http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Grzech oblężonej twierdzy

Rozmawiała Katarzyna Wiśniewska
2010-03-30, ostatnia aktualizacja 2010-03-30 10:27

Klerykalna mentalność doprowadziła do tego, że Kościół zamiast na dramacie ofiary skupiał się na tym, co zrobić z księdzem pedofilem. Bo Kościół równał się duchowni - mówi Ks. Jacek Prusak*

ks. Jacek Prusak
ks. Jacek Prusak
Katarzyna Wiśniewska: Jak to jest możliwe: wszyscy wiedzą, że pedofilia to straszny grzech, a tak opornie idzie rozwiązywanie tych problemów przez Kościół?

Ks. Jacek Prusak: Ksiądz nie jest zatrudniony w Kościele na umowę o pracę. Więź księdza z biskupem ma więc inny charakter niż w instytucjach świeckich. Biskup jest przełożonym, ale podczas święceń księdza publicznie przyrzeka, że będzie jego ojcem i protektorem. Niektórzy biskupi mogą chcieć chronić księdza za wszelką cenę, błędnie interpretując swoją odpowiedzialność za niego.

Poza tym, choć pedofilię Kościół zawsze traktował jako ciężki grzech, to aż do lat 80. w psychoterapii dominowało przekonanie, że pedofilia to nie tyle wykorzystywanie, ile co inicjacja seksualna. I nawet jeśli doprowadza do niej dorosły, to dziecko czy nastolatek go do tego prowokuje. Wielu terapeutów uważało, że ten typ wykorzystania seksualnego nie jest doświadczeniem traumatycznym. Dziś wiemy, że to nieprawda.

Czy takie myślenie było obecne też w Kościele? Że dziecko jest kusicielem?

Pamiętam wypowiedź amerykańskiego księdza psychologa, który rozmawiał z księżmi posądzonymi o molestowanie. Uderzyło go z jakim spokojem, emocjonalnym dystansem opowiadali o swoich czynach. W ich mniemaniu to była wręcz forma pomocy, a nie krzywdzenie dzieci. Patrząc na to tylko w kategoriach moralnych, zapominamy, że sumienie pedofila jest kompletnie zaburzone. Wielu księży-pedofilów było w dzieciństwie wykorzystywanych seksualnie. To ich nie usprawiedliwia, pomaga jednak zrozumieć cały mechanizm. Wykorzystywanie dzieci było próbą poradzenia sobie z własną traumą.

Z drugiej strony mamy tych, którzy te dramaty tuszowali. Jakie myślenie o grzechu dominowało w Kościele na początku lat sześćdziesiątych, gdy Watykan wydał "Crimen Sollicitationis", instrukcję nakazującą milczenie o pedofilii?

Ta przedsoborowa instrukcja powstała z lęku, który towarzyszył Kościołowi w walce z modernizmem. Kościół czuł się wówczas twierdzą atakowaną z każdej strony. Ksiądz musiał mieć nieposzlakowaną opinię. Upublicznianie przypadków pedofilii mogło być wykorzystane w wojnie ideologicznej z Kościołem. Nie było mowy o współpracy między Kościołem a instytucjami państwowymi, bo państwo oraz instytucje demokratyczne były postrzegane jako wrogie.

"Crimen Sollicitationis" wcale nie podważała faktu, że pedofilia jest przestępstwem. Już w IV wieku św. Bazyli jednoznacznie stwierdził: "Ksiądz albo zakonnik, który obcuje z młodymi chłopcami lub dziećmi, ma być publicznie wychłostany. Przez pół roku ma pokutować w więziennym odosobnieniu i nigdy już nie będzie przebywać z młodzieżą, czy to rozmawiając z nią, czy nauczając" . Jednak ani wtedy, ani przy formułowaniu owej instrukcji nie traktowano pedofilii jako chorobę, ale jako ciężki grzech i słabość moralną z której można się wyzwolić.

Specyficzna hierarchia zła: większe nie gdy grzech został popełniony, ale kiedy wychodzi na jaw.

To teologia, wedle której Kościół jest święty, nie może na nim powstać żadna widoczna rysa, wszystko ma być załatwiane wewnątrz instytucji, ponieważ wszystko, co dobre w Kościele, płynie z góry. Taka klerykalna mentalność doprowadziła do tego, że Kościół zamiast na dramacie ofiary skupiał się na tym, co ma zrobić z księdzem, sprawcą pedofilii. Bo Kościół to byli duchowni.

List Benedykta XVI do Irlandczyków to przełom? Papież potępił pedofilię, ale jako przyczyny wskazuje m.in. "opaczne interpretacje programu odnowy Soboru Watykańskiego II", które wiązały się z tendencją "do unikania stosowania kar wobec nieuregulowanych sytuacji kanonicznych".

List jest ważnym wydarzeniem, choć trudno się zgodzić się z taką interpretacją skutków Soboru. To prawda, że apogeum skandali pedofilskich w USA przypada na lata 70., kiedy w Kościele eksperymentowano, seminaria duchowne funkcjonowały według własnych zasad. Tyle że to nie jest wina Soboru! W żadnym dokumencie Sobór pedofilii przecież nie usprawiedliwia. Z kolei w Kościele przedsoborowym nie robiono w seminariach praktycznie żadnych badań psychologicznych kandydatom na księży, a było ich znacznie więcej niż dzisiaj. Statystycznie było wśród nich więcej mężczyzn niedojrzałych emocjonalnie, w tym pedofilów, bo jak pokazują badania, większość kapłanów, którzy dopuścili się molestowania, była wyświęcona przed 1950 r.

Znamienne, że w USA najbardziej zawiedli konserwatywni biskupi. Kościół amerykański oceniamy głównie po postawie kard. Bernarda Law, który tuszował przypadki pedofilii. Ale na początku lat 80. podczas pierwszej fali kryzysu, nieżyjący już kard. Joseph Bernardin - sam zresztą niesłusznie oskarżany o pedofilię - powołał dwie komisje do zbadania tych spraw, złożone z księży i świeckich. Swój raport przedstawili na zjeździe Episkopatu, niektórzy biskupi go przyjęli. Kard. Law nie, po kilkunastu latach to się na nim zemściło. Zgubiło go błędne pojmowanie wierności i lojalności Kościołowi. Chcąc mieć dobre notowania w Watykanie, ukrywał problemy swojej diecezji i rywalizował z kard. Bernardinem.

Maeve Lewis z irlandzkiej organizacji One in Four, skupiającej ofiary księży-pedofilów, zarzucił Benedyktowi XVI, że ukrywanie tych dramatów nazwał wypaczeniem, podczas gdy była to taktyka Kościoła.

Tak, to była polityka Kościoła, trudno temu zaprzeczać. Do tego dochodzą uwarunkowania specyficzne dla danych krajów. W Irlandii na przykład Kościół był ściśle związany z państwem. Trudno było zadziałać z zewnątrz, skoro większość instytucji kontrolował Kościół. Któryś z irlandzkich księży mądrze powiedział, że Kościół w Irlandii stał się tak katolicki, że przestał być chrześcijański.

Zaskakuje mnie milczenie świadków. Nie tylko duchowni, ale świeccy ludzie, których domy sąsiadowały z internatami w Dublinie, słysząc płacz dzieci, nie reagowali. To dziwnie pojęta lojalność wobec Kościoła?

Raczej ten sam mechanizm, który obserwujemy np. u sąsiadów rodzin patologicznych. Ludzie widząc, że dzieje się coś złego, wycofują się, udają, że nie ma problemu. A przynależność kościelna, duże zaufanie społeczne do Kościoła zamiast czujność wyostrzyć dodatkowo ją osłabiały. Postawy zaprzeczania takim problemom widać także w zawodach zaufania publicznego.

Nowa instrukcja z 2001 r. nakazuje sprawy pedofilii przekazywać do Watykanu. To wynika z polityki prywatności Kościoła, przekonania, że sam najlepiej swoje problemy rozwiąże?

Kościół zostawia sobie autonomię w ocenie księdza i osądzeniu go według norm prawa kanonicznego. Nowość polega na tym, że biskupi zostali zobowiązani do powiadomienia o każdym uzasadnionym podejrzeniu Kongregację Nauki Wiary, która ma wyłączne prawo orzekania w sprawach o seksualne wykorzystanie nieletnich. To z jednej strony ma przyśpieszyć postępowanie, a z drugiej dać możliwość niezależnej weryfikacji. Trzeba pamiętać, że od 1986 r. kilkudziesięciu księży posądzonych o molestowanie popełniło samobójstwo.

Wielu komentatorów zarzuca Benedyktowi XVI, że nie dał polecenia, żeby o przypadkach pedofilii donosić od razu do prokuratury.

Myślę, że Kościół nad tym pracuje. W USA i Irlandii jest teraz oczywiste, że biskupi współpracują z instytucjami świeckimi. Ale jeśli miałoby się to stać prawem uniwersalnym, konieczne są zmiany prawa kanonicznego.

Wydaje się, że Kościół hierarchiczny ma problem z rozliczeniem duchowym grzechu pedofilii. Brakuje żalu za grzechy. Część biskupów tłumaczy, że chcieli chronić Kościół. A biskup Ratyzbony Gerhard Müller stwierdził, że to nagonka na Kościół, podobna do tej z III Rzeszy.

To odruch obronny, bo nagłaśnianiu win Kościoła nie towarzyszy pokazywanie niczego, co Kościół robi dobrze. Z drugiej strony wielu biskupów w Irlandii czy USA mówi wprost, że Kościół nie stanął na wysokości zadania, popełniono błędy. Zaufanie do Kościoła zostało poważnie nadszarpnięte. Dominikanin Timothy Radcliffe słusznie zauważył że wraca tu także rykoszetem protest świeckich, którzy czuli się represjonowani restrykcyjną etyką seksualną encykliki "Humanae vitae" Pawła VI. Biskupi prezerwatywę uznali za oznakę rozpasania seksualnego katolików, a obok siebie mieli kapłanów molestujących nieletnich. I ich chronili. Łatwo w takiej sytuacji utracić autorytet.

A pokuta? Odpowiedzialni za tuszowanie, np. kard. Bernard Law, uciekł z USA przed procesami i znalazł schronienie w Watykanie na prestiżowym stanowisku.

W oczach opinii publicznej wyglądałoby lepiej, gdyby ta pokuta była bardziej wyraźna, ale tak po ludzku nie dziwi mnie lojalność Kościoła wobec człowieka, który nie zasłaniał się polityką Watykanu, tylko całą winę wziął na siebie. W historii Kościoła pozostanie "czarnym charakterem". A te stanowiska w Watykanie może są prestiżowe, ale nie wiążą się z żadną władzą.

Co z zadośćuczynieniem? Czy finansowe odszkodowania dla ofiar wystarczą?

Żadnej krzywdy się nie da spieniężyć. Oczywiście Kościół powinien wspierać finansowo ofiary pedofilii, przede wszystkim po to, żeby umożliwić im profesjonalną terapię. Ważne są też gesty symboliczne, pokazanie, że to oni są dla Kościoła najważniejsi, na pierwszym planie.

Czy jest uprawnione twierdzenie, że środowisko osób duchownych jest szczególnie narażone na pedofilię, czy to mit?

Badania pokazują, że księża nie są grupą zwiększonego ryzyka - zarówno na tle duchownych innych wyznań jak i grup społecznego zaufania - lekarzy, nauczycieli, prawników.

Także celibat nie jest czynnikiem motywujących do stosunków z nieletnimi. Większość pedofilów to mężczyźni heteroseksualni, którzy mają własne rodziny. Można też wytłumaczyć to w najprostszy sposób: po co ksiądz miałby się tak narażać? Jeśli będzie współżył z osobą dorosłą, może doprowadzić do zgorszenia, ale nie popełnia przestępstwa.

Nietrafiony jest też argument skrajnie konserwatywnych komentatorów, wedle których księża pedofile są homoseksualistami. Większość ofiar to chłopcy, ale kryterium pedofilii nie jest płeć, lecz wiek. Sprawcy pedofilii nie mają na ogół orientacji homoseksualnej, to fiksacja bądź regresja. A ich nieskonsolidowana tożsamość psychoseksualna jest czynnikiem ryzyka, a nie przyczyną.

Jak powinna się zmienić polityka Kościoła, żeby zapobiec takim dramatom na przyszłość?

Trzeba wrócić do nauk Soboru Watykańskiego II o Kościele i roli laikatu. Gdybyśmy wzięli je sobie do serca, inaczej wyglądałaby postawa świeckich, inna byłaby reakcja biskupów i Watykanu.

To znaczy jaka?

Wolna od klerykalizmu. Przenoszenie z diecezji do diecezji może być degradacją lub awansem, dlatego biskup będzie robił wszystko, by wypaść jak najlepiej. Ten rodzaj mentalności zgubił kardynała Law. Zgodnie z Soborem Watykańskim II nie tylko duchowni, ale i świeccy mają coś do powiedzenia w Kościele. W większości przypadków, o których rozmawiamy, zwykli katolicy nie byli pytani o zdanie. Sprawę załatwiał biskup z księdzem. W Irlandii ludzi sparaliżował lęk przed biskupem, bo od jego oceny była uzależniona ich praca, dalsza kariera. Z kolei niektórzy hierarchowie do dzisiaj żyją w przekonaniu, że świat otaczający Kościół jest zły i trzeba się przed nim bronić. Zwieranie szeregów często skutkuje autorytaryzmem: jesteśmy jedynym bastionem prawdy i koniec. Tego trzeba się wystrzegać.

* Ks. Jacek Prusak - jezuita, psychoterapeuta, redaktor "Tygodnika Powszechnego"

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':