Początek naszego lipcowego spływu Piławą naznaczony był pasmem istnych nieszczęść. Zaczęło się w Warszawie od kraksy auta, którym trzy osoby miały dojechać na miejsce zbiórki, do Sikor nad jeziorem Komorze niedaleko Czaplinka. Na szczęście kierowcy nic się nie stało, ale wyruszyli osiem godzin później. Reszta była na miejscu na tyle wcześnie, by zrobić zakupy na cały spływ. Wprawdzie i w Sikorach są sklepy spożywcze, ale my zaplanowaliśmy wykwintne menu i trzeba było udać się do pobliskiego Wałcza (a bakłażany, pomidory San Marzano i zioła w doniczkach wieźliśmy z Warszawy)...
**** Auta zostają w Szwecji, w połowie szlaku Piławy, u pana Wójcika, który prowadzi nad rzeką dobrze zagospodarowane pole biwakowe (10 zł/os., doba parkingowa 5 zł).
Po sprawnej wymianie koła (guma na dzień dobry) wsiadamy do busu zaprzyjaźnionego "Kapitana" Andrzeja Szeremety i w drogę. Niestety, biwak w Sikorach, który zapamiętaliśmy z poprzednich spływów jako urokliwy i pusty, aż za bardzo tętni życiem. Postanawiamy więc rozbić się na półwyspie 3 km stąd i tam czekać na maruderów z Warszawy. Obciążony bus z przyczepą i kajakami rusza polną drogą, ale po 2 km staje na amen w koleinach pełnych wody i błota. Cóż robić - wraz z Magdą i jej dwoma psami rasy corgi, Foką i Bertem (pływają z nami od sześciu lat), idziemy na poszukiwanie traktora. Udaje się dopiero w trzecim gospodarstwie.
Gdy wracamy do naszego "Kapitana", ten z wypiekami na twarzy opowiada, że widział w krzakach żmiję zygzakowatą - mierzącego ok. 80 cm jedynego w Polsce jadowitego węża! Uf, dobrze, że go nie ukąsiła.
Ciągnik pomógł i po chwili wracamy na biwak w Sikorach. Nasi koledzy zjawiają się dopiero po północy (utknęli całkiem niedaleko, bo "Kapitan" znów złapał gumę!). Pomimo egipskich ciemności udaje się przygotować pierwsze danie z naszego wyjątkowego jadłospisu: kuskus z prażonymi orzechami, czosnkiem i kiełkami (znikł w mgnieniu oka).
*** Poranek wita nas pięknym słońcem. Niestety, kiedy już siedzimy w kajakach, niebo zasnuwa się po horyzont, zaczyna kropić. Mży przez całe 8 km rynnowego jeziora Komorze (na lewym brzegu kilka uroczych nieoznakowanych biwaków). Gdy docieramy na jego wschodni kraniec, do betonowej rury, przez którą trzeba spławić kajaki, by dostać się na jezioro Rakowo, pada nie na żarty. Po krótkiej przerwie na ciasteczkowy zastrzyk energii postanawiamy płynąć dalej.
Jeszcze kilka lat temu Rakowo wyglądało niczym akwarium - krystaliczna woda, pełno raków i ryb. Teraz w mętnej wodzie ani śladu raków, wzmożony ruch turystyczny zrobił swoje.
Przed nami pierwsza na szlaku struga - jakże piękna byłaby w słońcu! Poziom wody zbyt niski, żeby swobodnie płynąć z bagażami, musimy holować kajaki. Potem kolejne trzy jeziorka i wpływ na największe na naszej drodze jezioro Pile (980 ha, głębokość do 44 m). Na szczęście mimo deszczu nie ma fal. Lądujemy na odległej o 3 km wysepce. Jest miejsce akurat na trzy namioty. Do rana z nich nie wychodzimy, bo deszcz zmienił się w ulewę. Jedyną atrakcją wieczoru jest wyśmienita
kolacja, którą przygotowała Ala (odtąd kucharzyć będzie już tylko ona, a my - chętnie spełniać rolę podkuchennych): makaron penne ze świeżymi pomidorami, camembertem, czosnkiem, bazylią i oliwą z oliwek. Dziś przepłynęliśmy 17 km.
*** I znów pogodny poranek. Szybko zwijamy obóz i ruszamy, pamiętając, jak szybko pogoda popsuła się wczoraj. Na lewym brzegu - tuż u wypływu szerokiej tutaj i uregulowanej Piławy - spory, gwarny biwak. Mijamy go szybko, bo na spływach nie lubimy hałasu. Na tym odcinku leniwa rzeka nie przysparza żadnych kłopotów. Po 3 km niezauważenie przechodzi w wąskie i niezwykle malownicze jezioro Dołgie, szczelnie otoczone lasami. 2 km za nim czujność kajakarzy wystawia na próbę nieoznaczony jaz (podczas II wojny światowej niemiecki schron). Grzmi tu kilkumetrowy, niezwykle groźny wodospad. Całe szczęście, że mamy składany wózek, przewozimy nim kajaki 50 m prawym brzegiem.
Wkrótce rozpoczynają się rozlewiska - znak, że wpływamy na Zalewy Nadarzyckie, które są naturalną ostoją bobrów, wydr i ptactwa wodnego. Przed nami startują kormorany, w trzcinach kryją się łabędzie rodziny z małymi, kwitną grzybienie i grążele. Jeszcze kilka lat temu wszystko było tak zarośnięte, że łatwo było się pogubić; dziś szlak jest dobrze oznaczony.
Lewy brzeg porasta coś na kształt lasu namorzynowego - powyginane korzenie drzew wystają prosto z wody, tworzą tajemnicze korytarze szczególnie piękne w słońcu. A my dziś mamy do niego szczęście! Wzmaga się za to wiatr. Kiedy na skarpie nad Zalewami rozbijamy namioty, wydaje się, że za chwilę wraz z nimi odlecimy.
Jesteśmy zmęczeni. Za nami 20 km, a przed nami penne z cukinią, czosnkiem, pietruszką i parmezanem oraz kiełbaski z ogniska. Pychota niewyobrażalna!
*** Trzeciego dnia mijamy Jezioro Berlińskie i ogromne pole biwakowe na lewym brzegu. Zbiornik kończy się groblą z elektrownią wodną. Obok jeden z licznych na szlaku bunkrów (to fortyfikacje Wału Pomorskiego liczącego niegdyś 275 km; w latach 30. XX w. Niemcy urządzili w okolicy wielki poligon, koło Bornego szkoliły się pancerne jednostki generałów Guderiana i Rommla). A więc kolejna przenoska. Tym razem korzystamy ze stojących na miejscu dużych wózków (1,50 zł za kajak). Zaledwie kilometr dalej, we wsi Nadarzyce, kolejna przeszkoda - półmetrowy uskok na zniszczonym jazie. Dla bezpieczeństwa nasze mocno obciążone kajaki spławiamy.
Od tego miejsca rzeka płynie wśród lasów. Jest piękna, dzika, ale nietrudna. Magda i ja mamy szczęście - płyniemy pierwsze i całą drogę prowadzi nas para zimorodków, a od czasu do czasu skarpą przemyka sarna. Piława mocno się wije, zdarzają się zakręty o 180 stopni. Sporo śladów po bobrach. No i te smutne umierające dęby, które podmyła i zabiła rzeka. Kilka kilometrów przed wsią Zdbice odnajdujemy uroczy leśny biwak (łatwo go namierzyć za sprawą drewnianych pomostów po obu brzegach rzeki). Tak nam się tu podoba, że spędzimy na nim kolejny dzień. Dziś przepłynęliśmy zaledwie 13 km.
Zachęceni otoczeniem (jagodowe zagajniki, jałowce, sosny i dęby) i wypoczęci szalejemy kulinarnie. Na początek bruschetta, czyli pieczona w ognisku grzanka z pomidorami i bazylią, potem szaszłyk z bakłażanami, papryką, cebulą i kiełbaską, a na deser placuszki z serem i konfiturą z truskawek. Ucztę przerywa deszcz, który nie ustaje aż do rana. Daniel w swoim kompaktowym namiocie na głos złorzeczy niebu i tworzy zapory z worków foliowych.
*** Czwarty dzień spływu - jedyny nie przy wiosłach. Idę na jagody. Niestety, są małe i raczej kwaśne, za to dorodnych malin w bród! Pichcę z moich zbiorów kisiel i okraszam śmietanką. Ale najpierw sałatka grecka z prawdziwą fetą. Niestety, nie będzie planowanego makaronu z grzybami. Trafiliśmy na pierwsze od sześciu tygodni deszcze i ściółka jest mocno wysuszona, grzybów nie ma. Trzeba za to uważać z ogniskiem.Pod wieczór znowu pada. Dogaszamy ogień i zaszywamy się w namiotach. Z pełnymi brzuchami i lekturą. Nazajutrz ruszamy pod okiem ciężkich, stalowych chmur, ale jakoś w meandrach Piławy deszczowi umykamy. Po 9 km - Szwecja (gdzie stoją nasze auta). To bardzo ciekawa miejscowość. Lokowana w 1490 r., zawdzięcza nazwę mieszkańcom, którzy w czasie potopu stawili Szwedom zbrojny opór. Dziś liczy 800 mieszkańców i z naszych obserwacji wynika, że są oni do przybyszów nastawieni pokojowo.Po 6 km cumujemy przy moście w Głowaczewie, niemal u podnóża ładnego neogotyckiego kościoła z 1865 r. (Piławą można płynąć jeszcze 21 km, aż do wpływu do Gwdy przed miejscowością Dobrzyca). Po chwili zjawia się "Kapitan", by zawieźć nas na Dobrzycę, prawy dopływ Piławy. Ale to już zupełnie inna opowieść.
*Iza Szumielewicz jest dziennikarką Radia ZET Skąd kajaki? Andrzej Szeremeta, "Kapitan", Wałcz - 30 laminatów, 20 zł/doba, transport 1,80zł/1km, tel. 067 387 40 89, 600 599 678, www.kapitan.i365.pl
Pomorski Wojskowy Ośrodek PTTK, Wałcz - 20 polietylenów, 30 zł/doba, transport 1,80zł/1km, tel. 067 250 22 28, 601 337 954
Lektura i mapy. "Kajaki od A do Z; poradnik i przewodnik dla kajakarzy", Pascal 2003; Zbigniew Galiński: "Gwda, Piława i Rurzyca; przewodnik dla kajakarzy", Pascal 2003; "Piława; szlak wodny", PTTK Kraj, 1995; Przemysław Bartosik: "Dzieje wsi Szwecja nad Piławą", 2006