http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Fudżi. W ciemno na Szanowną Górę

Anna Kielak
2008-04-21, ostatnia aktualizacja 2009-02-20 19:12

Fot. Anna Kielak

Według japońskiej tradycji, raz w życiu należy udać się na Fudżi, najlepiej nocą, by rano zobaczyć niezwykły wschód słońca. Tak też zrobiliśmy...


Fot. Anna Kielak
Fot. Anna Kielak
ZOBACZ TAKŻE
Fujisan - Szanowna Góra, 3776 m n.p.m. - to drzemiący wulkan, który ostatnio dał o sobie znać w 1708 r. Jest obiektem wierzeń sinto, siedzibą bóstw, a latem celem masowych pielgrzymek Japończyków. Ishikawa Jozan, poeta z epoki Edo, porównał pokrytą śniegiem Fudżi do odwróconego białego wachlarza wznoszącego się ku niebu...

Pogoda w Japonii

Fudżi to najbardziej znany symbol Japonii. Przedstawiana na rycinach, wyrobach z laki, drzeworytach, kartach pocztowych, majestatycznie góruje nad rozciągającą się wokół równiną. Budzi podziw jako urzekające tło dla kwitnących drzew wiśniowych, plantacji herbaty, pól ryżowych. Fotografowana przy zachodach i wschodach słońca, przyciąga podróżników niepowtarzalnym pięknem. Większość z nich jednak zostaje u podnóża, tak jak i wielu Japończyków, którzy z oddali kontemplują samotny wulkan, najczęściej znad któregoś jeziora Narodowego Parku Fudżi-Hakone-Izu.

W obliczu przyrody Japończycy łączą umiłowanie piękna, buddyjskie dążenie do jedności z naturą i sintoistyczne oddawanie jej czci. Wielu pielgrzymów, którzy udają się na szczyt Fudżi, podąża za pełnym wdzięczności i szacunku religijnym odczuciem, jakie w człowieku może zrodzić się w kontakcie z siłami natury. Po nocnej wspinaczce wchodzą w światło dnia ze wschodem słońca, życiodajnej gwiazdy.

Do piątej stacji Kawaguchi-ko dojechaliśmy autobusem z Gotemba, a do Gotemby - pociągiem z miasta Hadano, położonego na linii kolejowej Odakiu łączącej Tokio z Hakone. Stacja Kawaguchi-ko po północnej stronie wulkanu to typowe miejsce turystyczne, pełne sklepów z drogimi pamiątkami. Jest jedną z czterech tzw. piątych stacji, z których większość turystów i pielgrzymów rozpoczyna podejście na szczyt, pozostałe to Subarashi, Gotemba i Fujinomiya.

Wyruszyliśmy ok. 10.30 w nocy. Otwarci na nowe wrażenia, uzbrojeni w latarki czołówki zanurzyliśmy się w nieprzeniknioną ciemność. Na górę (i z powrotem) wiodą tylko dwa szlaki opisane po japońsku i angielsku. Stanęliśmy więc obok rozwidlenia, gdzie ten "wchodzący" zbiegał się ze "schodzącym". Po niedługim czasie coraz więcej rozedrganych świateł zaczęło podążać za nami.

Gdy pokonaliśmy już krótki leśny odcinek trasy, pojawiły się przed nami jasne, nieruchome punkty na granacie nieba - światła górskich chat na szlaku (nocleg w nich nie należy do najtańszych, zwykle trzeba spać na zewnątrz; dobrze mieć zapas wody, gdyż ceny są bardzo wysokie).

Początkowo wspinaliśmy się po twardych skałach wulkanicznych, w kilku miejscach było dosyć stromo, ale wejście nie należy do trudnych. Wraz z wysokością coraz więcej jest porowatej skały magmowej powstałej z silnie gazującej, pienistej lawy. Im bliżej szczytu, tym więcej wspinających się, coraz częściej brzęczą blaszane dzwoneczki na masywnych drewnianych kijach, którymi podpierają się pielgrzymi.

Około godz. 4 zaczęło świtać. Byliśmy już dawno ponad chmurami - zbliżaliśmy się do ostatniej, dziesiątej stacji na szczycie Fudżi. Szczęśliwie pogoda oszczędziła nam deszczu i gęstej mgły. Na tle granatowych i szarych chmur za nami i przed nami widać było mnóstwo ludzi na wijącym się zakosami szlaku. Wszyscy wyciszeni, trochę zmęczeni.

Powyżej 3500 m zaczęliśmy odczuwać lekkie osłabienie z powodu zmniejszonej ilości tlenu w powietrzu. Cała pielgrzymka posuwała się coraz wolniej. Mieliśmy za sobą ok. sześciu godzin wspinaczki. Do szczytu pozostało ok. 15 minut, gdy słabe jeszcze, pomarańczowe światło za cienką warstwą ciemnogranatowych chmur zapowiedziało wschód. Jak wszyscy przysiedliśmy na skałach. Powietrze nad chmurami nie było przejrzyste, więc słońce nie pokazało się w pełnej jasności. Jego światło rozmyło się, rozlało w żółto-pomarańczowych smugach na miękkiej warstwie chmur, wypełniając cały horyzont. Zapanował wszechogarniający, niczym niezmącony spokój. Przez chwilę zapomnieliśmy o zmęczeniu i o dojmującym chłodzie (temperatura spadła do dwóch stopni powyżej zera).

Ten wyjątkowy poranek dodał nam energii, by jak najszybciej dotrzeć na skraj krateru o średnicy ok. 600 m i głębokości ok. 150 m. Tam zjedliśmy śniadanie: zupę miso ugotowaną na maszynce gazowej i porcję maki sushi ze sklepu w Kawaguchiko niesioną specjalnie na tę okazję, na koniec mała szklana puszka sake. Podziwialiśmy kolorowe ściany krateru utworzone w wyniku kolejnych wybuchów wulkanu przez nakładające się na siebie warstwy skał magmowych, rdzawych, brązowo-różowych, czarno-szarych. Bliżej zasypanego drobnymi skałami dna leżało jeszcze trochę płatów szarawego, wiecznego śniegu - w porze letniej Fudżi pozbywa się śnieżnego kołnierza.

Około 7 szlakiem dla schodzących wyruszyliśmy z powrotem do Kawaguchi-ko. Z minuty na minutę robiło się coraz cieplej, powracaliśmy w gorącą wilgotność japońskiego lata. Ale zejście po luźnym, tufowym podłożu pełnym drobnych kamieni nie było najwygodniejsze. Jedyna roślinność w zasięgu wzroku to kępy traw i niskie krzewy.

W tym księżycowym, na swój sposób pięknym krajobrazie zastanawialiśmy się nad słusznością japońskiego przysłowia: "Raz na Fudżi wchodzi mędrzec, a dwa razy głupiec"...

Źródło: Gazeta Podróże
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':