http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mam w sobie cenzora

Rozmawiał Wojciech Krzyżaniak
2011-04-10, ostatnia aktualizacja 2011-04-07 13:42

Wrak samolotu w Smoleńsku
Wrak samolotu w Smoleńsku
Fot. Filip Klimaszewski

Rozmowa z reporterem Wiktorem Baterem - korespondentem Polsat News w Rosji

Wiktor Bater
Fot. Michał Łepecki
Wiktor Bater
Czy reporter może pokazywać ciała ofiar i płakać na wizji? Te pytania związane zwykle z odległymi wydarzeniami okazały się aktualne i bliskie 10 kwietnia 2010 r. O obowiązkach i emocjach korespondenta opowiada Wiktor Bater, który byl w Smoleńsku i pierwszy podał wiadomość o tragedii.

Rozmowa z reporterem Wiktorem Baterem - korespondentem Polsat News w Rosji

Wojciech Krzyżaniak: Po twojej informacji o katastrofie dziennikarze w studiach płakali.

Ja nie miałem na to czasu. Tam panował chaos informacyjny. Trauma pojawiła się później. Adrenalina nie dopuszcza wielkich analiz.

Dzisiejsze media są szybkie. Na decyzję, czy przekazywać informację, czy nie, masz sekundę. Czym się wtedy kierujesz?

Zasada jest niezmienna. Trzeba mieć absolutne zaufanie do swojego źródła i zrobić wszystko, żeby potwierdzić rzecz w innym źródle. W przypadku Smoleńska większość informacji była oparta na jednym źródle, które poinformowało mnie, że samolot się rozbił. Próbowałem to potwierdzić.

Oczywiście zawsze, dopóki nie zobaczy się czegoś na własne oczy, istnieje groźba popełnienia błędu.

Gdyby wiadomość się nie potwierdziła, Polsat długo odbudowywałby wiarygodność.

Miałem absolutną pewność, że stało się to, co się stało. Tę pewność miał też mój naczelny Radek Kietliński. Ale z profesjonalnego punktu widzenia był to jeden z najbardziej stresujących momentów w mojej karierze. Przez długich kilkanaście minut nie podawały tej informacji inne media. A gdy się pojawiła, powoływano się na agencję Reuters lub na nas. Tyle, że korespondentka Reutersa była razem ze mną. Byliśmy w tej samej sytuacji.

A kiedy pojawiły się zdjęcia, wszystko było już jasne

I wtedy pojawił się - chociaż to źle zabrzmi - rodzaj zawodowej ulgi. To są te nieliczne chwile, kiedy człowiek postawiłby karierę, byle okazało się, że się pomylił.

Mówisz o potwierdzaniu. Ale przecież bywa, że jesteś jedynym przedstawicielem mediów i nie ma mowy o weryfikowaniu.

Wtedy mówisz tylko o tym, co widzisz. Poza tym nigdy nie jest tak, że nie masz back-groundu. Dzięki temu możesz nie wiedzieć, co w danej chwili dzieje się po drugiej stronie, ale wiesz, co tam się działo poprzedniego dnia. To pozwala snuć jakieś przypuszczenia. Tyle że w relacji trzeba wyraźnie zaznaczać, co jest tylko prawdopodobne. I cały czas słuchasz ludzi, rozmawiasz. Musisz łączyć fakty. Musisz uważać. A relacjonując, musisz ważyć słowa, pamiętając, że na nich będą opierać się też inni. Ale i tak najważniejsza pozostaje intuicja.

Korespondenci często pokazują ludzkie dramaty. Czy ty masz w sobie cenzora i nawet nie przekazujesz materiału do stacji, czy pozostawiasz decyzję redaktorowi?

Najczęściej zdaję się na redaktora. Moja skala emocji może nie odpowiadać ocenie sytuacji. Czasami jest tak - jeśli mówimy o zdjęciach - że uczucia zniekształcają obraz tego, co nam wolno, a czego nie wolno pokazać. Sceny po ataku terrorystycznym, po bitwie Rzecz nie do przyjęcia dla normalnego świata nam w nienormalnej sytuacji może wydać się zwyczajna.

Zwykle to ty chcesz pokazać więcej, czy redaktor?

Na pewno to ja byłbym skłonny pokazać więcej, ale myśląc o tym na zimno, mogę powiedzieć, że najczęściej nie byłaby to słuszna decyzja.

To kwestia grubszej skóry po latach w zawodzie?

Nie powiem, że do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale tak, w pewnym momencie człowiek naciąga na siebie pancerz z grubej skóry. Ale jest jeszcze coś: korespondent chce, żeby widz zdawał sobie sprawę z nieszczęścia. Żeby poczuł prawdziwą złość czy współczucie. Chce uświadomić rozmiar wydarzenia.

Czasem, jak w przypadku Biesłanu, nie można czegoś nie pokazać.

W którymś momencie nie można było uniknąć pokazywania ciał dzieci. Ale trzeba było te obrazy dobrze ważyć. Operatorzy mogą nakręcić wszystko, ale to nie oznacza, że wszystko trzeba pokazywać. Tak jak w przypadku Smoleńska. Są materiały, które widziała tylko prokuratura, bo nie ma powodu, żeby ludzi epatować widokiem rozczłonkowanych ciał. W takich przypadkach mogę powiedzieć, że tak, mam w sobie cenzora.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':