Czy Piłat, wydając na śmierć Jezusa, był demokratą?
Takim pytaniem rozpoczynał kard. Joseph Ratzinger - dziś
papież Benedykt XVI - polemikę z pewną teorią demokracji. Przypisał ją Hansowi Kelsenowi, austriackiemu teoretykowi prawa. Przypomnijmy:
Piłat zapytał Jezusa: "Cóż to jest prawda?". To pytanie - powiadał Ratzinger - stanowi dla Kelsena "wyraz niezbędnego sceptycyzmu polityka". To pytanie, będące właściwie już odpowiedzią, że "prawdy nie sposób dosięgnąć", jest skierowane nie tyle do Jezusa, ile do tłumu. Piłat podporządkował swą decyzję w spornym przypadku "głosowi ludu i postąpił jak prawdziwy demokrata: ponieważ nie wie, co jest sprawiedliwe, przeto decyzję pozostawia większości".
Zdaniem Kelsena - zauważał Ratzinger - "Piłat jawi się jako symbol relatywistycznie i sceptycznie nastawionej demokracji, która nie opiera się na wartościach i prawdzie, lecz na procedurach". Albowiem dla relatywisty i sceptyka "nie ma innej prawdy niż prawda większości".
"Jak się wydaje - dodaje Ratzinger - fakt, że skazano tu kogoś sprawiedliwego, kto nie popełnił żadnej winy, nie budzi niepokoju Kelsena".
Nie jest moją intencją podejmowanie sporu o interpretację myśli austriackiego uczonego.
I A przecież nie ma chyba nikogo na świecie, kto mógłby dziś powiedzieć, że skazanie Jezusa nie budzi w nim niepokoju.
Każdy z nas, sceptyków i relatywistów, również tych dalekich od wiary w osobowego Boga, myśli z przerażeniem i bólem o tamtym wyroku i tamtej kaźni. Co więcej, wielu z nas sprzeciwia się bezkompromisowo karze śmierci.
Nie do końca jednak jest jasne, jaki zespół poglądów i postaw określany jest mianem relatywizmu. Każdy demokrata powie przecież, że nie chce żyć w państwie, gdzie wszystko jest dozwolone i możliwe. Żaden nie powie, że prawda nie istnieje, chociaż dorzuci, że to, co kiedyś uchodziło za prawdę bezsporną, okazywało się tylko prawdą jakiegoś czasu, np. teza, że ziemia jest płaska, system monarchiczny jest jedynym z możliwych, zaś (niemal powszechnie aprobowana) segregacja rasowa - zgodna z prawem natury. Powie wreszcie, że są takie problemy, o których nie śmie orzekać, czy polegają na prawdzie, gdyż zna swoje granice poznawcze. Stąd też bywa często sceptyczny wobec ludzi i instytucji, którzy swój punkt widzenia przedstawiają jako prawdę ostateczną i objawioną.
Nie sądzę też, by obwinianie demokraty-sceptyka o obojętność wobec ukrzyżowania Jezusa miało podstawy. Przecież żaden demokrata-sceptyk nie zaakceptuje takiego rozumienia wymiaru sprawiedliwości, w którym wyrok orzeka tłum opętany nienawiścią, a nie sąd niezawisły na podstawie obowiązującego kodeksu karnego. Proces Jezusa nie ilustruje - sądzę tak wbrew opinii Josepha Ratzingera - systemu demokracji relatywistycznej, gdzie decydować ma "prawda większości", lecz jest prototypem mordu sądowego, gdzie o wyroku decyduje rozjuszony motłoch. To nie "demokracja relatywistyczna" - jak chce Ratzinger - wydała wyrok na Jezusa, lecz fanatyzm tłumu, który wierzył, że jest w posiadaniu prawdy objawionej, i oportunizm Piłata, który wolał być w zgodzie z tłumem niż z osamotnionym skazańcem.
Fanatyzm tłumu i oportunizm sądzących wielokrotnie prowadziły do śmierci sprawiedliwych, którzy nie popełnili żadnej winy. W końcu to nie sceptycy posłali na stos Jana Husa i Giordana Bruna; to nie oni decydowali o torturach i stosach dla nieszczęsnych ofiar Świętej Inkwizycji.
Nie, Piłat nie jest symbolem demokraty wyposażonego w cnotę - bądź skazę - sceptycyzmu.
II Sporządzam te refleksje demokraty-sceptyka z perspektywy partykularnej, własnej, polskiej. Polska jest dziś najbardziej katolickim krajem w Europie. Kościół katolicki cieszy się w Polsce wielkim autorytetem i ma istotny wpływ na postawy społeczne. Ten autorytet zawdzięcza Kościół postawie patriotycznej w latach okupacji hitlerowskiej, a potem - w latach komunistycznej dyktatury. Był Kościół, jedyna legalna instytucja niezależna od władzy komunistycznej, państwem w państwie - suwerennym państwem w niesuwerennym państwie. Symbolem wielkości i nieugiętości Kościoła był wtedy - więziony w czasach stalinowskich - kard. Stefan Wyszyński, i pozostał nim do końca życia. Później oczywistym symbolem i autorytetem stał się
Jan Paweł II.
Upadek dyktatury komunistycznej nastąpił w 1989 roku. Nadszedł czas sporu o kształt polskiej demokracji. W tym sporze Kościół odgrywał - i odgrywa - istotną rolę.
Polska z pewnością nie jest krajem typowym, ale jej specyfika dobrze ilustruje pułapki, przed którymi staje współczesny Kościół katolicki. Szukając odpowiedzi na wyzwania sekularyzacji, kryzysu instytucji demokratycznych i nowych pokus totalitarnych, katolicyzm polski - po epoce jedności wymuszonej przez dyktaturę - bywa zróżnicowany. Łatwo było to zauważyć w trakcie sporów o konstytucję, integrację europejską, nowelizację ustawy antyaborcyjnej, sojusze z partiami politycznymi, Radio Maryja, to osobliwe połączenie katolickiego integryzmu z etnicznym nacjonalizmem i demagogią socjalną.
To, co w katolicyzmie europejskim zdaje się oczywistością, w Polsce wciąż jest przedmiotem debaty, której rezultat bynajmniej nie jest przesądzony.
Przez uczestników współczesnych sporów, toczonych w obrębie katolicyzmu, oficjalne dokumenty Kościoła są interpretowane na odmienne sposoby, choć każdy cytuje - najpewniej w dobrej wierze - autorytety najwyższe, czyli wypowiedzi papieży. Każdy może tam znaleźć argumenty dla przekonań odmiennych lub zgoła przeciwstawnych.
Spór o interpretację tekstów kanonicznych jest zawsze sporem o wartości dnia dzisiejszego. I tak, do idei Marksa odwoływali się w dobrej wierze bolszewicy i socjaldemokraci, zarówno Lenin, jak i Kautsky; pewien typ interpretacji wiódł do koncepcji państwa demokratycznego, a inny - ku totalitaryzmowi. W tym sensie prawymi spadkobiercami Marksa byli zarówno Józef Stalin, jak i Willy Brandt.