Matera,
citta dell'uomo (miasto człowieka) - jak mówią z dumą mieszkańcy - leży mniej więcej tam, gdzie zaczyna się obcas włoskiego buta. Region nazywa się Basilicata, ale tubylcy spytają raczej, jak nam się podoba Lukania, posługując się starożytną nazwą tej krainy, używaną do XIII w. i przywróconą na pewien czas w latach międzywojennych. Matera powstała w gravinie - głębokim, długim na kilkadziesiąt kilometrów wąwozie wyżłobionym przez rzekę Gravinę w miękkich skałach wapiennych, pełnych naturalnych jaskiń. Najstarsze ślady osadnictwa pochodzą sprzed 400 tys. lat, z epoki kamienia. Ludzie żyli tu nieprzerwanie, bo groty, ścieżki i tajne przejścia, choć niewygodne, były łatwe do obrony.
Trudno powiedzieć, kiedy narodziło się miasto. Już we wczesnym średniowieczu odosobnione jaskinie przyciągały brodatych mnichów, eremitów i cenobitów. Prawdopodobnie w VII-VIII w. powstały pierwsze
chiese rupestri, kościoły wykute w skałach. Uznaje się, że najstarsza część miasta to Civita - wzgórze z katedrą, na którego zboczach znajdują się słynne Sassi, główny powód naszej wizyty.
*** Przyjechaliśmy wczesnym wieczorem, akurat po sjeście, kiedy na ulice powrócili ludzie i samochody. W okropnym tłoku przeciskaliśmy się w kierunku katedry, by spotkać się z adwokatem, u którego wynajęłam przez internet mieszkanko (ok. 40-50 euro za noc). Ze śniadaniem i z widokiem na Sassi oczywiście.
Przy pomocy uprzejmych policjantów udało nam się trafić na plac katedralny zastawiony samochodami, gdzie - jak powiedzieli - nie wolno wjeżdżać turystom, ale skoro chcemy tylko wyjąć walizki, to niech będzie. Przybiegł nasz adwokat - buongiorno, buongiorno - i ruszyliśmy za nim przez podwórko i po schodkach w górę. Gdy otworzyła się przed nami panorama Sassi, stanęliśmy, wypuszczając z rąk bagaże. - O rany! - powiedziałam. Adwokat zrozumiał intonację i uśmiechnął się z zadowoleniem, jakby to on sam przygotował dla nas taki widok. W dole zapalały się właśnie pierwsze latarnie.
Kto oglądał "Pasję" Mela Gibsona, widział Sassi - bez szczególnych zabiegów scenograficznych udawały Jerozolimę. Nazwa odnosi się do dwóch historycznych dzielnic - Sasso Caveoso i Sasso Barisano - na które składają się
domy wydrążone w skale i wzniesione z kamienia, a po części takie i takie. Ponieważ powstały w ścianie głębokiego na 60-80 m wąwozu, wyrosły jedne na drugich: kawałek dachu jednego to podłoga drugiego, i tak aż do dziesięciu pięter. Pomiędzy niewiarygodnie stłoczonymi budynkami wiją się wąskie uliczki, w górę i w dół biegną niezliczone schodki. Niegdyś było tu ok. 3 tys. mieszkań, z których ponad połowę stanowiły domy-jaskinie w całości wykute w skale. Do ponad 600 można się było dostać jedynie przez włazy, ponieważ znajdowały się poniżej poziomu ulicy.
Na Sassi wprost nie można się napatrzeć. Są cudownie piękne i jednocześnie szokujące. Nawet jeśli widziało się wcześniej zdjęcia, trudno być przygotowanym na ten widok. Codziennie rano, gdy odsłanialiśmy zasłonę w drzwiach, porażał nas blask słońca odbijającego się od jasnych fasad. Za każdym razem trzeba było na nowo mówić sobie, że to nie dekoracja, ale prawdziwe miasto.
W wielu budynkach trwają generalne remonty, ale spora część, zwłaszcza w Sasso Caveoso (tym bardziej "jaskiniowym"), jest zrujnowana i niezamieszkana. I choć przy jednej ulicy rozsiadły się sklepy z pamiątkami, choć wieczorami z restauracji rozchodzą się miłe zapachy, a latarnie świecą żółtym, nastrojowym światłem, to dzielnica tchnie opuszczeniem.
Pół wieku temu żyło tu 16 tys. ludzi, prawie trzy czwarte obywateli Matery, dziś tylko 2 tys., podczas gdy miasto liczy prawie 60 tys. Co się stało? W 1952 r., chcąc polepszyć warunki życia mieszkańców, zaczęto ich przesiedlać do nowych domów na obrzeżach Matery. Przez 30 lat Sassi stały puste, aż w 1986 r. wydano prawo, które pozwalało wziąć nieruchomość w dzierżawę na 99 lat, za darmo, pod warunkiem że się ją odrestauruje (plus zwrot do 60 proc. kosztów remontu). W 1993 r. Sassi, to unikatowe w skali światowej centrum miasta, a dla miejscowych wstydliwe świadectwo zacofania południa Włoch, wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Teraz metr kwadratowy do generalnego remontu kosztuje tu ponad 1000 euro, a w budynku odnowionym - ponad 2500.
Na szczęście przepisy dość ściśle określają zasady renowacji: rodzaj materiałów, kolorystykę fasad, okien i drzwi. Ale powyżej oszałamiającego Sasso Barisano powstały - i wciąż powstają - nowe bloki i wieżowce (nasz adwokat twierdził, że wybudowano je w ostatnich dziesięciu latach). Życie powraca do Sassi powoli, wciąż nie ma sklepów spożywczych, szkół, nie widać mieszkańców. I - jak na tak wyjątkowe miejsce - wciąż pojawia się mało turystów.
*** Jak wyglądała codzienność w Sassi jeszcze w połowie XX w., zobaczyliśmy w Casa Grotta - zachowanym w oryginalnym stanie domostwie (wstęp 1,5 euro, www.casagrotta.it). W dzielnicy mieszkali głównie ubodzy chłopi i jaskinia podzielona była na dwa pomieszczenia: mniejsze dla drobnych zwierząt gospodarskich i na narzędzia rolnicze, większe - dla wieloosobowej rodziny oraz konia i kur. Te ostatnie trzymano pod łóżkiem; malutkie dzieci spały w dolnej szufladzie komody. Źródłem światła i powietrza były drzwi i maleńkie okienko nad nimi. Pod podłogą niemal każdego
mieszkania była wykuta ogromna cysterna na deszczówkę, która spływała kanałami po dachach, ścianach i ulicach. Ściekami chlustano w dół, do rzeki, wprost po ścianie parowu, a kto nie miał doń łatwego dostępu, korzystał z usług człowieka ciągnącego na wózku beczkę z nieczystościami. Elektryczności albo nie było, albo świeciła tylko jedna żarówka, podłączona do instalacji ulicznej (bez oddzielnego włącznika).
Nic dziwnego, że panowała tu wilgoć, brud, choroby. W latach 40. XX w. śmiertelność niemowląt sięgała 50 proc. Po wielkim sukcesie książki Carla Leviego "Chrystus zatrzymał się w Eboli" (1945), w której pisarz napomknął o tragicznych warunkach życia w Materze, zainteresowano się Sassi i postanowiono je "uzdrowić". Stąd owo przymusowe przesiedlenie...
Wraz z nim bezpowrotnie zniszczona została kultura tzw.
vicinato, jego dialekt, obyczaje i pieśni. Był to zespół domów-jaskiń, zwykle około dziesięciu, z drzwiami wychodzącymi na jedno podwórko, zamieszkanych przez 80-100 osób. Ciasne wnętrza jaskiń służyły głównie do spania, przyrządzania posiłków i jedzenia; pranie, szycie, przędzenie wełny, czy wyplatanie koszy odbywało się na wspólnym podwórku. Po przesiedleniu nie zadbano o to, by rodziny z jednego
vicinato dostały lokum obok siebie. Podobno ludzie wracali nocami do Sassi, a rano policja wyrzucała ich po raz kolejny...
*** Dumą Matery są kościoły wykute w skałac. W mieście i okolicach takich kościołów jest ponad 100, choć trudno w to uwierzyć, bo w centrum zwiedzić można zaledwie kilka (Dostępne są kolorowe broszurki z planem miasta i zdjęciami). Kupiliśmy wspólny bilet obejmujący sześć (za 6 euro) w Sasso Caveoso: Santa Lucia alle Malve, Santa Maria de Idris, S. Giovanni in Monterrone, Convincio di S. Antonio, Santa Maria de Armenis i Santa Barbara. Są na tyle podobne, że niekoniecznie trzeba obejrzeć każdy. Wydrążono je w tufie dzieląc na nawy, sklepienia udają kopuły. Zdobią je piękne, ale zazwyczaj bardzo zniszczone freski, a Santa Barbara ma też wspaniały ikonostas.
Mieliśmy nadzieję znaleźć jeszcze ciekawsze kościoły w okolicach. Niestety, nawet z bardzo dokładnym przewodnikiem samodzielne odszukanie ich wydaje się niemożliwe. Zmarnowaliśmy czas, przedzierając się przez krzaki nad wąwozem, drapiąc do krwi skórę i pocąc się w upale. Nie było nawet kogo zapytać o drogę - nieliczne wsie są wyludnione. Na szczęście natrafiliśmy na parę, która akurat przyjechała do swego gospodarstwa. Od słowa do słowa i obeszliśmy ich pola oliwek, obejrzeliśmy domowej roboty system nawadniający. Na fasadzie domu kobieta pokazała nam fresk z Matką Boską (niezbyt udany). Wykonał go eremita, który w latach 60. minionego wieku mieszkał w jednej z pobliskich grot i w podzięce za jedzenie malował freski.
*** Rano wyjechaliśmy z miasta w kierunku Taranto i mijając ogromne
tufary (odkryte kopalnie tufu) dotarliśmy do punktu widokowego po drugiej stronie
graviny. Niestety cenniejsze kościoły, jak np. Madonna delle Tre Porte, zabezpieczono kratami lub drzwiami, żeby do nich wejść, trzeba wcześniej umówić się z przewodnikiem (w Materze nie istnieje miejskie biuro informacji turystycznej, działają prywatne agencje, a ich ulotki rozlepiane są na murach; sami przewodnicy często zaczepiają turystów na ulicy; więcej informacji: www.ferulaviaggi.it).
Ale i tak warto było wyjechać poza miasto - choćby dla wszechobecnego zapachu tymianku, gigantycznych kaparów zwieszających się ze szczelin skalnych i panoramy Sassi, bo dopiero stąd widać ją w całej okazałości. No i dla grot. Niegdyś mieszkalne, później używane jako szopy dla zwierząt, wciąż posiadają wyraźny system kanałów na deszczówkę. Niektóre mogły pełnić funkcję kaplic. Przed wejściami do grot możemy gdzieniegdzie dostrzec niewielkie owalne zagłębienia w skalnym podłożu, zasypane kamykami i żwirem - to groby niemowląt, których widocznie nie chowano na cmentarzach. Jaskinie są nieoznaczone, a teren naprawdę dziki, ścieżki pozarastały kolczaste krzaki. Niestety, sporo tu śmieci.
*** Prócz Sassi Matera ma jeszcze katedrę z XIII w. z barokowym wnętrzem (obecnie w remoncie), stojącą na placu zamienionym w parking. Ma piękny kościół San Giovanni Battista (jedyny ładny w mieście, jak twierdził nie bez racji nasz adwokat) z XIII w., w XVIII w. przebudowany, ale z zachowaniem motywów romańskich. Ma muzea, pałace, podziemia pod placem Vittorio Veneto... Wszystko w dzielnicy Civita. Jest jeszcze XVI-wieczny zamek, Castello del Conte Tramontano (od lat w remoncie). Ale tak naprawdę wszystko to stanowi tylko dodatek do Sassi...
Restauracje kuszą regionalnymi daniami, a niektóre podają nawet ich nazwy w dialekcie materańskim. Polecono nam Il Terrazzino w Sassi, gdzie można zjeść "tanio i dobrze". Kiedy pierwszy raz weszliśmy do środka, od razu zwróciłam uwagę na menu - odbite na ksero i rozpięte na stojaku. Było na nim mało wyraźne zdjęcie mężczyzny w okularach i moja data urodzenia! Co za przypadek, słynny Carlo Levi jadł w Terrazzino akurat w tę grudniową niedzielę, kiedy ja zjawiłam się na świecie!
Jedzenie podają tu smaczne, proste, tanie i - co ważne - panuje włoska, nieturystyczna atmosfera (w weekendy trudno o miejsce). Jedliśmy m.in. klasyczną
bruschettę z pomidorami, pyszną, bo chleb materański jest podobno najlepszy w całej Italii, gorzkawe dzikie cebulki zwane lampascioni, makaron w kształcie liści oliwek (
foglie d'ulivo) z pomidorami i rukolą oraz specjalność Il Terrazzino -
orecchiette al tegamino, makaronowe muszelki zapiekane w glinianej misce z mozzarellą, pomidorami i tartym serem.
Jednym z ciekawszych dań włoskiego południa jest
cialedda. Któregoś dnia, niezbyt głodni, usiedliśmy w ogródku pierwszej napotkanej restauracji, by zamówić pizzę. Czekając na kelnera zdążyliśmy obejrzeć talerze sąsiadów. - To, co jedzą oni - poprosiłam bez wahania, zapominając o pizzy i wskazując palcem na fantastyczny kopiec posypany serem na stoliku obok. Co zabawne, wkrótce przyszli kolejni goście, zaczęli przeglądać menu, ale na widok przyniesionej nam właśnie
cialeddy, wyciągnęli szyje, potem palce itd.
Cialedda to potrawa biedaków, zasadniczo robi się ją z suchego chleba rozmoczonego w wodzie, pomidorów, oliwy, ziół. Smakuje wspaniale. W ogóle kuchnia Matery to kuchnia chłopów i pasterzy, jada się bób, cieciorkę i dużo jagnięciny. Z dań bardziej współczesnych można trafić na przykład na makaron
a la Mel Gibson...
Spędziliśmy w Materze pięć dni, wystarczająco długo, by ją zwiedzić, ale o wiele za krótko, by się na nią napatrzeć i by się nią nasycić.