Dzwoni budzik. Przeciągam się pod moskitierą, wdycham ciepłe powietrze wpadające przez uchylone okno. Biorę szybki prysznic i wkładam codzienny mundur: kolorowy strój kąpielowy, krótkie spodenki, koszulkę i bluzę, bo wciąż może być chłodno. Za drzwiami bananowce kołyszą się w rytm wiatru, niebo różowieje. Wsiadam na rower i pedałuję w stronę miasteczka. Po drodze mijam palmy i małe domki.
Wakacje za free, czyli wolontariat na starym kontynencie przeczytaj w serwisie GazetaEdukacja.pl!
>
Pojawiają się pierwsze promienie wschodzącego słońca. Po chwili jestem w "centrum" - na głównej uliczce, przy której stoją najważniejsze budynki wyspy: wszystkie sklepy, szkoły, kawiarenki. Powoli budzą się do życia. Staję przy małej budce - to jedyny właśnie otwarty sklepik. Kupuję kilka bułek cynamonowych i już jestem w szkole. Gdy zaparzam kawę, dochodzi szósta, przybywają Jennifer i Dan.
Wkrótce zjawiają się nasi klienci - dwanaście osób. Sprawdzam dokumenty i wydaję sprzęt. Kapitan odpalił już silnik, wsiadamy na łódź. Opowiadam o zasadach bezpieczeństwa i o planie dnia. Z Danem popłynie czterech studentów, ze mną - ośmiu doświadczonych nurków. Jennifer odczepia liny i zostaje na brzegu, za chwilę poprowadzi lekcje teoretyczne.

Płyniemy przez krótki kanał, przeciskamy się pod mostkiem i już jesteśmy na morzu. Dziś nurkujemy na północnej stronie wyspy, podróż zajmie ok. 40 min. Siadam na dachu łodzi i wyjmuję bułki. Zapach cynamonu i kawy miesza się z ciepłym wiatrem, Morze Karaibskie zachwyca turkusowymi barwami. Łódź dogoniły ciekawskie delfiny i psocąc przy dziobie, dotrzymują nam towarzystwa.
*** Divemasterem* zostałam przez przypadek. Wraz z Anką, Elką i Patrykiem mieliśmy kilkumiesięczną przerwę w studiach i chcieliśmy spędzić ten czas w podróży, przemierzając Amerykę Środkową (ja na miejscowych uniwersytetach miałam zbierać dane do pracy magisterskiej o różnicach międzykulturowych). Zaczęliśmy od Meksyku, gdzie spędziliśmy kilka ekscytujących tygodni. Potem była Gwatemala i biwakowanie w dżungli. W Hondurasie usłyszeliśmy o wyspie Utila na północy kraju - ponoć najtańszym i jednym z lepszych miejsc na świecie, by zacząć przygodę z nurkowaniem. Nigdy wcześniej nie nurkowaliśmy, więc pomysł, żeby spędzić tam tydzień i odbyć podstawowy kurs, wydawał się doskonały.
Uczniowie i studenci zarabiają latem o "Wakacjach w pocie czoła" przeczytaj w serwisie GazetaEdukacja.pl!
>
Wyruszyliśmy promem z La Ceiba. Po godzinnym rejsie ujrzeliśmy Utilę - niewielką wyspę w 70 proc. pokrytą dżunglą, z naturalnym kanałem przepływającym przez środek lądu. Jedynie na jej południowo-wschodnim krańcu znajduje się małe miasteczko.
Utila w niczym nie przypomina słynnych wysp karaibskich. Nie ma tu wielkich turystycznych resortów ani sklepów z plastikowymi pamiątkami. Nie ma taksówek, nie można wypożyczyć auta. Najpopularniejszym środkiem transportu są rowery, niektórzy mają też motocykle, quady lub samochodziki golfowe, prawdziwych aut jest może pięć. Mieszkańcy mówią po hiszpańsku i po angielsku ze specyficznym akcentem. Mieszkają w tradycyjnych drewnianych domach, które stoją na wysokich palach - taki rodzaj budowy chroni przed szkodnikami oraz wodą, która może wtargnąć podczas huraganów. W ogródkach rosną bananowce, drzewka pomarańczowe, grejpfrutowe, cytrynowe i papaje. Na sznurach suszy się pranie, a koty leniwie wygrzewają się na schodach. Plecakowicze z całego świata przyjeżdżają tu, by poleżeć w hamaku, poczuć leniwy rytm wyspy i oczywiście ponurkować. Niektórzy zostają na wiele miesięcy, lat, a nawet na całe życie...
*** Kiedy opuszczaliśmy prom, słońce przysłaniały chmury, z nieba lały się strugi ciepłego deszczu. Uliczką płynęła rzeka, obmywając z kurzu nasze sandały. Deszczowa pogoda nie przeszkadzała pracownikom szkół nurkowych - z uśmiechem witali przyjezdnych i wręczali im ulotki z informacją o szkoleniach i mapą miasteczka.

Wybór nie był łatwy - szkół jest ponad dziesięć. Ponieważ nurkowanie to sport niebezpieczny, postanowiliśmy najpierw odwiedzić większość miejsc, zanim się na coś zdecydujemy. Po paru godzinach wybraliśmy Utila Water Sports, choć dyskusja była burzliwa.
Nazajutrz wraz ze studentką z Belgii i dwoma Hiszpanami rozpoczęliśmy podstawowy kurs: 12 godz. zajęć teoretycznych i 12 pod wodą. Podczas lekcji w morzu dzień był wietrzny, a wysokie fale przy brzegu unosiły z dna piasek, widoczność była bardzo słaba. Przy pierwszym nurkowaniu przeżyliśmy podwodny rollercoaster - silne ruchy wody spowodowane wiatrem przyprawiały nas o mdłości. Później okazało się, że taka pogoda zdarza się bardzo rzadko. Mieliśmy wyjątkowego pecha.
Następne nurkowanie było już "zwyczajne". Otoczył mnie inny świat, w którym prawa grawitacji jakby przestają obowiązywać. Choć wiedziałam, że jestem w wodzie, nie czułam, że jest mokro. Było cicho, tylko aparat do oddychania pomrukiwał miarowo. Na głębokości sześciu metrów rozpoczynała się ściana koralowa. Promienie słońca rozproszone przez delikatne fale złociły kolorowe gąbki i korale.

Na widok nurków bardziej nieśmiałe żyjątka pochowały się w kryjówkach i zaciekawione wyglądały z jamek. Reszta mieszkańców rafy pochłonięta była swoimi sprawami i wydawała się nas nie zauważać. Kolorowe ryby papuzie skubały glony, wielka zielona morena z otwartą paszczą pełną zębów (jakby wyjęta z opowieści o morskich potworach) drzemała wyciągnięta na koralach. Zanurzyliśmy się głębiej, minęło nas stado srebrnych tuńczyków, z szeroko rozstawionymi płetwami przeleciała manta.
18 m poniżej poziomu morza zrobiło się ciemniej i zimniej, a powietrze zaczęło się szybciej zużywać. Trzeba było wracać. Przed wynurzeniem na głębokości 5 m - ze względów bezpieczeństwa oraz by przeciwdziałać chorobie dekompresyjnej - zatrzymaliśmy się na trzy minuty. Tuż obok leniwie przepłynął stary żółw. Po chwili byliśmy na pokładzie i zrzucaliśmy mokre pianki, by wyciągnąć się na słońcu. W przerwie przed kolejnym nurkowaniem kapitan odpalił silniki i ruszyliśmy na poszukiwanie rekinów wielorybich...