Z wielką satysfakcją przeczytałem zaproszenie na ten uroczysty zjazd czczący 30-lecie historycznych wydarzeń tak bliskich sercu każdego Polaka i przyjechałem z pełną świadomością, że u części z państwa moja obecność nie wzbudzi entuzjazmu.
Ale właśnie dlatego, że spodziewałem się także tego typu reakcji, pomyślałem sobie, że będę właściwą osobą, która powie od serca, bez kartek, tak jak 30 lat temu, żeby powiedzieć od serca to, co z nami się stało przez te 30 lat.
Czym różni się ta dzisiejsza "Solidarność" i ta dzisiejsza uroczystość od tego, co przeżywaliśmy - od tych uniesień, które powodowały, że wszyscy mimo dramatycznej sytuacji zewnętrznej, gospodarczej w dniach Sierpnia stawaliśmy się z godziny na godzinę lepszymi ludźmi. Wtedy - niezależnie od tego, czy ktoś był bezpartyjny, czy w PZPR, głęboko wierzący czy ateista, czy miał poglądy konserwatywne, czy był anarchistą, czy był góralem, Kaszubą, czy pochodził ze Śląska - wszyscy, którzy mieli w sobie elementarne poczucie odpowiedzialności za ojczyznę i poczucie przyzwoitości, uczestniczyli w tym wielkim święcie, stając się lepszymi.
Czy to byli ludzie bez wad, czy byliśmy ideałami? Nie. A dlaczego stawaliśmy się lepsi? Bo fenomen pierwszej „Solidarności” polegał na tym, że wszyscy u każdego i każdy u wszystkich szukał tego, co dobre w nim, a nie tego, co złe. I dlatego wtedy w „Solidarności” było
10 milionów ludzi.
Być może uznacie za niestosowne to pytanie, ale chcę je zadać - nie dlatego, by komukolwiek w to radosne święto sprawiać przykrość: Co stało się z tymi dziesięcioma milionami, że one dzisiaj nie odnajdują się w tej "Solidarności", która dzisiaj jest organizatorem tego święta?
Oni we własnych sercach z pewnością odnajdują tamten nastrój - bo ówczesna "Solidarność" była jak człowiek z szeroko otwartymi ramionami. Pamiętamy dziesiątki scen w stoczniowej sali BHP, później ze zjazdu, kiedy każdy każdemu umiał też wybaczyć odmienność poglądów. Fenomen tej pierwszej, wielkiej, naszej "Solidarności" polegał na tym, że nikt nie wstydził się odmiennego poglądu. Każdy miał prawo ten pogląd wypowiedzieć. I na tym polegała także godność, ta niezwykle wysoko ceniona wartość w ówczesnej "Solidarności", i szacunek każdego do każdego.
Nikt z nas nie ma do końca czystego sumienia, kiedy patrzy na te ostatnie 30 lat i podsumowuje swoje wysiłki albo brak wysiłków, żeby atmosferę pierwszej "Solidarności" przechować także w praktyce życia codziennego. Ale dzisiaj jest rzeczą niezwykle ważną, aby te 10 milionów ludzi także wierzyło, że to jest ich święto.
Pamiętam dokładnie moment, kiedy wchodziłem na pierwszy krajowy zjazd delegatów, miałem zaszczyt być jego gościem honorowym, i pamiętam tysiące ludzi wokół hali Olivii. Nie mieli wątpliwości, gdy witali z takim uwielbieniem wręcz każdego wchodzącego, że łączy wszystkich wspólnota celów. One nie były wspólnotą celu jednego związku zawodowego, jednej grupy zawodowej. Wszyscy dobrze wiedzieli, że na pierwszym zjeździe spotyka się reprezentacja narodu, która podjęła wielki wysiłek walki o wolność i niepodległość dla wszystkich bez wyjątku Polaków, a nie dla jakiejś jednej grupy przeciwko drugiej grupie. I dlatego wówczas pół miasta wyległo pod halę Olivii, żeby fetować to wielkie, niespodziewane święto demokracji, bo ludzie wiedzieli, że "Solidarność" tamta jest darem dla każdego Polaka, nawet dla tych, którzy byli naszymi przeciwnikami.
Chcę też powiedzieć
(sala skanduje: "Solidarność, Solidarność")... już kończę... Pamiętam także, że w tym wielkim doświadczeniu "Solidarności" wszyscy, którzy wznosili te hasła dzisiaj wspomniane, głęboko wierzyli w sens i istotę tych haseł. Pamiętam taką scenę po jednej z demonstracji pierwszomajowej w Gdańsku-Wrzeszczu, kiedy jeden z ZOMO-ców upadł na ziemię i grupa w sposób uzasadniony rozwścieczonych demonstrantów dobiegła do niego... I skończyłby bardzo marnie, gdyby jedna z dziewcząt nie podbiegła i nie zasłoniła go własnym ciałem. I wtedy wszyscy odstąpili od tego uzasadnionego odruchu wściekłości. Bo kiedy
Jan Paweł II w Sopocie mówił, że nie ma "Solidarności" bez miłości, to podsumowywał prawdziwe doświadczenie milionów ludzi. Bo - jestem o tym przekonany - ta prawdziwa "Solidarność" wyklucza nienawiść. To jest być może jedyne wykluczenie w tej wielkiej "Solidarności" - wykluczenie nienawiści.
Pamiętacie państwo - na pewno ci, którzy byli nie tylko na pierwszym krajowym zjeździe, ale później na pierwszym Festiwalu Piosenki Prawdziwej - jeden z nieformalnych hymnów tej naszej "Solidarności". Wtedy Jacek Kaczmarski śpiewał: "Ale zbaw mnie od nienawiści, ocal mnie od pogardy, Panie". To była prośba o to, żeby z nami nie stało się coś złego, żeby nikt z nas nie wpadł w szpony pogardy i nienawiści. Nie żeby nas nie nienawidzono czy nami nie pogardzano, tylko żebyśmy my nigdy nikim nie pogardzali i nikogo nie nienawidzili.
I tego życzę wszystkim państwu i wszystkim Polakom w ten bardzo ważny dla nas dzień.
(tytuł i skróty od redakcji)
Stenogram z wystąpienia premiera Donalda Tuska na jubileuszowym Zjeździe "Solidarności" z okazji 30 rocznicy "Solidarności", 30 sierpnia 2010 r.