Wyglądam przez okno. Szare kable wiszą nad szarą ulicą, przy której stoją szare
domy. Szary to kolor Pekinu, tylko gdzieniegdzie przełamany czerwienią drzwi, świątyni czy bramy. Jednak w tej szarości jest coś uspokajającego, a nie przygnębiającego. Na jej tle wszystko wydaje się wyraźniejsze, ciekawsze i ostrzejsze. Monumentalne place, monumentalne pałace, monumentalne autostrady, monumentalne hotele, wieżowce, bloki mieszkalne i monumentalny stadion. Na tle tej monumentalności żyją jednak zwykli ludzie. Trzy kolorowe przyrządy do ćwiczeń ustawione w kącie ulicy, narożne bary złożone z paleniska i czajnika, dzielnice fryzjerów z wirującymi psychodelicznymi wzorami przed wejściem, wspólne puszczanie latawców w kształcie smoków, żab, sów, feniksów, lwów i żółwi. To wszystko nadaje miastu człowieczy wymiar.
*** Wchodząc do hutongu, przekraczasz granicę innego świata. Czas stanął w miejscu. W zaułkach przed czerwonymi bramami szarych domków siedzą starzy Chińczycy ze swoimi małymi psami i oglądają świat. Wzdłuż ulicy stoją oblegane stoliki do mahjonga, ktoś śpiewa fragmenty chińskiej opery, ktoś rozpoczyna herbaciany rytuał. Za czasów dynastii Qing, kiedy nie wolno było wznosić budowli wyższych od cesarskiego pałacu, na wąskich uliczkach powstały tysiące parterowych domów wokół zielonych dziedzińców. Wtedy mieszkali tu książęta i arystokraci, dziś - zwykli mieszkańcy Pekinu. Hutongi są jednak wyburzane pod wieżowce, bloki i autostrady. W 1949 r. było ich 7 tys., na początku XXI w. zostało mniej niż 2 tys. Zatrzymaliśmy się w jednym z nich - Nan Luo Gu Xiang.
W wąskiej uliczce zmieściło się kilka hoteli, parę dobrych restauracji, knajpki z szaszłykami, sklepy z ciuchami. I spożywczy z tradycyjnym jedzeniem: jogurt w glinianym dzbanuszku, galaretowate jajka i zupki (jest ich cała ściana, przy wyborze trzeba kierować się rysunkami, nie zawsze oczywistymi).
Nasz hotel to Downtown Backpackers. Szukałam czegoś w prawdziwym hutongu i znalazłam hostel w części Pekinu objętej programem ochrony tradycyjnej zabudowy! Hostel jest świetnie zorganizowany. W recepcji urzęduje
Apple, która pomoże zarezerwować bilety, zorganizuje wycieczkę na Wielki Mur, do opery i na pokaz akrobacji, wypożyczy rowery (20 juanów za dzień), i - co najważniejsze - przetłumaczy na chiński wszystkie potrzebne nazwy. Uzbrojeni w zeszyt z tymi zapiskami ruszamy w miasto.
*** Pierwszy cel: Tiananmen. Ruszamy na piechotę i pewnie dlatego nie docieramy tam za pierwszym razem. Po 40 minutach stajemy na odpoczynek w parku i... zostajemy, patrząc z podziwem na Chińczyków tańczących disco chino. Ruszają się w rytm głośnej muzyki z magnetofonu, naśladując ruchy instruktora, co chwilę dołącza ktoś nowy. Z tańcem zetkniemy się w Pekinie nie raz: salsa nad jeziorem, ludowe melodie w parku, układy dyskotekowe na chodniku. Nie tylko gimnastyka, ale i świetny sposób na bycie razem.
Tiananmen to wielka betonowa pustynia, dokładniej - ponad 40 ha betonu. Na środku brzydki budynek, który stara się wyglądać imponująco. Spoczywa w nim przewodniczący Mao strzeżony przez grupy kilkunastometrowych żołnierzy, na zawsze już gotowych do ataku. Po dwóch stronach placu rozsiadły się muzea, mauzolea i komitety. Szaro, monumentalnie, smutno. Tylko północna strona jest kolorowa. Stoi tam czerwona Brama Niebiańskiego Spokoju ze
złoto-zielono-niebieskimi zdobieniami i z wielkim portretem wodza, prowadząca do Zakazanego Miasta. Przejście z jednego końca Tiananmen na drugi zajmuje dobre 10 minut. W święta (np. 1 maja) plac staje się głośny, kolorowy i tłumny. Ustawiane są specjalne namioty z dostępem do kanalizacji i zamienione na toalety autobusy. Chłopcy i dziewczynki zakładają różowe motyle skrzydełka, we włosy wplatają różowe ozdoby, a w rękach trzymają różowe parasolki.
*** Przekraczając bramy Zakazanego Miasta, trzeba wysoko podnieść nogę. Wchodzimy za próg świata cesarzy, synów bogów, do którego zwykli śmiertelnicy nie mieli wstępu przez wieki. Zakazane Miasto to 800 budowli i 9 tys. pomieszczeń. Zbudowane w XV w., przez 500 lat służyło cesarzom z dynastii Ming i Qing. Miało imponować - jeden z dziedzińców, na którym odbywały się najważniejsze ceremonie, mieścił 100 tys. osób. Pięknie brzmią nazwy: Brama Najwyższej Harmonii, Pałac Niebiańskiej Czystości, Pałac Doskonalenia Umysłu, Pawilon Jedności, Pałac Wiecznej Wiosny i Pałac Ziemskiego Spokoju (cesarz spędził w nim noc poślubną).
Żeby poznać Zakazane Miasto, najlepiej po prostu iść przed siebie, pozwolić się zagarnąć zaułkom, małym ogrodom, ukrytym altankom. Zachwycać się rzeźbami smoków i feniksów (reprezentujących yin i yang), strumykami, potężnymi lwami strzegącymi wejść do bogato zdobionych pomieszczeń. Podziwiać harmonię tego miejsca, którą zburzyć może przesunięcie choćby jednego kamyczka. A oprócz spokoju (pomimo tłumu), delikatnego piękna i zadziwiającego ogromu jest tu i Starbucks, i czterogwiazdkowa toaleta... Na głodnych czekają stoiska z kluskami, pierożkami i zupkami w proszku, które można zalać na miejscu wrzątkiem i zjeść pałeczkami, koniecznie głośno przy tym siorbiąc.
*** Wieść niesie, że gdzieś na południowy wschód od Tiananmen znajduje się restauracja z bajeczną kaczką po pekińsku. Skręcamy z placu, mijamy wieżowce i bloki. Wchodzimy do hutongu. Z jednej strony szara ściana jednopoziomowych domków, z drugiej - rumowisko. W pyle, na cegłach siedzi umorusana dziewczynka uczesana w kucyki. Bardzo czymś zaaferowana, jedną ręką macha do nas, drugą wskazuje w stronę swoich nóg. Podbiegamy. Mała uśmiecha się i z dumą pokazuje białego kotka bawiącego się zieloną sznurówką. Kiwamy głowami ze zrozumieniem, dziewczynka promienieje.
Idziemy dalej. Z jednej strony ściana szarych domków, z drugiej rumowisko. Mijamy zardzewiałe rowery, stragan warzywny i ruinę z połamanymi manekinami walającymi się wśród cegieł. I nagle: jest! Najlepsza na świecie restauracja z kaczką po pekińsku. Cztery mroczne sale, obsługa niemówiąca po angielsku. Nikt nie pyta, czego chcemy, i tak wszyscy wiedzą, po co tu jesteśmy. Kaczki są wystawione w lodówce przy jednym ze stolików. Na danie czeka się pół godziny, ale warto. Wszystko jest idealne: chrupiąca skórka, soczyste mięso, cieniutki placek, gęsty sos, świeży ogórek. Niesamowite połączenie słodkości, tłustości i świeżości.
*** Zrywamy się o szóstej rano, chwytamy plecaki pełne butelek z zieloną herbatą i cukierków z wołowiny. Przed hostelem czeka już żółty busik i Paul, nasz kierowca. Schodzą się pozostali uczestnicy wycieczki: para Niemców (zwiedzają Azję od pół roku), małżeństwo farmerów z Nowej Zelandii (przyjechali uczyć angielskiego), Hindus w eleganckim sweterku z żoną w bajecznie kolorowym sari, Brytyjczyk z dużym nosem i trzema pierścionkami oraz Amerykanin z małym nosem i jednym pierścionkiem. Ruszamy zdobywać Wielki Mur, a dokładniej jego nieodrestaurowaną i dzięki temu mniej zatłoczoną część w Simatai i Jinshanling. Po półtorej godzinie jazdy czteropasmową autostradą, potem mniej uczęszczanymi drogami docieramy do maleńkiej wioski z jedną niebrukowaną ulicą. Wokół pola ryżowe, przed nami wielka góra.
Wspinamy się wąską ścieżką. Znikąd pojawiają się dwie małe Chinki z pocztówkami - będą nam towarzyszyć do samej góry, śmiejąc się i zachęcając do kupna kartek albo chociaż butelki wody. Stajemy przed wejściem na mur. Spoglądamy w jedną stronę - końca nie widać, w drugą - to samo. Bierzemy głęboki oddech i wchodzimy po wąskich schodkach.
Wielki Mur jest bardzo szeroki - mogło po nim galopować obok siebie pięć koni, bardzo długi - nie bez powodu nazywa się Murem 10 Tysięcy Li, bardzo stromy i bardzo zniszczony. Wspinamy się po pokruszonych schodach na strażnice (których na całej długości jest 25 tys.!), a potem usiłujemy bezpiecznie zejść po resztce cegieł na kolejny prosty fragment pomiędzy dwoma wieżami. Wokół przestrzeń, wzgórza, zielone krzaki. Widać, jak mur wdrapuje się na zbocza, wije się niczym wąż pomiędzy pagórkami, i ciągnie się, ciągnie, aż po horyzont - od Morza Żółtego po pustynię Gobi.
Mieliśmy szczęście, bo przez większą część drogi słońce było schowane za chmurą, ale kiedy zza niej wyszło, nie mogliśmy iść. Z nas się lało, a idący przed nami pod ręce Chińczycy jeszcze bardziej zwolnili. W końcu docieramy do zawieszonego nad przepaścią mostku linowego i nagle (po jeszcze 1000 stopniach) znajdujemy się na zewnątrz. Udało nam się pokonać mur! Tak jak prawie wszystkim najeźdźcom z północy. Choć mówią, że Dżyngis-chan nie namęczył się aż tak bardzo jak my - po prostu przekupił załogę.