porostów i traw. We mgle nie zauważamy Skierfe (spotykamy szwedzką rodzinę, która z tego powodu nie odnalazła szczytu). Ścieżka w trawiasto-skalnym terenie jest coraz mniej wyraźna. Za pomocą kompasu,
GPS i mapy usiłujemy ustalić, gdzie jesteśmy. Przekraczamy bez trudu płaskie, rozlane strumienie i rzeczkę. Płynie na północ - dziwne! Za rzeczką rozbijamy namiot. Mgła i pada.
*** Rano zaskoczenie - widać góry. Zatoczyłyśmy koło, na szczęście niewielkie. Rzeczka płynie jak trzeba, na południe, to nasz kierunek był zły - musimy ją przejść jeszcze raz. W dole wyłania się z mgły delta. Wpatrzone w narysowaną na mapie kreskę podążamy na północny zachód, trawersując od południa rozległy płaskowyż. Zbocze strome a ścieżka (wydeptana przez renifery?) co chwila niknie.
Przed nami próg głębokiego skalnego wąwozu, którym płynie rzeka. Dalej nie da się iść. Zejście ze zbocza jest karkołomne, bardzo strome, choć trawiaste. Postanawiamy więc wciągnąć się do góry na płaskowyż - też bardzo stromo, trzeba lawirować pomiędzy skałami. Z emocji nie czujemy plecaków (po blisko 18 kg). Wreszcie stok nieco się pochyla, można odetchnąć.
Przez złomiska skalne, bagienka i trawy podążamy konsekwentnie na północny zachód. Po drodze trzy rzeczki (miała być jedna!). Przekraczamy je bez problemu - na szczęście nie pada, na niebie coraz więcej błękitu, poprawia się widoczność. Z daleka widać Nammasj - szczyt, od którego też można zacząć wędrówkę, dolatując doń helikopterem; można również ruszyć od jego podnóża, dokąd dwa razy dziennie dociera motorówka z Aktse.
Znajdujemy płaski kawałek terenu nieopodal wody i rozbijamy namiot. Wokół pasą się renifery.
*** Nazajutrz ochoczo ruszamy dalej. Przed nami bród. Woda bystra, szeroka na 6-7 m. Wyjście na wąski brzeg po progu skalnym, dalej wysokie zbocze. Rzekę przechodzimy kolejno (w sandałach) w wielkim napięciu. Trzeba zachować spokój i nie wolno się przewrócić. Do sondowania dna i utrzymania równowagi wykorzystujemy kijki trekkingowe. Przeszłyśmy. Wyciągamy się prawie na czworakach po stromym, trawiastym zboczu. Na zielonym płaskowyżu pasą się renifery, zachwyca rozległy widok w głąb doliny Rapadalen w kształcie litery U.
Kusi oznaczona na mapie Renvaktarstuga (chata ziemna). Jeśli ją odnajdziemy, będzie można coś ugotować i zjeść pod dachem. Pięknie, ale ani śladu ścieżki. Schodzimy ku dolinie, co chwila przecinają nam drogę potoki i zarośla. Zostawiamy plecaki na ogromnym głazie i szukamy miejsca na nocleg. Rozbijamy namiot w osłoniętym od wiatru zagłębieniu, wokół mnóstwo jagód. Ruszamy jeszcze ku rzece, ciągle mając nadzieję na odnalezienie chaty. Ale mało widoczna ścieżka prowadzi przez coraz bardziej podmokły, grząski teren. Poddajemy się i wracamy.
*** Pogodny poranek, w pobliżu mały renifer porykuje na matkę. W sandałach przechodzimy w bród coraz liczniejsze strumienie, grząskie mokradła i stojące wody. Ścieżka to ginie, to znów się pojawia. Przedzieramy się przez krzaki, obchodzimy głazy i wreszcie sukces: jest chata! Kompletna ruina - robimy zdjęcie i ruszamy dalej.
Nieoczekiwanie pojawia się zaznaczona na mapie ścieżka. Przyspieszamy. Nie przerażają nas nawet podmokłe łąki porośnięte sitowiem. Spotykamy pierwszego od trzech dni turystę. Idzie z kołatką - czyżby na niedźwiedzie?
Przed nami dopływ Rapy. Wartka, mętna woda spod lodowca, na zakolu wysoki brzeg. Przechodzimy kolejno. Widać białą kreskę spienionego nurtu następnej rzeki. Może być ciężko. Dziś to ostatnia poważna przeprawa. Zimny masaż działa ożywczo na stopy.
Ścieżka prawie po płaskim, ale parę razy ją gubimy. Dolina się zwęża, potężne zbocze Stuor Skoarkki zbliża się do rzeki. Zmierzamy do zamkniętego szałasu oznaczonego na mapie, w jego okolicy należy skręcić na północ. Po kilkunastu kilometrach trudnej drogi rozbijamy namiot przed kolejnym bagienkiem.