W kolejne rocznice śmierci
Jana Pawła II nieuchronnie powraca pytanie: w jakim stopniu
Ojciec Święty jest nadal obecny w naszych uczuciach i w naszych wyborach życiowych? Pytania te nurtują nie tylko polskie środowiska. Tomasz Halik, zwany czeskim Tischnerem, wspominając ze wzruszeniem swoją reakcję na śmierć papieża Polaka, pisze: „w niedzielę po raz pierwszy sprawowałem Mszę świętą bez wypowiadania jego imienia - (...) serce ścisnęło mi się z bólu i chociaż starałem się ze wszystkich sił, by nie dać poznać tego po sobie, głos mi się załamał, jakby we mnie samym coś umarło” (T. Halik, „Noc spowiednika”, Katowice 2007). Potem zaś ze sfery uczuć przechodzi w dziedzinę duchowego dziedzictwa, by zacytować wypowiedź zaprzyjaźnionego Żyda, którego spotkał podczas wykładów w Cambridge. Z jego ust usłyszał znamienny komentarz: „Nawet gdybyście wy, katolicy, kiedyś o tym papieżu zapomnieli, naród żydowski o nim nie zapomni nigdy. Zawsze będzie dla nas na czołowym miejscu, jako sprawiedliwy wśród narodów świata” (tamże, s. 199).
Braterstwo czy autoagresja? Przytoczone wyżej opinie nie należą do odosobnionych. Duchowe inspiracje wniesione w historię przez Jana Pawła II wydają swój plon, kształtując mentalność młodego pokolenia, w tym także przyszłych polskich kapłanów. Byłem mile zaskoczony, gdy w grudniu 2008 r. w publicznej dyskusji z przedstawicielami ortodoksyjnych rabinów usłyszałem w Jerozolimie ocenę sformułowaną przez izraelskich gospodarzy: "Trzeba widzieć, że sytuacja społeczna ulega głębokim zmianom. Antysemityzm pojawia się dziś w środowiskach, którym wcześniej był całkowicie obcy, np. w Indiach. Natomiast Polska, która wielu naszym bliskim kojarzy się z dramatem Holocaustu, należy dziś - jak mogliśmy się przekonać w dyskusjach - do krajów najbardziej przyjaznych Izraelowi".
Obawiam się, że autor ostatniej opinii osłabiłby ją po lekturze wywiadu rzeki z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim. Sceptycyzm wobec dorobku Jana Pawła II znajduje tam wyraz m.in. w mocnej tezie, iż w ciągu ponad dwudziestu lat, które upłynęły od wizyty w rzymskiej synagodze, "nie zanotowaliśmy (...) żadnego dostrzegalnego postępu" w zachowaniach strony żydowskiej. Tezę tę uważam za równie mocną jak bezpodstawną. Zmiany, jakie dokonały się ostatnio, wymownie podsumowuje pierwsze zdanie dokumentu "Dabru Emet". Mówi ono: "W ostatnim czasie nastąpiła dramatyczna, bezprecedensowa zmiana w stosunkach żydowsko - chrześcijańskich". Głębokie różnice we wzajemnych kontaktach żydowsko-katolickich stanowią ważne konsekwencje dziedzictwa papieża Polaka, których nie wolno bagatelizować w imię elementarnej uczciwości intelektualnej. Przejawem tej radykalnie nowej atmosfery pozostają zarówno żydowskie środowiska przemawiające językiem wspólnych wartości, jak i przyjacielska więź wyrażana choćby w "wakacjach teologicznych" łączących studentów Lubelskiego Seminarium Metropolitalnego i przyszłych rabinów z Abraham Geiger College w Berlinie.
Mimo grzecznościowych zapewnień, iż nie wchodzi w grę korygowanie wypowiedzi papieskich, ks. Chrostowski wyraża wiele zastrzeżeń do słów Jana Pawła II skierowanych do Żydów: "Jesteście naszymi umiłowanymi braćmi i w pewien sposób można by powiedzieć, naszymi starszymi braćmi". Nie ukrywa on krytycznego dystansu, gdy pisze, iż określenie "starsi bracia" nie występowało wcześniej w teologii katolickiej. "Czyżby Kościół przez dwa tysiące lat nie wiedział, że ma starszego brata?" (s. 494). Argument ten przypomina mi publikacje z 1981 r., do których [nawiązania - kor] jeszcze dziś łatwo dostrzec na łamach periodyków uważanych za naukowe. Radykalni obrońcy tradycji językowej wykazywali wówczas, iż słowo "Solidarność" jest obce myśli katolickiej, gdyż nie pojawia się ono na kartach Biblii. Można je natomiast łączyć z tradycją masońską. Nie zrażając się podobną retoryką,
Jan Paweł II pisał w encyklice "Sollicitudo rei socialis", że solidarność jest cnotą chrześcijańską, bowiem jej specyficznie chrześcijański charakter wyraża się w bezinteresowności, przebaczeniu i pojednaniu (p. 40). [może s. 40? - kor]
W perspektywie czasu dostrzegamy mądrość nauczania papieskiego, konsternacją winni natomiast reagować ci, którym idee "Solidarności" kojarzyły się przede wszystkim z masonami. Ks. Chrostowski ogranicza się jedynie do łagodniejszego komentarza, zauważając, iż starsi bracia odgrywali nierzadko w opisie biblijnym negatywną rolę, od Izmaela po brata syna marnotrawnego. Trudno odmówić mu racji. Młodsi bracia bywali zresztą również etycznie dwuznaczni - niech za przykład wystarczy sam syn marnotrawny. Kiedy jednak Jan Paweł II wprowadza określenie "starsi bracia", nie wygląda poważnie upominanie go, iż wcześniej nie używano takiego terminu. Tętniący życiem Kościół nie stanowi bowiem terminologicznego muzeum, lecz żywo reaguje na problemy epoki. Język, którym mówił Jan Paweł II, niósł dla wielu osób rozwiązanie tych problemów i przez to właśnie jest dla nas cenny i bliski.
Byłoby niepoważne sprowadzanie wypowiedzi papieskich do poziomu debat o wyższości młodszych braci nad starszymi. Istotne jest to, że łączy nas ta sama relacja braterstwa, ten sam Ojciec z niebios, ten sam dramat życiowej wędrówki szlakiem Abrahama i Mojżesza. Jeśli na tym właśnie szlaku ktoś z chrześcijan chciałby atakować tradycje judaizmu, stanowiłoby to formę autoagresji uderzającej w tożsamość chrześcijańską. Odcinanie się od korzeni, z których się wyrasta, stanowi wyraz głębokiego kryzysu, w którym zagubione zostało poczucie własnej identyczności.
Wskazówki ks. Chrostowskiego, iż papieskiego określenia o starszych braciach należy używać „z rozmysłem i poprawnie” (s. 494), uważam za niezbyt wartościowe z tej racji, że
wszystkie wypowiedzi należy formułować „z rozmysłem i poprawnie”. Warunek ten, niestety, jest naruszany systematycznie w całym wywiadzie. Zarówno jego język, jak i koncepcja misji Kościoła, godności człowieka, otwarcia na dialog, poczucia braterstwa rodziny ludzkiej odbiegają daleko od duchowego dziedzictwa Jana Pawła II.
Milczenie i dialog Na 560 stronach wywiadu rzeki formułowane są opinie o różnym stopniu uzasadnienia. Niektóre części książki stanowią osobiste wspomnienia, inne sygnalizują zmianę wcześniejszych poglądów Autora. Dowiadujemy się wtedy, że obecnie ks. Chrostowski nie podpisałby się już pod swą wcześniejszą krytyką poglądów Jędrzeja Giertycha; sformułował ją bowiem w okresie, gdy miał za dużo zaufania do środowiska "Tygodnika Powszechnego".
Zaskakują i żenują przede wszystkim niesprawiedliwe oceny dotyczące pontyfikatu Jana Pawła II. Możemy się z nich dowiedzieć, że papieska wizyta w synagodze rzymskiej stanowi jedynie "swoistą prowokację" (s. 490). Sugestia, że Jan Paweł II odwiedził synagogę po to, by prowokować ("swoiście"), ubliża znowu wielkości dzieła dokonanego przez papieża Polaka. Papieska modlitwa w synagodze nie była prowokacją; była wyrazem wspólnoty dzieci jednego Boga oraz aktem odwagi, w której jako drugi papież - po św. Piotrze - Ojciec Święty zjednoczył się w modlitwie ze środowiskiem "starszych braci w wierze".
Nie sposób polemizować z wielością odosobnionych i radykalnych opinii Autora. Np. wtedy, gdy twierdzi on, że część znanych katolickich uczestników dialogu z Żydami traktuje swe zaangażowania jako "zajęcie koniunkturalne, wypowiadając się, by zaistnieć, zwrócić uwagę na siebie lub coś doraźnie zyskać" (131 n). Szczegółowe pretensje kierowane są w stronę środowisk "Więzi", "Znaku" i "Tygodnika Powszechnego". Mamy tu kolejną próbę pisania nowej historii. Wynika z niej, że Turowicz, Grosfeld czy Wilkanowicz prowadzili dialog koniunkturalnie; podobne insynuacje bolą szczególnie, kiedy uświadamiamy sobie, że ich autorem jest kapłan kształtujący kolejne generacje studentów.
Pragnę wyrazić solidarność z wszystkimi, których bliskich dotknęły te niesprawiedliwe słowa. Znam wiele osób, które wielkodusznie wnosiły w prowadzony dialog swój czas, bezinteresowność, poświęcenie, nawet opłaty za bilety konieczne do dojazdu na drugi koniec Polski. Ich nazwiska pojawiają się często w wywiadzie w bardzo krytycznym kontekście, tylko dlatego że więzy przyjaźni i wspólnota przekonań łączyły ich ze środowiskiem, którego autor nie lubi. Musi boleć pomówienie formułowane w kontekście spraw, które angażowały całe nasze serce. Kiedy jednak podobne niesprawiedliwe zarzuty bywają kierowane także w stronę
Ojca Świętego, można je przyjmować bez niepokoju. Istnieje pewna granica absurdu, wobec której jedyną racjonalną reakcję stanowi milczenie.
Granice języka W publikacji poświęconej kwestii dialogu katolicko-żydowskiego osobnej uwagi wymaga język. Czasem dominuje w nim bezinteresowna agresja, gdy autor pisze o "politycznej koszerności" (s. 532), czasem nieskrępowana gra skojarzeń, gdy do znudzenia powtarza, iż słowo "Żyd" kojarzy mu się ze słowem "komunista". Nasza gra skojarzeń świadczy o nas. Język łatwych oskarżeń rani natomiast choćby wtedy, gdy Autor w wielu miejscach mówi z sarkazmem o "religii Holocaustu" i z zapałem rozwija sugestię, iż Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie stanowi największą świątynię tego kultu (s. 329). Wyobraźmy sobie, że ktoś z zagranicznych komentatorów pisałby z podobnym sarkazmem o ofiarach Katynia lub więźniach Auschwitz. Podobny język dyskwalifikowałby go automatycznie jako potencjalnego uczestnika dialogu o tragediach drugiej wojny światowej.
W mej pamięci wizyta w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu zapisała się jako jedno z najbardziej przejmujących przeżyć. Patrzyłem, jak podczas zwiedzania zmieniały się reakcje amerykańskiej młodzieży, która odwiedzała muzeum w ramach zajęć szkolnych. Przyszli na luzie, żując gumę i traktując odległą Europę jako odległy, egzotyczny kontynent. Przy wejściu wręczano im paszport ze szczegółową informacją o konkretnej osobie stanowiącej ofiarę Holocaustu oraz opisywano okoliczności jej śmierci. Patrzyłem, jak tężały rysy twarzy młodych ludzi, dla których wcześniej słowo "Auschwitz" stanowiło jedynie termin trudny do powtórzenia. Moją obserwację przerwał Miles Lerman, ówczesny dyrektor muzeum. Dowiedział się, że wśród rzeszy zwiedzających jest biskup Lublina, i przyszedł powiedzieć mi, że także urodził się na Ziemi Lubelskiej i teren ten jest mu do dziś szczególnie drogi. Podziwiałem jego kulturę, wrażliwość, miłość do Polski. Nie potrafię, niestety, zrozumieć mechanizmów myślenia, które pozwalają dramat Holocaustu ujmować w kategoriach bałwochwalstwa i fałszywego kultu. Podobny styl stanowi znowu zaprzeczenie stylu i języka, którego uczył Jan Paweł II w swych wypowiedziach o Zagładzie.
Tę samą odmienność inspiracji widać, gdy ks. Chrostowski usiłuje usprawiedliwiać praktykę informowania o żydowskich przodkach kandydatów na polityków, tłumacząc, że "społeczeństwo ma pełne prawo wiedzieć jak najwięcej o tych, którzy chcą nami rządzić" (s. 401). Obawiam się, że przy takiej wizji praw społeczeństwa wzorce kultury politycznej będzie jednak określać pytanie o dziadka w Wehrmachcie. Informacje przydatne na poziomie magla niewątpliwie zainteresują środowiska cierpiące na obsesje polityczne. Innego stylu wymaga jednak chrześcijańska kultura życia. Styl ten tak daleko odbiega od ocen zawartych w książce, że przy jej lekturze często powracało u mnie wrażenie, iż żyjemy z autorem w dwóch zupełnie różnych światach, a może nawet należymy do różnych Kościołów.