Pierwszy telefon do Poznania, gdzie mieści się siedziba pozarządowej organizacji Jeden Świat, i pierwszy kubeł zimnej wody. Z Polski nikt jeszcze nie jechał tak daleko - Czechy, Węgry, Hiszpania, ale Nepal?
Pod koniec sierpnia przychodzi odpowiedź: Jadę! W tym czasie o Nepalu przeczytałam wszystko, co wpadło mi w ręce. Potem już tylko długie załatwianie biletu lotniczego (można tam dolecieć tylko Austrian Airlines i Qatar Airlines, i to tylko raz w tygodniu, bilet kosztował ponad 3 tys. zł). Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu.
Gap year - czas na przerwę! więcej w serwisie GazetaEdukacja.pl!
>
*** Chwilę po wylądowaniu w Katmandu jechałam dżipem do hotelu przez ciemne miasto. Kiedy rano obudziłam się sama w pokoju, nie wiedziałam nawet, która godzina. Wzięłam głęboki oddech i zapuściłam się w wąskie uliczki Thamelu, centrum turystycznego miasta. Było gwarno, kolorowo, pachniało Azją, owocami, kurzem, zwierzętami. Po chwili obok mnie pojawiło się dwóch nastolatków - Gopal i Abinash, którzy zostali moimi przewodnikami po mieście.
Gdy powiedziałam, że jeszcze dziś muszę jechać do Panauti (40 km od Katmandu), zaproponowali, że pojadą ze mną - przecież nie znam drogi i mogę się zgubić.
Na dworcu w Panauti czekał na mnie przedstawiciel Service Civil International (SCI), który pokazał, gdzie mogę zostawić bagaż. Czekając na dalszy rozwój wydarzeń, postanowiliśmy obejrzeć miasteczko. Obeszliśmy je w ciągu godziny, wdrapując się na pobliskie wzgórze, gdzie stacjonowało wojsko. O zmierzchu pożegnałam się z moimi przewodnikami. Niebawem poznałam Francuzkę Camille - okazało się, że w skład międzynarodowego obozu wchodzić będziemy tylko my dwie. Zbliżały się święta. Kto w takim okresie wyrusza na drugi koniec świata, żeby uczyć w nepalskiej szkole i grać z dziećmi z zośkę?
Następnego dnia wydano na naszą cześć uroczystą kolację z udziałem nauczycieli, dostojników i przedstawicieli SCI, którzy mieli się nami opiekować.
Jak uczniowie i studenci zarabiają latem? przeczytaj w serwisie GazetaEdukacja.pl!
>
Przez kolejne dni odnawiałyśmy szkołę, w czym pomagali nam miejscowi chłopcy i wioskowy malarz. Pracę rozpoczynaliśmy ok. 9 rano, a już po godzinie chłopcy ogłaszali, że czas na przygotowanie obiadu. Posiłki przyrządzaliśmy na skonstruowanej naprędce kuchence (butla gazowa i wok), za kuchnię służyła jedna ze szkolnych sal. Obiad wypadał zazwyczaj w przerwie między zajęciami szkolnymi, a ponieważ dzieci uczyły się, choć w szkole był remont, zaglądały by popatrzeć, co i jak jemy, i przy okazji porozmawiać. To właśnie czas spędzony z nimi wspominam najmilej.
Początkowo nieufne, dość szybko oswoiły się z nami, często podchodziły, zagadując lub po prostu uśmiechając się, zapraszając do wspólnej zabawy. W zośkę nie miały sobie równych!
*** Kolejnym naszym zadaniem było opracowanie programu lekcji o prawach człowieka (głównie dzieci) i przeprowadzenie ich w kilku miejscowych szkołach. W Katmandu była jedna publiczna szkoła (klasy ok. 40-osobowe) i kilka prywatnych (nie więcej niż 15 dzieci w klasie). Zdarzało się, że zaplanowane na 45 minut lekcje trwały nawet dwie godziny - w połowie po angielsku, w połowie w nepali, którego nie znała żadna z nas. Ale nieznajomość języka nigdy nie była problemem - Sushil, Anil lub Punya (nasi pomocnicy, uczestnicy obozu) w każdej chwili służyli pomocą jako tłumacze.
Lekcje i spotkania z dziećmi były niesamowite. Ale jakże ciężko mówić o prawach dzieci w kraju, gdzie ponad 25 proc. z nich nie chodzi do szkoły, pięciolatki pracują, by pomóc rodzicom, a za zabawki służy rowerowa dętka lub gwóźdź!
Wakacje za free, czyli wolontariat na starym kontynencie przeczytaj w serwisie GazetaEdukacja.pl!
>
Lekcje były też świetną okazją, by poćwiczyć angielski, z czego wszyscy skrzętnie korzystali, zasypując nas mnóstwem pytań: "Gdzie jest Polska? A Francja?", "A macie góry?", "Ile masz lat? "23 i jeszcze nie jesteś mężatką? Biedactwo", "Ile masz rodzeństwa? Tylko jednego brata?! Oj ".
W Nepalu, gdzie przeciętne rodziny liczą po 5-8 dzieci, budziło to największe współczucie, ale znalazło się rozwiązanie: kilka dziewczynek zadeklarowało, że będą moimi siostrami; mam się tak do nich zwracać, a one do mnie. W ten sposób zyskałam pięć młodszych sióstr. Po moim powrocie do Polski korespondowałyśmy przez kilka miesięcy, wysyłając sobie aktualne fotografie. To miło mieć dużą rodzinę...
*** Dwa cudowne tygodnie w Panauti minęły o wiele za szybko. Do Katmandu wróciłam 31 grudnia, w sylwestra, spacerowałam pustymi nocnymi ulicami. Samolot powrotny do Polski miałam dopiero za dwa tygodnie i postanowiłam wykorzystać ten czas na
podróże. To jedna z największych zalet wolontariatu - można połączyć pracę społeczną z odkrywaniem nowego świata, poznawaniem kuchni i miejscowej kultury. W niedalekich Indiach przebywał akurat mój kolega - jemu też marzył się Nepal, więc razem wyruszyliśmy w podróż. Odwiedziliśmy Pokharę, skąd himalaiści atakują ośmiotysięczną Annapurnę. Wędrowaliśmy po wioskach, żegnając dzień zachodem słońca z widokiem na Himalaje i oblewając moje urodziny nepalskim piwem Mount Everest. Pojechaliśmy na wschód do Nagarkhot, skąd w bezchmurny dzień można podobno dojrzeć najwyższy szczyt świata. Pogoda nam nie dopisała, ale spędziliśmy mile popołudnie w towarzystwie mnicha i mniszki z Tajlandii, którzy przebywali na naukach w stolicy.
Praca za język, język do pracy więcej dowiesz się w serwisie GazetaEdukacja.pl!
>