http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wyrok nietolerancyjny

ks. Andrzej Draguła*
2009-12-07, ostatnia aktualizacja 2009-12-04 15:50

Krzyża nie należy stawiać zawsze, wszędzie i za każdą cenę

ZOBACZ TAKŻE
Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Soile Lautsi vs Republika Włoska spotkał się w większości z niezrozumieniem i oburzeniem. Kościoły chrześcijańskie dość solidarnie wystąpiły w obronie krzyża. Tadeusz Bartoś na łamach "Gazety Wyborczej" ("Zaprzestań gniewu, porzuć zapalczywość, GW 20.11.2009r.) dokonał jednak właściwej sobie interpretacji motywów oporu ze strony wspólnoty Kościoła, sprowadzając je do jednego - stanowisko Kościoła to przejaw konstantyńskich zapędów Watykanu, który nie zauważył, że świat się zmienił, i - tak jak dawniej - oznacza krzyżami swoje święte terytorium. Status krzyża (i innych znaków religijnych) w przestrzeni publicznej wydaje się jednak o wiele bardziej skomplikowany.

Kulturowy czy religijny?

Zgadzam się z Bartosiem co do jednego - niebezpieczeństwa, jakie wynika z przesunięcia rozumienia krzyża jako artefaktu religijnego w kierunku artefaktu kulturowego, a nawet społeczno-politycznego. Przykładem może być opinia prof. Francesco D'Agostino wyrażona na łamach "L'Avvenire", według którego orzecznictwo sądów włoskich postrzega krzyż nie tylko jako symbol religijny, ale także kulturowy i obywatelski: zawarta jest w nim znaczna część historii Włoch oraz wrażliwość nie tylko chrześcijan, ale także ludzi niewierzących. Krzyż jest symbolem uniwersalnym, nie tylko konfesyjnym - zauważa wybitny włoski prawnik i wskazuje na konieczność głębokiego poszanowania dla krzyża.

Trybunał faktu tego nie podważa. Nie traktuje bowiem krzyża jako artefaktu kulturowego, ale jako znak religijny. Jego obecność ma naruszać sferę wolności przekonań, a w tym wolności do przekonaniach religijnych czy niereligijnych. Należy się zgodzić z prof. Jerzym Stępniem, który w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" mówił: "Nie zgadzam się z taką argumentacją. Nie ma podstaw, by nazywać krzyż znakiem tożsamości kulturowej i na tej podstawie domagać się jego obecności w przestrzeni publicznej. Krzyż to z całą pewnością znak religijny" (GW, 7-8.11.2009r.). Ma więc rację Bartoś, gdy pisze, że "jeśli bowiem zgodzić się, że krzyż jest przede wszystkim znakiem śmierci Chrystusa dla odkupienia wszystkich ludzi, wtedy ujawniłby się faktyczny konflikt ideowy". To właśnie ten "konflikt ideowy", a nie "konflikt kulturowy" jest zarzewiem sporu.

Zaproponowana przez obrońców krzyża argumentacja jest jednak mieczem obosiecznym. Protesty przeciwko bluźnierczym aktom wobec krzyża pokazują, że do tego samego argumentu odwołują się także ci, którzy mają na swoim koncie czyny uznawane za obrazoburcze. Przypomnijmy sobie choćby casus „Pasji” Doroty Nieznalskiej. Autorka umieściła męskie genitalia na nagim krzyżu i połączyła to z filmem wideo, na którym widać mężczyznę ćwiczącego w siłowni. Linia obrony artystki odwoływała się do rozumienia krzyża jako powszechnie rozpoznawanego znaku kulturowego. Zgadzam się, krzyż wyraża pasję, a więc mękę, ale nie da się tej pasji odseparować od Człowieka, który został na krzyżu „umęczony”. Autorka instalacji o tym wiedziała. Użyła tego znaku, bo znała siłę jego „rażenia”. Tłumaczenie, że to znak kulturowy, to tylko zasłona dymna.

Krzyż dla "czystych"?

Problem rozumienia krzyża bardzo wyraziście ujawnił się przy okazji dyskusji w parlamencie kanadyjskiej prowincji Quebec. Toczyła się tam debata, czy w sali parlamentu powinien pozostać krzyż, który od dziesiątków lat wisi w samym centrum izby, nad fotelem przewodniczącego. Po burzliwej dyskusji podjęto decyzję o pozostawieniu krzyża, godząc się ostatecznie co do jego aktualnego znaczenia. Krucyfiks pozostał w sali obrad nie z powodów religijnych, lecz narodowo-historycznych, zawdzięczając swoją obecność przeszłości, a nie teraźniejszości. Został jako znak dziedzictwa i tożsamości kulturowej mieszkańców tej wciąż w większości katolickiej prowincji. Ostatecznie jednak pozostał tam jako rekwizyt przeszłości, a nie profetyczny znak żywej wiary. A jego obecność - jak podkreślali komentatorzy - nie ma żadnej moralnej mocy zobowiązującej. Także wobec ustanawiających prawa parlamentarzystów.

W jakim więc celu instalować krzyże w przestrzeni publicznej ? Czy rzeczywiście jest, jak sugeruje Bartoś, że „znak religijny konstytuuje przestrzeń religijną”? I to w sposób niejako konieczny? Stawianie krzyży nie może być wyłącznie oznaczaniem własnego terytorium. Powinno mieć raczej znaczenie przypominające i zobowiązujące, a nie wyznaczające pseudokapliczny charakter klasy szkolnej czy sali szpitalnej. Pozostaje pytanie, czy krzyż w miejscu publicznym realizuje tak zdefiniowaną rolę. Czy rzeczywiście przypomina, napomina, wypomina, stawia pytania i jest wyrzutem sumienia? Quebecki przykład mówi, że nie zawsze. Wielu autorów podnosi wątpliwość, czy obecność krzyża w szkole działa przemieniająco na uczniów. Zbigniew Mikołejko w tekście pt. „Protokoły Anny Halman”, gdzie przypomina historię uczniów z Gdańska znęcających się nad koleżanką, która przypłaciła to życiem, pisze: „krucyfiks wisiał przecież na ścianie klasy i wcale nie przeszkadzał tym chłopcom z »katolickich, porządnych rodzin « w ich nikczemnych zabawach z »ciałem «. Jeden z nich był nawet ministrantem i pozostał nim nawet po śmierci dziewczyny” (W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu, s. 91-92).

Czy więc należy zdjąć krzyż ze ściany klasy szkolnej, bo jest moralnie „nieskuteczny”? Obawiam się jednak, że podobnie „nieskutecznie” krzyż wisi w niejednym zakładzie pracy, w którym wyzyskuje się pracowników, urzędzie, gdzie uprawia się łapówkarstwo, w domach, gdzie rodzice krzywdzą dzieci a dzieci rodziców, a być może nawet w gabinecie lekarskim, gdzie pokątnie dokonuje się aborcji. Wszystkie te miejsca są „poświęcone” poprzez obecność krzyża, ale ludzie wcale nie stają się dzięki temu automatycznie lepsi. Powiem więcej: do kościoła, który jest krzyżem par excellence, przychodzą notoryczni grzesznicy. Czy więc należałoby zezwolić na przystęp do krzyża, na przebywanie w jego „cieniu” wyłącznie tym, którzy są katharoi, tzn. czyści?

Ile religii w państwie?

Istota problemu to pytania o prawo do obecności znaków religijnych w przestrzeni publicznej, a szerzej - prawo do wyznawania swoich przekonań w tej przestrzeni. Słusznie zauważa Bartoś, iż idzie "o zapewnienie harmonijnego współistnienia ludziom o niekiedy skrajnych poglądach". Trudno jednak zgodzić się z proponowanym przez niego i przez trybunał rozwiązaniem.

Najbardziej znany model to regulacje prawne przyjęte we Francji. Zasada laickości państwa doprowadziła tam do przyjęcia w roku 2004 zakazu używania tzw. ostentacyjnych znaków wiary w przestrzeni publicznej: szkoła, szpital, urzędy państwowe, zakłady pracy. Zakaz ten dotyczy zarówno kobiet islamskich noszących chusty, katolików i ich krzyżyków czy wyznawców judaizmu i ich nakryć głowy. Ostatnio dyskusja rozgorzała na nowo po tym jak w grupie licealistów weszła do budynku Zgromadzenia Narodowego afgańska dziewczyna w chuście do kolan.

Zupełnie inny model wybrała Kanada. Najbardziej spektakularnym przykładem jest wyrok Sądu Najwyższego, który pozwolił młodemu wyznawcy sikhizmu na noszenie w szkole kirpanu - tradycyjnego sztyletu rytualnego. Sąd uznał, że ograniczenie wolności religijnej młodego Sikha uderza w "Kanadyjską Kartę Praw i Wolności", która gwarantuje wszystkim podstawowe prawa, w tym prawo do wyznawania religii. Stwierdzono także, że rzeczony sztylet nie jest faktycznie bronią białą, ale spełnia funkcję kultyczną. W Kanadzie nikt nie zabrania noszenia kirpanu, chusty, krzyża, kipy (jarmułki) czy sikhijskiego turbanu. Model kanadyjski opiera się na założeniu, że tożsamość religijna jest elementem tożsamości obywatelskiej, tzn. nie można zmusić, by wierzący wkraczając w przestrzeń publiczną, wyrzekł się swojej wiary i w żaden symboliczny sposób jej nie demonstrował.

Ważne jest tutaj rozstrzygnięcie, co należy do ścisłej sfery państwowej, która powinna pozostać światopoglądowo neutralna, a co do sfery społecznej, której religijny kształt winien odzwierciedlać wolę i strukturę społeczeństwa. Czy - przykładowo - szkoła jest elementem struktury państwa czy społeczeństwa? To przecież państwo ma być laickie, a nie społeczeństwo. A nawet gdyby szkoła miała być laicka, to wcale nie oznacza, że laiccy muszą pozostać jej uczniowie. Istota problemu zamyka się więc w pytaniu, co człowiek wierzący może, a czego nie może "wnieść" w przestrzeń publiczną i na ile sfera ta może być miejscem wyrażania się jego religijności czy niereligijności. Czy musi być to sfera religijnie wypreparowana?

Bartoś pisze, że społeczeństwo demokratyczne musi chronić interes mniejszości. Taką mniejszością mogą być ateiści. Są tacy ateiści, którzy - jak zauważa Bartoś - „chcą i mają do tego prawo, by ich dzieci nie były wychowywane religijnie”. Czy jednak pod płaszczem zapewnienia równości wszystkich nie tworzy się państwa wyznaniowego a rebours, tzn. takiego, gdzie jedynym preferowanym „wyznaniem” staje się ateizm, który - inaczej niż religia - ma prawo być manifestowany nie tylko prywatnie, ale także publicznie czy politycznie? Czy sprawiedliwe jest, by w szkole, gdzie zdjęto krzyż, komfortowo czuł się jedynie ten, kto krzyża „nie znosi”? A co z tymi, co wierzą i chcą, by ich dzieci były wychowywane religijnie? Dla nich są szkoły katolickie - odpowiedzą zapewne oponenci. Czy ktoś broni ateistom zakładać własne szkoły ateistyczno-wyznaniowe? Przecież ateizm nie jest światopoglądowo neutralny. W swej skrajnej postaci jest de facto „wiarą z ujemnym wektorem”. Trzeba szukać takiego modelu, by szkoła publiczna pozostała otwarta dla tych, co wierzą i dla tych, co tej wiary nie podzielają.

Krzyż za krzyż?

Kobieta wnosząca skargę do trybunału uznała, że przebywanie jej dziecka w miejscu, gdzie znajduje się krzyż niejako "przymusza" ją do przebywania w przestrzeni religijnej, w domyśle - dokonuje się katolicyzowanie na siłę. Jak daleko można pójść w takiej argumentacji? Kogo - dla przykładu - należałoby zaskarżyć za "przymus" świętowania - bądź co bądź chrześcijańskiej w swych korzeniach - niedzieli? A co ma zrobić rodzic - wyznawca judaizmu, którego dziecko "przymusza się" do udziału w jasełkach? Czy powinien domagać się prawnego zakazu grywania jasełek we wszystkich szkołach? Czy to sprawiedliwe? Czy to jeszcze religia czy już kultura?

Z tekstu Bartosia wyłania się zidealizowany obraz chrześcijaństwa bezreligijnego, sprowadzonego prawie wyłącznie w jakiejś nie do końca zdefiniowanej sfery prywatnej. Ale to idea utopijna, przynajmniej w swej skrajnej postaci. Chrześcijaństwo jest nie tylko wewnętrzną wiarą, ale i zinstytucjonalizowaną, zewnętrzną religią, która nie chce zostać zepchana do getta. Zakazywanie człowiekowi, by był religijny poza sferą stricte religijną, wydaje się być wbrew jego przyrodzonym prawom. To nie ekspansywny konstantynizm przyświeca tym, którzy wieszają krzyże w swoich domach czy miejscach, gdzie pracują. To pragnienie zorganizowania przestrzeni życiowej według wyznawanych przez siebie zasad. Krzyż pozostaje znakiem, który organizuje ostatecznie przestrzeń moralną, a nie geograficzne terytorium. Problem zaczyna się wówczas, gdy w tej samej przestrzeni zechcą zamieszkać ci, którzy żyją według odmiennych zasad.

Obawiam się, że wyrok trybunału nie stanie się narzędziem budowania pokoju i tolerancyjnego współistnienia, ale zarzewiem niezgody, wręcz nienawiści. Bartoś pisze, że orzeczenie to "wywołuje falę oporu, która może raczej wzniecać zachowanie nietolerancyjne, niż je redukować". Nie, to nie opór "strony kościelnej" jest nietolerancyjny, ale sam wyrok, który ten opór wywołał. Winni niepokoju będą teraz zarówno ci, którzy bezmyślnie będą zdejmowali krzyże, jak i ci, którzy będą je bezmyślnie wieszać, stawiać, instalować. Krzyża nie należy stawiać zawsze, wszędzie i za każdą cenę. A już na pewno nie należy tego robić "na złość". Jedni będą chcieli stawiać krzyże wszędzie. Drudzy będą czynili wszystko, by krzyże wszędzie znikły. Istnieje niebezpieczeństwo, że i jedni i drudzy nie będą w swym działaniu powodowani ani tolerancją (ci, co zdejmują) ani miłością bliźniego (ci, co wieszają). Oko za oko, ząb za ząb, krzyż za krzyż, powieszony za zdjęty. To prawda, że krzyż ma być znakiem sprzeciwu. Ale to wcale nie znaczy, że znakiem wojny.

  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':