Jan Turnau w tekście "
Kościół robi sobie gębę" ("Gazeta Świąteczna" 6-7 sierpnia) wpadł w zastawioną przez siebie pułapkę. Publicysta przytacza dwie diagnozy polskiego Kościoła. Pierwsza mówi, że jest źle, więc konieczne są śmiałe zmiany, a druga, że "jest świetnie". Autor sprzyja naturalnie tej pierwszej diagnozie, a wyznawców drugiej utożsamia z obrońcami Radia Maryja. Wedle autora tekstu to przede wszystkim większość polskich biskupów. Ponoć hierarchowie nie widzą żadnych problemów w Kościele, więc uważają, że zmiany nie są potrzebne.
Czy rzeczywiście tak jest? Nie sądzę. Biskupi, którzy mniej lub bardziej oficjalnie sprzyjają Radiu Maryja, bez wątpienia dostrzegają wiele problemów w Kościele, upatrują ich jednak zupełnie gdzie indziej. Problematyczny był dla nich "zbyt liberalny" abp
Józef Życiński, a jest nadal bp
Tadeusz Pieronek. Zagrożenie obrońcy Radia Maryja w całym nurcie Kościoła otwartego. Z pewnością w tej kwestii postulowaliby sporo zmian.
Owszem, zapewne są i tacy, może nawet wśród biskupów, którzy faktycznie nie widzą wad Kościoła i trwają w błogim przekonaniu o względnej doskonałości naszej wspólnoty (szczególnie na tle Europy Zachodniej), ale przykładów takich postaw Jan Turnau nie podaje.
Gęba w internecie Rozumiem, że autor chciał uwypuklić fundamentalną różnicę w postrzeganiu Kościoła przez świeckich i hierarchów. Rzeczywiście przepaść jest. Turnauowi nie chodzi jednak o to, by tych różnic w ogóle nie było, ale o to, by zmniejszyć dysproporcję, jaka w tym momencie wedle autora panuje (przeważają obrońcy Radia Maryja), oraz by polski Kościół nie miał twarzy księży Rydzyka i Natanka. Każdy, kto choć trochę zaangażowany jest w życie parafii, wspólnoty lub czytuje wydawnictwa katolickie, wie, że to obawa nieuzasadniona. Dla tych katolików twarzami Kościoła są najczęściej ksiądz proboszcz, lider wspólnoty, duszpasterz lub ulubiony autor katolicki. Jednak autor, pisząc o "gębie Kościoła", myśli przede wszystkim o ludziach młodych, niekoniecznie związanych z parafią czy wspólnotami religijnymi, którzy coraz częściej budują obraz świata na podstawie tego, co znajdą w sieci. Wystarczy spędzić godzinę w portalach internetowych, by przyznać, że takie osoby faktycznie mogą uznać księży Rydzyka i Natanka za twarz polskiego Kościoła. Do podobnych wniosków mogą dojść także ci, którzy w kościele bywają sporadycznie, a wiedzę o nim czerpią z programów informacyjnych w telewizji. I właśnie z tym medialno-internetowym wizerunkiem Kościoła walczy Jan Turnau. Jednak winę za taki stan rzeczy zrzuca na biskupów, całkowicie pomijając złożoność tej kwestii, choćby problem kryzysu współczesnego dziennikarstwa oraz internetowej rewolucji. Nie znaczy to oczywiście, że sam Kościół i jego hierarchowie są tu bez winy.
My i oni Po lekturze tekstu "Kościół robi sobie gębę" można dojść do wniosku, że sposobem na poprawę wizerunku Kościoła jest wymiana biskupów. Turnau dodaje też, że konieczna jest zmiana w strategii działania duchownych. Przydałoby się też osobiste świadectwo księży i ich gotowość do dialogu. Widzimy więc, że cały program zmian, choć w większości postulatów słuszny, dotyczy wyłącznie kleru. A obraz Kościoła, jaki wyłania się z tego artykułu, definiuje się w tradycyjnym zestawieniu: my - oni, świeccy - duchowni. To, jak myślę, obraz niezgodny z rzeczywistością. Polski katolicyzm należałoby opisać jako wspólnotę wspólnot, którą można sobie wyobrazić na podobieństwo mapy z setkami wysp. Te wyspy to różnorodne grupy parafialne, ruchy religijne, wspólnoty skupione wokół mediów katolickich, zakonów, ośrodków duszpasterskich. Niektóre wspólnoty radzą sobie we współczesnym świecie lepiej, inne gorzej. Jedne narażone są na rozmycie, bo brak im wyrazu, inne na zamykanie się w oblężonej twierdzy. Są też takie, które radzą sobie świetnie, przeradzając się w prawdziwe wyspy skarbów.
To właśnie od żywotności i świadectwa tych wspólnot (składających się z księży i świeckich) zależy wizerunek polskiego Kościoła. Bo jeśli nawet hitem internetu będzie klip z najbardziej pikantnymi fragmentami kazań ks. Natanka, to silniejszą wymowę zawsze będzie miało osobiste świadectwo kolegi z klasy czy z osiedla ukształtowanego przez jedną z tych katolickich formacji.
Wielki błękit Wyspy oblewa morze świata zsekularyzowanego. Morski błękit ma wiele odcieni - od wrogości, przez obojętność po życzliwe zainteresowanie. Ale jego cechą charakterystyczną jest stopniowe podbieranie wyspom terenu. Wiele zależy od tego, czy "wyspy" będą w stanie podpisać pakt o nieagresji z "morzem". Jan Turnau bardzo słusznie przywołuje nową lewicę, która "wali na oślep", nie rozumiejąc, że Kościół może być w wielu sprawach jej sojusznikiem. Wydaje się jednak, że powoli i Kościół zaczyna rozumieć nowe położenie i młoda lewica także dostrzega, że na otwartej wojnie z Kościołem może tylko stracić.
Charakterystyczny jest tu głośny artykuł Sławomira Sierakowskiego "List otwarty do partii" ("Gazeta Wyborcza" z 18 czerwca). "W odczarowanym świecie między ludźmi zanika więź społeczna. Bronią się jeszcze wyspy, w których nie umarł Bóg i tradycja. Ale świat odczarowuje się dalej" - pisze szef "Krytyki Politycznej". Niezależnie od przekonania, że Bóg i tradycja umierają, Sierakowski przyznaje, że te wartości mogą służyć tworzeniu więzi międzyludzkich, co jest nieodzownym elementem w postulowanej walce z "odczarowanym światem". To otwiera pole do współpracy pomiędzy skłóconymi dziś środowiskami katolickimi i lewicowymi.
Sierakowski przywołuje Czesława Miłosza, który „całe życie desperacko poszukiwał odpowiedzi na pytanie, jak odnaleźć sens życia w »odczarowanym świecie «. Szukał jej nie tylko w polskiej i rosyjskiej literaturze XIX wieku, ale także u Blake'a i Swedenborga, w manichejskich sektach wczesnochrześcijańskich i u rosyjskich filozofów religijnych. Wszędzie, gdzie nie handluje się podmiotowością człowieka ”.
Wygląda to tak, jakby w walce z "odczarowanym światem" Sierakowski poszukiwał możliwych sojuszników, dając do zrozumienia, że bratem w tej batalii będzie mu każdy, kto "nie handluje podmiotowością człowieka", nawet jeśli na jego sztandarze będzie katolicki krzyż.
Jan Turnau toczy wojnę z polskimi biskupami. Toczy tę wojnę na łamach "Gazety Wyborczej", której większość biskupów nie czyta. Czytają ją za to przeciętni polscy katolicy, czyta klasa średnia, czyta część inteligencji katolickiej, czyta młoda lewica. Przy całej przenikliwości i trafności niektórych spostrzeżeń redaktora czytelnicy "Arki Noego" dowiedzieli się o Kościele z fatalnymi biskupami, którzy bardziej niż na wiernych zważają na opinię kolegi w biskupstwie, o Kościele w okopach Świętej Trójcy i o Kościele, którego jedyną nadzieją są dobre nominacje nowych biskupów (jak ks. Grzegorza Rysia). Nestor polskiego ekumenizmu w ferworze tej walki nie zauważył, że tocząc słuszną batalię o wizerunek polskiego Kościoła, sam ów wizerunek spłycił, przyprawiając mu kolejną nieprawdziwą twarz.
*Konrad Sawicki - ur. w 1974 r., jest dziennikarzem i teologiem, menedżerem projektów, stałym współpracownikiem "Więzi"